Wszystkie odcienie szarości

28 lutego 2017
Never Trump

Odnoszę nieodparte wrażenie, że w opisie amerykańskiej rzeczywistości zagnieździła się u nas tendencja do jej całkowitego upraszczania. Upraszcza się i upraszcza, mimo, że czasy mamy tak ciekawe, że nie trzeba w ogóle oglądać filmów fabularnych, np. thrillerów politycznych. Świat tamtejszej polityki przybiera w pryzmacie rodzimego medium postać rachunku binarnego. Naprzeciw siebie stoją: obozy republikanów i demokratów, konserwatystów i liberałów, media i Trumpa, Trumpa i Clinton, USA i Rosja. Nic po środku, nic na skraju. Żadnych odcieni.

Jeśli założymy, że w aktualnym obozie władzy w Polsce mają miejsce spory i podziały, musimy wywnioskować, że w większych, ludniejszych, różnorodniejszych etnicznie i religijnie USA, jest tych spięć więcej. Są bardziej skomplikowane i są częstsze. Jeden z ministrów polskiego rządu stwierdził, pod silnym jeszcze wrażaniem wizyty w Monachium, gdzie gościł wiceprezydent Mike Pence, rzecz następującą:

„Jasne, że czyny są najważniejsze i najważniejsze są decyzje personalne, kształtujące zwłaszcza sferę bezpieczeństwa. Gdy usłyszałem o nominacji pana generała Mattisa [na szefa Departamentu Obrony – P. Z.], przestałem mieć jakiekolwiek wątpliwości co do rzeczywistego kierunku administracji prezydenta Trumpa”.

Być może słyszał ów polityk o innych „decyzjach personalnych”, niż ta dotycząca generała Mattisa. Jeśli nawet nie to – pozwolę sobie skorzystać z dorobku najbardziej walecznego społeczeństwa antyku: Contra facta non valent argumenta (pol. Wobec faktów argumenty muszą ustąpić). W obszarze „kierunków” polityki zagranicznej USA wyklarowały się dwa główne nurty. Jeden reprezentuje sojusz Trump – Bannon – Tillerson, odpowiednio prezydent – jego główny strateg – sekretarz stanu; drugi tandem reprezentują Mike Pence – Nikki Haley, ambasador przy ONZ oraz luźniej z nim związany Jamesa Mattisa. Mattis nie jest klasycznym politykiem, ale wojskowym. Można by więc rzec, że reprezentuje nurt osobny. Obydwa w każdym razie główne reprezentują zasadniczo sprzeczne podejście względem Unii Europejskiej, NATO oraz Rosji.

Skracając, Trump i jego ideolog Bannon dążą do ożywienia „bilateralnych relacji” z państwami UE i NATO. Nowomowa ta skrywa wizję anty-unijnego „kursu”, podpartego współpracą z grupami eurosceptycznymi i krajami, w których eurosceptycy już rządzą, być może w niedalekiej przyszłości obejmą władzę lub uzyskają na nią wymierny wpływ. Przede wszystkim chodzi o kraje „starej unii”, czyli Niemcy, Francję i Holandię. Jest to kurs nastawiony na dezintegrację unijnego molocha. W takim układzie rzeczy znormalizują się również i ożywią bilateralne relacje z Rosją, jak wiemy, bardzo pokojowo nastawioną do politycznej, gospodarczej i militarnej integracji krajów położonych na zachód od jej europejskich rubieży…

Mike Pence i Nikki Haley reprezentują klasyczny nurt polityki zagranicznej Partii Republikańskiej (GOP). Bynajmniej nurt zachowawczy. Pence sam siebie zaliczał do ideologów ruchu Tea Party, Hale’y natomiast była gubernatorem konserwatywnej Karoliny Południowej. Swój stosunek do wzmiankowanego Kremla określali oni jednoznacznie –jednoznacznie sprzeciwiając się zaczepnej i zaborczej polityce tamtejszych bojarów. Zgodnie z duchem reaganizmu, który odżył z dużą mocą m. in. na kanwie „ruchu herbacianego”, demokracją uznają za wyższą formę ustrojową od totalitaryzmu, dyktatury, „kleptokracji”.

W samym ruchu konserwatywnym jest podobnież niejednoznacznie. Świadomie sięgam po termin odnoszący się do spektrum szerszego, aniżeli tylko aktyw GOP. Politycy z konieczności przywiązani są do barw partyjnych i partyjnej dyscypliny. Mimo, że kongresmeni republikańscy dzielą się na fiskalnych i społecznych konserwatystów, na libertarian i liberałów, są mniej lub bardziej związani z różnorakimi lobbies oraz lokalnymi elektoratami, w kwestii Donalda Trumpa, i wprowadzanego przezeń na salony nacjonalistyczno-populistycznego – Alt-Right Movement – są solidarnie powściągliwi. Jak na razie. Mianem ruchu konserwatywnego określamy przede wszystkim konserwatywnych intelektualistów.

W ruchu konserwatywnym, na bazie sprzeciwu wobec kandydatury Donalda Trumpa, wieloletniego demokraty, wykształcił się ruch Never Trump. Stopniowo w monolitycznym sprzeciwie wobec tej kandydatury powstawał wyłom. Powiększał się ów wystawiony na działanie nie słabnących sondaży Trumpa, jak i kurczącego się peletonu pretendentów do nominacji GOP. Jednym z pierwszych autorów wyłomu w republikańskiej ortodoksji był – wówczas anonimowy – prawicowy publicysta „Publius Decius Mes”, dziś doradca Rady Bezpieczeństwa Państwowego, Michael Anton. „Trumpizm”, czyli zespół mniej lub bardziej spójnych poglądów Trumpa, łagodniał z czasem w oczach mediów i środowisk prawicowych. Na użytek tego łagodzenia zwano go przykładowo „konserwatyzmem wielkości narodowej” (od hasła wyborczego Trumpa: Make America Great Again). Czyli? Ano sprzeciwem wobec konceptu „liberal international order” („liberalnego porządku świata”), którym kierują się teoretycy, liberalni, umiarkowani, ale także konserwatywni. Krytyczny wobec Trumpa Jonah Goldberg ogłosił nawet koniec ruchu Never Trump, rzucając hasło-odtrutkę: Never Trump Nevermore.

Środowisko konserwatywne podzieliło się na co najmniej trzy grupy. Wielu „nigdy-trumpistów” pozostało przy swoim światopoglądzie. Niektórzy wręcz zaostrzyli „kurs”. Pete Wehner, napisał w “The New York Times”, tuż po inauguracji Trumpa, że “prezydentem jest człowiek z “anty-wolnościowymi skłonnościami, niestabilną osobowością i nie umiejący się kontrolować”. Urośli znacząco w liczbie „pro-trumpiści”. Powiększyła się także trzecia grupa, pośrednia, konserwatystów chwalących Trumpa za decyzje „konserwatywne”, ale piętnująca go za odchodzenie od ortodoksji, w kwestii np. wolnego handlu i zamykania granic dla imigrantów. Są to m. in. tak zwani „safes place conservatives”, że zapożyczę od wspomnianego Goldberga, czyli konserwatyści koncentrujący się na tym, co łączy wszystkie odłamy, czyli np. wrogości do liberalnych mediów. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie napisał, że istnieją tzw. Ever Trumpers, czyli grupa wiernych zwolenników Trumpa, od zarania kampanii wyborczej. Oni dziś otrzymują najważniejsze stanowiska w państwie i cieszą się szczególnymi względami. To m. in. Sean Hannity, Dennis Prager czy Laura Ingraham.

Warto obserwować to, co się dzieje. Warto nie przesądzać i nie uproszczać. Partia Republikańska i jej konserwatywne zaplecze są podzielone jak nigdy dotąd. Bez wątpienia partia przechodzi zmiany, ewoluuje, buduje nową tożsamość. Trudno na tym etapie orzec, czy „trumpizm” zmieni GOP, czy GOP wypluje Trumpa i Bannona. Nie da się powiedzieć, czy establishment partyjny spacyfikuje pro-kremlowskie afektacje obydwu. Trump ma w rękach stery władzy wykonawczej i olbrzymie kompetencje w obszarze polityki zagranicznej. Z drugiej strony, jeszcze w pierwszej połowie lat 60. mało kto się spodziewał, że Partia Demokratyczna odejdzie od programowego antykomunizmu, czyli że dojdzie do upadku tzw. „liberal anticommunism consensus”. Co najmniej od czasów Billa Clintona formacja ta słania się ku lewej burcie, dotykając niemalże tafli wody. Ostatnie wybory na szefa Democratic National Comittee niemalże osadziły na tronie „posłańca” rewolucyjnej wręcz zmiany, czyli Keitha Ellisona, pierwszego muzułmanina wybranego do Kongresu. Został ostatecznie wiceszefem partii. Zwyciężył „umiarkowany” Tom Peres, Sekretarz Pracy w administracji Baracka Obamy…

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz