Zachodni banderowcy

20 kwietnia 2014
Pejzaż Holenderski. (fot. Gouwenaar; źródło: Wikimedia Commons)

Prowadząc początkiem kwietnia kwerendę archiwalną w Międzynarodowym Instytucie Historii Społecznej, spędziłem kilka dni w Amsterdamie. Holenderski kolega, facet z zupełnie nieholenderskim dystansem do świata i poprawności politycznej, wręczył mi do ręki gazetę. Uśmiechnął się od ucha do ucha. Na pierwszej stronie „De Telegraaf”, największego holenderskiego dziennika, z prawie 2 milionami nakładu, przeczytałem tytuł artykułu: „Pijany Polak taranuje fasadę”.

Polaka los na Zachodzie

Arne wytłumaczył mi, że tekstów z gatunku „Znowu ten Polak!”, publikuje się tu więcej. Media i politycy świadomie budują atmosferę niechęci wokół „wschodnich przybyszów”. Traktuje się nas nieco lepiej niż muzułmanów, ale za to gorzej niż mieszkańców dawnych holenderskich kolonii azjatyckich, Surinamu czy południowych Indii.

Miejsce kolizji. (Źródło - portal czasopisma "De Telegraaf")

Miejsce kolizji. (Źródło – portal czasopisma „De Telegraaf”)

Incydent z „pijanym Polakiem” przywołuję w kontekście wydarzeń w Polsce i na Ukrainie. Tych ostatnich naturalnie zaliczymy do kategorii „przybyszów”, którzy, kiedy tylko otworzą się dlań bramy UE, spotkają się na „liberalnym” i „humanitarnym” Zachodzie tak samo ze wzgardą i poniżeniem.

Niestety „pełzająca” ksenofobia, czy jak nazywa to Arne, współczesny „rasizm”, jest własnością i obciążeniem coraz większej części zachodniej sceny politycznej. Nieodzownym składnikiem „wyrazistości”, której nie budują już tu wartości chrześcijańskie, użyźniające niegdyś doktrynę konserwatywną, jest wywodzący się z laickiego Oświecenia barwny nacjonalizm. Nacjonalizm ten, nazwijmy go współczesnym, posiada natomiast twarz turysty dobrowolnie uwięzionego w Red Light District.

Kij na urzędników

Medialny kwik wokół startu polskiego boksera Tomasza Adamka w wyborach do Parlamentu Europejskiego – powstrzymam się od osądu tej osobliwej sytuacji – przypomniał mi o istnieniu formacji Solidarna Polska. Natomiast wspomnienie incydentu w Amsterdamie o tym, że partia ta w europarlamencie należy do bloku Europa Wolności i Demokracji. Tytułuje się ona mianem „konserwatywnej” i „niepodległościowej”, lecz esencją owej formacji są poglądy jej lidera, a zarazem przywódcy Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, Nigela Farage’a.

W Polsce Farage osiągnął status idola krótko po tym, jak urządził w „europarlamencie” spektakl polegający na poniżaniu Hermana Van Rompuy’a, obecnego prezydenta UE. Dla wielu Europejczyków stał się symbolem walki z patologiczną biurokracją, odartą z empatii i poczucia rzeczywistości. I rzeczywiście, partia Farage’a zdaje się być jasnym punktem na horyzoncie europejskiej polityki, znakomitym narzędziem do obnażaniu legislacyjnych absurdów.

Jest niemniej pewien niuans, o którym warto wspomnieć. Naszedł mnie w myślach, kiedy wsłuchiwałem się w głos lidera Solidarnej Polski. Całkiem niedawno zarzucił on formacji PiS, iż starając się o budowę elektrowni jądrowej w Polsce, zmierza ona do uzależnienia naszego kraju od rosyjskiego uranu. Nie wdaje się w polemikę. Może faktycznie kiedyś Rosja dzięki swym niewielkim złożom uranu rzuci nas na kolana…

Nigel Farage przewodzi na Wyspach Brytyjskich sile politycznej o profilu anty-imigracyjnym i izolacjonistycznym. Czy lider SP wie, jaka jest największa imigracyjna siła na Wyspach? Izolacjonizm z kolei każe Farage’owi uznawać rosyjską strefę wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej. Mówi o tym publicznie od lat. Tolerancja ta nie ma podstaw systemowy, bowiem Farage musiał słyszeć od Polaków o osławionej kleptokracji rosyjsko-sowieckiej?

W pierwszej fazie kryzysu na Ukrainie Farage oskarżył liderów UE, że mają „krew na swoich rękach”, ponieważ zawarli z władzami w Kijowie umowy handlowe. Zarzut godny polityka epoki appeasementu lub detente. Farage nie jest jedynym europejskim pro-rosyjskim „prawicowcem”. Marine Le Pen, lider francuskiego Frontu Narodowego stwierdził, że woli, by Francja „skłoniła się w stronę Rosji”, niż, aby „podporządkowała się USA”. Wspomnijmy jeszcze węgierską formację Jobbik, która, podobnie jak nacjonaliści serbscy, wysłała na pancerne „referendum krymskie” swoich obserwatorów. Może dziwić ów dystans do doświadczeń z kampanii wojennej 1941-1944 i okupacji sowieckiej po roku 1945.

Izolacjoniści amerykańscy

Rzeczone USA też mają swojego Nigela Farage’a. To libertarianin Ron Paul, człowiek historia, a dla wielu wolnorynkowców, prawdziwy guru. Jego także cytować uwielbia kanał Russia Today. Paul to znakomity teoretyk i mówca, wątpliwy organizator i realizator.

Kongresmen podobnie jak Farage nie ma nic przeciw odbudowie imperium post-sowieckiego. Komentując przyznanie przez Kongres Ukrainie $1 mld. podnosił wcale słuszne zastrzeżenia odnośnie pośrednictwa Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

„Nie znajdzie się Ukrainiec, który zobaczy choćby pensa z tych pieniędzy, za jakie wykupi się dług banków światowych, u których zadłużony jest ukraiński rząd” – konstatował.

Tym niemniej okazał władzom Kremla spore zaufanie, porównywalnym je z filo-kremlinizmem Gerarda Depardieu i Stevena Seagala. Zjawisko to do pewnego tylko stopnia tłumaczy odległością pomiędzy Teksasem a Moskwą… Usprawiedliwiając „aneksję” Krymu, Paul uznał „referendum” za zgodne z moralnością i prawem, ponieważ „samostanowienie jest osnową prawa międzynarodowego”.

Syn Paula, obecnie senator Rand Paul, który jednak chce zrobić w establishmencie GOP karierę, starając się wkrótce o nominację prezydencką, łączy poglądy ojca z narracją liderów republikańskich. Uprawia przy okazji nadludzką gimnastykę intelektualną. Poparł sankcje wobec Rosji, ale sprzeciwił się pożyczce dla Ukrainy, tłumacząc, że „nie może wspierać ustawy, ponieważ będzie miała odwrotny skutek, a z pieniędzy podatnika amerykańskiego skorzysta Rosja” – w domyśle: która zagarnie Ukrainę.

Wspólny mianownik

Poglądy mocno „prawicowego” Paula na kwestię ukraińską nie różnią się zbytnio od poglądów i działań „skrajnie lewicowego” Obamy. Świadomie i podświadomie godzą się oni z upadkiem państwa ukraińskiego w dotychczasowym kształcie, nawet na płaszczyźnie semantyki. Mówią w trybie dokonanym, czyli o „aneksji”, zamiast o „okupacji” przez najeźdźcę. Obecność Farage’a, Paul-ów i Obamy w polityce nie jest niczym nadzwyczajnym. Byli i będą. Zmiana polega na tym, że politycy tacy zyskują coraz większe poparcie i mnożą swoich sobowtórów.

Co zatem łączy Farage’a, Geerta Wildersa i Obamę? Czy tylko coraz większa skłonność ludzi do wybierania polityków showmanów? Nie do końca. Żyjemy w świecie, w którym zasady, sprawiedliwość, przyjaźń itd. obumierają w tempie komety.
„Samostanowienie” wszakże, inaczej niż chce tego Paul, polega na niezbywalnych prawach każdego państwa i każdego narodu do godnego istnienia i współistnienia. My to rozumiemy. Jeszcze w XIX i XX w. to nam, poddawanym „pokojowej” rusyfikacji, oraz naszemu państwu nie dawano nadziei i szans na wydostanie się z „bratniej” strefy wpływów.

Paweł Zyzak
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz doktorantem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się dziejami USA oraz Wielkiej Brytanii.

(Artykuł ukazał się w „Gazecie Obywatelskiej” z 18.04.2014 r.)

Dodaj komentarz