Wybory na kandydata

4 marca 2020
Bernie i Jane_Sanders

„Republika starców” – śmieje się moja znajoma. Odnosi się w ten sposób do głównych kandydatów prezydenckich z obydwu amerykańskich partii państwie. Ponieważ w jednym z ogólnokrajowych sondaży na drugie miejsce w rankingu Partii Demokratycznej (PD) wskoczył były burmistrz Nowego Jorku, Michael Bloomberg, aktualnie pierwsze dwa miejsca okupują 78-latkowie. Wedle tego samego sondażu frontrunnerem jest Bernie Sanders, niezależny senator z Vermont, gościnnie występujący w barwach „niebieskich”. To pewien znak czasów. W 2016 r. przez długi czas na czele sondaży, po obydwu stronach barykady, znajdowali się właśnie politycy uchodzący za bezpartyjnych. Sanders oraz kandydat, który finalnie został prezydentem republiki. Dziś sytuacja się powtarza.

            Wracając do kwestii metrykalnych, na trzecie miejsce z miejsca pierwszego, wedle sondażu Reuters/Ipsos ześliznął się Joe Biden, były wiceprezydent. Młodszy kolega Sandersa i Bloomberga ma zaledwie… 77 lat. Do bardziej wyrazistych kandydatów należy Elizabeth Warren, senator ze stanu Massachusetts, młodsza od trzech męskich kandydatów niemalże o dekadę – lat 70. Po drugiej stronie stoi kandydat, który swoim wiekiem godzi tę czwórkę, 73-letni Donald Tramp.

            Wiek kandydatów nie będzie dla nas sprawą nadrzędną, jakkolwiek na pewno o czymś świadczy. Niewątpliwie o braku wyrazistych i perspektywicznych kandydatów młodszego pokolenia, i to w obydwu obozach. Skutek silnej polaryzacji sceny politycznej, która upodabnia partie do zdyscyplinowanych, nastawionych na wojnę totalną armii. Winy za brak charyzmatycznych liderów można doszukiwać się na wielu poziomach, nie ograniczając bynajmniej do samych USA. Można ją dostrzec zarówno w „sprofesjonalizowaniu” partii politycznych, które przypominają zamknięte korporacje, jak i komercjalizacji polityki, która zlała się ze światem „produktów”, reklam i rozrywki.

            Ale to, co liczy się w aktualnej kampanii prezydenckiej, podobnie jak w poprzedniej z 2016 r., to komunikowanie wyrazistej oferty, która opisze to, co rozemocjonowani wyborcy myślą, a czego nie potrafią nazwać. Robi to za nich skutecznie kandydat, który diagnozuje i wizualizuje przeciwnika, po czym wyjaśnia, że po usunięciu czy odsunięciu tej przeszkody, nastaną radykalne zmiany. Ktoś nabałaganił, ktoś musi zostać ukarany, ktoś musi to posprzątać. Ofertę takiego kandydata nie sposób jest przebić licytując się na dokonania, zasługi, liczby, bo trafia ona na pokłady wzburzonych emocji. Im łatwiej jest kandydatowi udowodnić swe niepokalane establishmentowością pochodzenie, tym silniej rezonują jego diagnozy i recepty. Kandydat ten staje się punktem odniesienia dla pozostałych i dla toczącej się debaty.

            Rozemocjonowany wyborca to dziś duża część zarejestrowanych sympatyków obydwu partii. Jeżeli nawet zgodzimy się na pułap rzędu 25-30%, kandydat taki otrzymuje silną bonifikatę startową w prawyborach, które wyłaniają nominata. Wynik ten nie wystarczy, by zmieść głównego konkurenta z przeciwnego obozu politycznego, ale polaryzacja spłaszcza i wyrównuje szanse. Wybory, które odbędą się jesienią 2020 r. będą wyborami „za” lub „przeciw” urzędującemu prezydentowi. Jeśli…

            Na tą chwilę trudno wyrokować jak zakończą się prawybory w Partii Demokratycznej. Wciąż liczą się np. pieniądze, których jednemu przynajmniej z kandydatów nie zabraknie oraz głosy mniejszości i kobiet, które to elektoraty zdają się preferować byłego wiceprezydenta. Wielu komentatorów po zwycięstwie prawyborczym Sandersa w Newadzie zaczęło porównywać jego pasmo ostatnich sukcesów do spektakularnych dokonań Donalda Trumpa w 2016 r. Obserwuje się zaniepokojenie partyjnego establishmentu i liberalnych elit, które zdają się obawiać „trumpowego” scenariusza. Podczas jednej z debat, organizowanej przez CNN, Sanders znalazł się w ogniu krytyki, także ze strony prowadzących, za swe obrazoburcze rzekomo stwierdzenie, że kobieta nie ma szans zwyciężyć w wyborach prezydenckich…

            Podobieństw jest wiele, także ideologicznych. Sanders wpisuje się w trend, który od 2008 r. zadomowił się w amerykańskiej polityce. Jest, jeżeli uznać go za prawdopodobnego nominata, trzecim z rzędu wiodącym kandydatem przemawiającym do preferencji antywojennych, izolacjonistycznych, interwencjonizmu rynkowego, który najpewniej będzie poszukiwał nowego rozdania z Moskwą. Wedle amerykańskich służb Kreml wykorzystuje swe wywiadowcze zasoby na rzecz dwóch polityków, z obydwu obozów. Jednym z nich jest Sanders. Warto pamiętać, że w wyścigu wyborczym wciąż bierze udział kandydat, którego establishment otwarcie, ustami choćby Hillary Clinton, nazwał kandydatem Rosji. Mowa o kongreswoman z Hawaii, Tulsi Gabbard.

Zwycięstwo Sandersa w prawyborach byłoby silnym uderzeniem w tradycyjny establishment polityczny drugiej głównej partii amerykańskiej, być może zwiększyłoby szanse kandydata Partii Republikańskiej (GOP), zaś w alternatywnym scenariuszu prowadziło do przemodelowania Partii Demokratycznej, jakie miało miejsce w wypadku historycznej rywalki. Bez wątpienia rozhuśtałoby jeszcze mocniej wahadło nastrojów społecznych, podsycając plemienne, geograficzne i etniczne antagonizmy. Plebiscyt „za” czy „przeciw” Trumpowi zostałby zrównoważony i zniesiony plebiscytem poparcia dla rewolucji Sandersa. Nie zapuszczajmy się jednak zbyt daleko w prognozy, gdy choćby „Super Wtorek” dopiero przed nami. Tego dnia, 3 marca, prawybory odbędą się w 14 stanach. Wówczas próbę ognia przejdzie choćby kandydatura Bloomberga, którym jeszcze nie zmarnował – po fatalnej, swej pierwszej debacie prawyborczej – szans na włożenie garnituru kandydata anty-establishmentowego. Pomaga mu w tym sam establishment, który go ostatnio nie oszczędza, wyrokując, że ma moralnego prawa kandydować.

            Blamaż prawyborów w Iowa, których wyniki poznaliśmy dopiero po kilku dniach, wewnętrzne spory będące jego pokłosiem, przeniosły niektórych w czasie, do roku 2016. Wszak to bałagan organizacyjny ułatwił rosyjskiemu wywiadowi wojskowemu skuteczny atak na skrzynki pocztowe sztabu PD. Kiedy ogląda się nie potrafiącego poskromić języka, by ustrzec się od kolejnej gafy, Joe Bidena, nie potrafiącego dla odmiany rozwiązać języka i odpowiedzieć na łatwe do przewidzenia zarzuty kontrkandydatów Bloomberga, rozwichrzony włos Sanders, odnosi się wrażenie, że za kampanijne zaplecze technologiczne odpowiadają tacy oto starcy z innej epoki. Po drugiej stronie również nie jest najlepiej, ale właśnie Trump dowodzi, że ze słabym kandydatem również można przegrać.

Demokraci mają również atuty. Są bogatsi o doświadczenia z 2016 r., posiadają mechanizm „superdelegatów”, który może zagrodzić drogę „anty-establishmentowemu” kandydatowi, gdyby ten nie wygrał prawyborów wyraźnie, i jak na lewicę przystało, bardziej karny elektorat. Powtórki z 2016 r. nie będzie, bo to, pomimo podobieństw między kandydatami, zupełnie inne wybory, które toczyć się będą w odmiennych uwarunkowaniach makroekonomicznych i polityczno-społecznych. USA 2020 r. to zupełnie inne USA. Wiele granic zostało przekroczonych, wiele tematów tabu złamanych, wiele mostów spalonych. Tylko trendy się utrzymują. I z tymi właśnie trendami będzie się musiała zmierzyć polska polityka zagraniczna.

Paweł Zyzak    

Dodaj komentarz