Wrażliwość Zbigniewa Romaszewskiego

28 lutego 2014
Zbigniew_Romaszewski_01

13 lutego zmarł Zbigniew Romaszewski. Społeczeństwo kojarzy byłego senatora PiS z opozycją lat 70., Radiem „Solidarność” oraz krytyką przemian systemowych PRL. Krótko mówiąc – z aktywnością polityczną. Na każdym jednak szczeblu swej działalności, zarówno w KOR, w podziemnej „Solidarności” i w parlamencie, Romaszewski był przede wszystkim aktywistą na rzecz praw człowieka.

Zbigniew Romaszewski zasługuje na pełną biografię i w końcu się jej doczeka. Najdonośniejsze czyny senatora i wiernie stojącej przy nim małżonki dotyczą spraw, którym w III RP starano się Polakom głowy nie zawracać, a mianowicie kwestii praw człowieka w państwach totalitarnych lub posttotalitarnych. Epatowanie społeczeństwa zbrodniami komunistycznymi i bezkarnością elit komunistycznych przywracałoby pespektywę w ocenie Jaruzelskiego, Kiszczaka czy Kani, a w toku dalszego procesu myślowego ich obrońców.

O wielkość Romaszewskiego należy tedy pytać Amerykanów, Gruzinów, Azerów, sowieckich dysydentów, Białorusinów itd., nie zapominając o rodzinach radomskich robotników; tych, którzy zetknęli się działalnością Biura Interwencyjnego i Komisji Helsińskiej KOR oraz Komisji Interwencji i Praworządności.

Obrońca „Starucha”

Walka o prawa człowieka stanowiła w dobie PRL fundamentalną i mierzalną wartość działalności opozycyjnej, w odróżnieniu od często zbędnych, napompowanych dysput nad reformą „ustroju socjalistycznego” prowadzonych przez „zawodowych” dysydentów. Trudno tego dowieść podpierając się karierami takich aktywistów, którzy w III RP zrobili kariery polityczne. Jest ich niewielu, większości zabrakło „sprytu”.

Romaszewski należał do chlubnych wyjątków. Nie pasował do wizerunku „geniusza” politycznego uprawiającego „konsensus”, nie pasował tak samo do schematu super-Owsiaka, który na polu działalności charytatywnej, między grządkami uprawia „konsensus” w wersji dla młodzieży lub dla starszych.

Nomen omen, pod koniec życia wpasowano go w kostium „obrońcy »Starucha«”. Wrażliwość społeczna stojących za tym przekazem ikon medialnych jest nie większa niż u stekowców, a Międzynarodowe Konferencje Praw Człowieka, które organizował Romaszewski, mylnie kojarzą się im z „kongresem futurologicznym” Lema.

W „programie śniadaniowym” w TVP2 ściągnął moją uwagę pewien przypadek. Młoda kobieta pożyczyła od banku na mieszkanie ok. 400 tys. zł we frankach szwajcarskich. W 2008 r. przyszedł kryzys. Należało teraz spłacić ok. 700 tys. Bank ustalił niebotyczną ratę i wysłał komornika. Kobieta poprosiła dziennikarzy o wsparcie. Ci, zgodnie z prawami odwrotności równego głosu i odwrotnej transparentności, pozwolili, by reprezentujący anonimowy bank adwokacina poniżał w studio nie-anonimową kobietę walczącą o godność i resztki dobytku.

Nie przejść na zawodowstwo

W czasach „ikon dziennikarskich”, „super-społeczników” i nieśmiertelnych komunistycznych kacyków utrata kogoś takiego, jak Zbigniew Romaszewski boli bardzo. Zdaje się ubywać ludzi podobnego formatu, o podobnej wrażliwości, jak Lech Kaczyński czy Kornel Morawiecki. W ich miejsce przychodzą „zawodowi politycy”.

Też przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy moim oczom, pod skocznią w Soczi, ukazał się pijany ze szczęścia „super-Tusk”, w roli komentatora sportowego. Zaraził swą radością nawet indagującego go dziennikarza. Kilka godzin wcześniej, na pogrzebie przedwcześnie zmarłego dziecka, Tusk wydawał się być jeszcze zupełnie trzeźwy…

Sądzimy, że wrażliwość społeczna jest passé tylko po tamtej stronie? Zapytałem ostatnio znajomego, nawiązując do konkretnego przykładu, dlaczego wyklucza, że dwóch pokłóconych ze sobą bezideowych „prawicowych” polityków znajdzie w końcu wspólny język, a potem i interes? „I bardzo dobrze, jeżeli oznaczać to będzie odsunięcie PO od władzy” – odparł. Po co więc odsuwać od władzy PO, skoro jej bezideowość jest już sprawdzona? Pewna wpływowa redaktor „prawicowej” gazety oznajmiła mi kiedyś, że naszym celem jest zniszczenie „Gazety Wyborczej”. Ale po co nam „prawicowa” „Gazeta Wyborcza”, skoro „lewicowa” jest lepsza w niszczeniu?

Pomoc bliźnim, pokrzywdzonym, prześladowanym jest ideą i budowaniem. Odsuwanie i niszczenie małym celem „zawodowych” dziennikarzy i polityków. Mam nadzieję, że dorobek Zbigniewa Romaszewskiego przypomni i społeczeństwu i elitom, że działalność publiczna może mieć oblicze człowieka.

Paweł Zyzak
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz doktorantem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się dziejami USA oraz Wielkiej Brytanii.
(Tekst ukazał się w „Gazecie Obywatelskiej” z dnia 21.02.2014.)

Dodaj komentarz