Zamachy i interesy

14 października 2015
competition-for-russia1

Po niedzielnym zamachu w Ankarze, który uśmiercił prawie sto osób, na tureckich ulicach wzmaga się chaos. Jeszcze chwilowo przytłumiła go atmosfera żałoby. W całym kraju odbywają się pogrzeby ofiar masakry. Dominacja polityczna prezydenta Recepta Erdoğana nie była dotąd aż tak mocno zagrożona. Zamach miał miejsce na trzy tygodnie przed przedterminowymi wyborami parlamentarnymi w Turcji.

Wciąż nie wiadomo, kto za stał za zamachem. Wiadomo, że dokonali go samobójcy. Ich tożsamość wkrótce zostanie ustalona. Jednakże nazwiska i narodowość zamachowców będą stanowić zaledwie element odpowiedzi na pytanie: kto stał za zamachem? Jeszcze innym będzie ich przynależność polityczna, lecz i ta nie zagwarantuje pomyślnego rezultatu.

Dla spokoju ducha chciałoby się przyjąć, że winni masakry są terroryści z Państwa Islamskiego. Jednakże ci wcale nie zabiegają o ten „zaszczyt”. I wcale to nie dziwi. Turcja dotąd stała z daleka od placu wojny w Syrii i Iraku, choć nominalnie wypowiedziała terrorystom wojnę. Prowokowanie jej i jej potężnego arsenału wojskowego, nie leży w interesie samozwańczego kalifa – jeśli naturalnie ów żyje i ma się dobrze. W niedzielę właśnie, konwój al-Baghdadiego został gdzieś w Iraku ostrzelany przez irackie bombowce i kilku jego „zastępców” miało zostać zabitych.

Współorganizatorem pokojowego marszu w Ankarze była lewicowa Demokratyczna Partia Ludowa, blisko związana z kurdyjskimi lewicowymi organizacjami. Wiec miał charakter pokojowy i pro-kurdyjski. Był reakcją na niespokojną sytuację w kraju. Ustawicznie dochodzi w nim do potyczek wojsk i policji z partyzantką zdelegalizowanej Kurdyjskiej Partii Ludowej, akurat o profilu nacjonalistycznym i lewicowym. KPL jest od czasów sowieckich wspierana – z mniejszym lub większym natężeniem – przez Moskwę. Turcja okazjonalnie bombarduje jej pozycje kurdyjskie w Syrii i północnym Iraku.

Żeby zdać sobie z rozmiaru problemu kurdyjskiego – nie tylko z pozycji rządów Partii Sprawiedliwości i Rozwoju Erdogana, ale wręcz spoistości państwa – wystarczy spojrzeć na mapę demograficzną Turcji. Kurdowie zamieszkują na terenie całego państwa, ale w przeważającej części w południowo-wschodnich i wschodnich prowincjach. Kurdów tureckich jest prawie 13 mln., czyli więcej niż Czechów, Turków zaś ok. 55 mln. Na problem kurdyjski nakłada się problem ok. 2-milionowej rzeszy uciekinierów syryjskich.

Zamachowcy i ich ofiary

Partia Sprawiedliwości i Rozwoju jest w realiach tureckich umiarkowaną prawicą, czyli opowiada się również za umiarkowanym islamem. Kładzie silny nacisk na integralność terytorialną państwo. Bardzo często jest krytykowana – podobnie jak obóz polityczny Benjamina Netanjahu, premiera Izraela względem problemu palestyńskiego – za nieprzejednaną postawę względem niepodległościowych czy nawet autonomicznych roszczeń kurdyjskich. PSR powstała w 2001 r., rządzi od 2002 r. Od zeszłego roku bez Erdogana. Jej założyciel został w 2014 r. prezydentem, zaś dotychczasowy szef MSZ Ahmet Davutoğlu został premierem. Równocześnie partia utraciła większość i zdolność koalicyjną. Stąd przyspieszone wybory.

Wstrzemięźliwość Erdogana w polityce zagranicznej brała się zatem z kruchej stabilności rządowej. Jego obóz polityczny chciał odzyskać dlań większość. Zamachy poważnie nadwyrężyły autorytet władzy. Ich inspiratorzy sprawili, że Turcy nie czują się bezpieczni. Wielu obywateli, szczególnie tych żyjących w dużych, zachodnio-anatolijskich miastach oskarża rząd o to, że nie przedsięwziął podczas protestów odpowiednich środków bezpieczeństwa. Elektorat partii władzy stanowi przede wszystkim prowincja, w miastach wciąż dominują centrolewicowi kemaliści, czyli Republikańska Partia Ludowa.

Na zwoływanych tam aktualnie wiecach pojawiają się coraz ostrzejsze hasła takie, jak: „Morderca Erdogan” i „Rząd do dymisji”. Oskarża się rząd o złą politykę zagraniczną – bierność oraz wciąż nieuregulowane sprawy z Kurdami. Zamach w Ankarze był trzecim już zamachem w ostatnich czterech miesiącach, skierowanym de facto przeciwko Kurdom. Każdy jeden powoduje wrzenie, tak wśród Turków, jak i wśród ludności kurdyjskiej. Skutki następny mogłyby nawet przerodzić się nawet w wojnę domową. Beneficjentem chaosu są wszyscy ościenni rywale Turcji, z Syrią i Iranem na czele oraz… Rosja.

Kurdyjska bomba

Właśnie, Rosja. Zwykle zapomina się o Rosji, jako o, powiedzmy wręcz – wielowiekowym adwersarzu Turcji. Wprawdzie z Turcją nie graniczy, ale jeszcze dwie i pół dekady sąsiadowała. Jak pamiętamy, obecna Moskwa uważa się natomiast za spadkobiercę interesów Moskwy sowieckiej, idących jak najbardziej w parze z bieżącymi. Rosję i Turcję spaja Morze Czarne. Gospodarze Kremla nie od przedwczoraj próbowali zawładnąć jego basenem. Kluczem do basenu są naturalnie cieśniny.

Józef Stalin na konferencji w Poczdamie w 1945 r. zażądał rewizji konwencji z Montreaux, traktującej o cieśninach właśnie. Ale o takiej rewizji, która nie tylko pozostawi je otwartymi dla mocarstw, ale zezwoli Sowietom na ich „obronę”. Turcja nie wyraziła na to zgody. Gotowały była natomiast na pewne koncesje we wschodniej Anatolii na rzecz armeńskiej i gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. W planie maksimum „oddałaby” Sowietom ogromne połacie „zrabowanego” kiedy terenu, tracąc jeszcze bardziej wpływ na basen Morza Czarnego. Na to przystać nie mogli i nie przystali Brytyjczycy oraz usadowieni w Iranie Amerykanie. W obliczu niemalejącego zagrożenia sowieckiego Turcja w 1952 r. przystąpiła do NATO.

Wracając do spraw bieżących. Ogłoszona przez władze Rosji w grudniu 2014 r. decyzja o porzuceniu projektu South Stream na rzecz Turk Stream jest ich najsoczystszym przykładem. Pozorne ustępstwo Rosji może uśpić naszą czujność, albo ją wręcz stymulować. Jeśli dalekosiężnym celem Rosji jest uzależnienie i zdominowanie Europy za pomocą dostaw ropy i gazu, uczyni ona wszystko, by się jej powiodło. Po trupie Turcji – włącznie.

Wtargnięcie wojskowe do Syrii oraz stymulowanie tureckiej sceny politycznej – za pomocą problemu kurdyjskiego oraz własnej agentury – jest częścią tego planu. Plan ów bez wątpienia zawiera plany odpryskowe. Są nimi dłuższe usadowienie się w basenie Morza Śródziemnego oraz wkroczenie na iracką scenę polityczną od strony właśnie Syrii. Wojskowo, ale i politycznie. Moskwie udało się jak na razie zbudować wywiadowczą koalicję syryjsko-iracko-irańską, być może wspieraną nawet przez izraelski Mossad.

Kiedy interesy się krzyżują

Pobieżnie i wycinkowo tylko obserwując to, co dzieje się na całym Bliskim Wschodzie, czyli na styku interesów mocarstw, można zgubić tenże mocarstwowy kontekst. Rosja sama stara się go zatrzeć. Fałszuje obraz rzeczy, na użytek propagandy i taktycznej dezinformacji. Sama czuje się na tym odcinku bezpieczna – kontroluje swe media – więc z premedytacją wykorzystuje wszystkie słabości mediów zachodnich. W obliczu tematów, tj. imigracja ludności muzułmańskiej w Europie, Moskwa ociepla swój wizerunek nawet w Polsce. Wspierają ją w tym medialno-internetowe osobowości, jak choćby Mariusz Kolonko, naiwnie spłaszczające intencje Rosji do doraźnych problemów, jak cena ropy i kilkuset rosyjskich obywateli religii muzułmańskiej, którzy mogą chcieć wrócić na Kaukaz… Rosja zaciera szerszy kontekst, m. in. strasząc okropieństwami importowanymi z Państwa Islamskiego.

Kontrolując media Rosja może bezkarnie fałszować wszelkie dane. Wszelkie próby ich zweryfikowania przez rodzimy dziennikarzy i naukowców będą przemilczane i udaremniane. W mediach rosyjskich można przeczytać hurraoptymistyczne tytuły, że „w 64 rosyjskich wypadach na Bliski Wschód, rosyjskie samoloty trafiły 63 cele związane z Państwem Islamskim”. Pogratulować celności słynnym rosyjskim pilotom, ale opinia zachodnia zdążyła już ustalić, że więcej niż jeden z tych celi stanowili rebelianci syryjscy walczący z przywódcą syryjskim al-Asadem… Media rosyjskie przemilczają również fakt, że rosyjskie samoloty naruszają turecką i NATO-wską przestrzeń powietrzną, nad którą są już ostrzeliwane, ryzykując światowy konflikt, jak i to, jaka jest skala ofiar wśród cywilów w skutek bombardowań. Wiele złych rzeczy można natomiast – jak za starych dobrych, sowieckich czasów – przeczytać o Ameryce i jej nieudolnym prezydencie.

Kreśląc scenariusze, kto stoi za zamachami w Turcji nie wykluczałbym więc scenariusza rosyjskiego. Co to setka nieboszczyków dla elit politycznych, który mają długą tradycję zestrzeliwania pasażerskich samolotów „lekką ręką” i bez zadośćuczynienia? Słabszy politycznie Erdogan to Erdogan bardziej skłonny do kompromisu. Prawdziwym koszmarem Moskwy są konkurencyjne projekty całej sieci rurociągów idących z Arabii Saudyjskiej przez Irak oraz z Iranu, dalej przez Turcję i do Europy. Jak wiadomo Ukraina, a nawet Białoruś nie są już dla Rosji wiarygodnymi partnerami. Turcja ma się również czego obawiać, np. rurociągów omijających jej terytorium, a ciągnących z Iranu, przez Irak, Syrię i Izrael do Grecji – patrz „koalicja Rosji przeciwko Państwu Islamskiemu”. Turcja jest więc obecnie największym geopolitycznym zagrożeniem dla Rosji.

Rosja nie wyklucza z pewność scenariusza polegającego na rozpadzie Turcji. Ułatwiłoby jej znacząco to interesy, ale jednocześnie spowodowało „wędrówkę ludów”, jakiej nie widzieli nawet nasi przodkowie. Osłabienie demograficzne – bo za tym i polityczne i ekonomiczne – Europy też leży w interesie dyktatorów rosyjskich. A po rozpadzie solidarności europejskiej – „hulaj dusza piekła nie ma”.

Turcja ma zarazem spory potencjał. Korzystając z przymierza z Azerbejdżanem i Gruzją oraz wykorzystując pozytywne sygnały idące z bogatego w surowiec Kazachstanu i Turkmenistanu – uzależnionych eksportowo od Rosji i Chin – może zbudować silną zaporę dla rosyjskich interesów. A wiemy dobrze, jak Rosja reaguje na utratę byłych sowieckich republik ze swej orbity wpływów. Przecież nie po to zamachowcy eksplodowali w Ankarze, żeby prezydent Erdogan musiał odwołać swą wizytę w Turkmenistanie, prawda?

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz