Wojna Trumpa

3 lutego 2017
Wojna Trumpa 
Paweł Zyzak

21 listopada 2016 roku, tuż po zwycięstwie wyborczym Donalda Trumpa, do Trump Tower zjechali się szefowie największych amerykańskich dzienników i stacji telewizyjnych. Ustalono, że spotkanie odbywa się of-the-record. Co się wydarzyło za zamkniętymi drzwiami? Szefowie liberalnych mediów spodziewali się, że Trump wyciąga do nich rękę i dąży do unormowania wzajemnych relacji. Spotkał ich tymczasem zimny prysznic. Prawicowy portal „Drudge Report”, sprzyjający ostatnio „trumpistom”, wkrótce potem zamieścił głośny tytuł: Trump Slams Media Elite, Face to Face. Trump złamał obietnicę o poufności. Zaczęła się wojna.

Wojna, którą liberalne media nazywają „Trump’s war against media” zaostrza się z każdym dniem. Obydwie strony przekraczają kolejne granice. Można, ale niekoniecznie trzeba ją traktować jako dalszy ciąg kampanii wyborczej. Kampanie wyborcze rządzą się swoimi prawami. Zresztą z podobnego założenia wyszli wspomniani szefowie mediów. Miast tego, ich gospodarz w Trump Tower oznajmił im, że znajduje się w „pokoju pełnym kłamców, oszukańczych i nieuczciwych mediów, które niczego nie rozumieją”.

Są co najmniej dwa powody, aby znając patologie rynku medialnego w USA, pohamować okrzyk zachwytu na wieść o zemście Trumpa. Trump przez dekady żył w symbiozie ze środowiskiem medialno-celebryckim, a zaczęło mu ono przeszkadzać dopiero, gdy wszedł do polityki, i zamiast kampanii Clintonów, zaczął sponsorować własną. Miałem okazję recenzować na łamach prasy prawybory, dowodząc, że strategia wyborcza Trumpa, nie była wolna od „kłamstw”, „oszustw” i „nieuczciwości”, zaś to konkurenci – nie bez racji – zarzucali mu, że mało co „rozumie”. Trump manipulował mediami i szczodrze dzielił się z nimi „kompromatami” na swych republikańskich rywali. Jak pokazały depesze Wikileaks, posunął się nawet do kolaborowania z…. obozem Clintonów.

Język Trumpa cechowały poza wymienionymi: inwektywy, wulgaryzmy, chwalenie się długością członka, poniżenia konkurentów i obrażanie ich bliskich. Warto o tym pamiętać. Trump żali się dziś, że medialne ikony śmieją się z niego, jego żony, a przede wszystkim jego syna. Media zaś „na swą obronę” wyjmują z nieprzebranego wora ekscesów Trumpa wypowiedzi, które obnażają jego dwuznaczną wrażliwość na rynsztokowy język i „chwyty poniżej pasa”. Trump skutecznie sforsował granice, kultury, dobrego smaku i meritum, obniżając w ten sposób poziom debaty politycznej w USA.

Odświeżmy naszą pamięć. Trump przedrzeźniał kalekiego dziennikarza, nazywał trump-insultsamerykańskiego sędziego „Meksykaninem”, wyśmiewał senatora-weteran torturowanego przez wietnamskich komunistów za to, że dał się „złapać”, szydził z wyglądu Randa Paula i Carly Fioriny, jedynej kobiety wśród kandydatów GOP oraz ze wzrostu i „pocenia się” Marco Rubio. Poza tym nazywał Jeba Busha „powolnym”, a jego żonę „anchor baby”, nawiązując jej meksykańskiego pochodzenia, Tedowi Cruzowi ukuł przydomek „kłamliwy Ted”, a jego ojcu przypisywał udział w zabójstwie Johna Kennedy’ego, uznał, że nawrócenie Bena Carsona jest oszustwem i zasugerował, że wciąż cierpi on na „chorobliwą patologię” niedoszłego mordercy, o Mittcie Romney’u mówił, że ten „błagał” go w 2012 roku o jego poparcie. Swoim rozmówców Trump w debatach przekrzykiwał, a nie rzadko nakazywał im wręcz, by siedzieli „cicho”.

Ofiarą Trumpa stał się nawet sam Pan Bóg. Śmiele wprzągł go w swą strategię polityczną. Nie tylko przekonywał, że to jemu właśnie Stwórca sprzyja w tych wyborach. Obwieścił światu, że jest jednym z jego najwierniejszych uczniów, a Pismo Święte to druga jego ulubiona książka obok jego własnej, Art. of Deal. Media nie miały trudności, by udowodnić, że Trump, ani nie czyta Pisma Świętego, ani nie modli się przesadnie, ani uczęszcza do swego kościoła, ani nawet nie kieruje się w życiu zasadami podyktowanymi w Ewangeliach. Była to zresztą jedna z przyczyn jego porażki w Iowa z Tedem Cruzem w lutym 2016 roku i powód, dla którego, swym running-mate uczynił bogobojnego Mike’a Pence’a. Natomiast w kontekście bogobojności Trumpa, warto poszperać na temat udziału obecnego prezydenta w tak zwanej „aferze Jeffrey’a Epsteina”, głośnej dzięki Billowi Clintonowi i tajemniczej “Sex Slave Island”…

Trump wycierał swymi rywalami podłogi, wywołując na ich twarzach grymas szoku, niedowierzania lub poczucia bezradności. W przeciwieństwie do nich, szczególnie kongresmenów, nie miał wiele do stracenia. Wybory zdawał się traktować jako wielką kampanię promocyjną własnej osoby i marki.

„Trwa nieustająca walka, by podkopać olbrzymie poparcie społeczne jakie ma. […] – przemówił niedawno Sean Spicer, rzecznik prasowy Białego Domu, skarżąc się na ataki i kontrataki medialne na Trumpa – Jest nieprawdopodobnie frustrującym, kiedy mówi ci się wciąż, że nie jesteś wystarczająco mocny, nie jesteś wystarczająco mocny, nie możesz wygrać. […] Narracja porażki jest zawsze negatywna i demoralizująca”. Dokładnie tę samą narrację Trump stosował wobec swoich rywali: wyśmiać wyniki sondażowe, zrobić z nich nieudaczników, zniszczyć ich autorytet.

Wojnę z mediami Trump na razie przegrywa. Zanotował najgorszy, w zestawieniu ze swymi poprzednikami na urzędzie prezydenckim, wynik zaufania społecznego w chwili inauguracji. Według sondażu Quinnipiac University, zaledwie 36%. Dla porównania Obama cieszył się 59% poparciem. Wojna sprzyja wskaźnikom oglądalności dużych stacji telewizyjnych. Wskaźniki zaś zachęcają do eskalacji wrogiej Trumpowi narracji. Trump wciąż jest jeszcze pod wrażeniem swego sukcesu i władzy, jaka nominalnie do niego należy nie spuszcza z tonu. Wydaje się być wręcz zaskoczony, że media się go nie boją…

Jest doprawdy ewenementem, że prezydent USA toczy wojnę tę osobiście. Toczy ją w wywiadach, na Twitterze, jak i na konferencjach prasowych. Paradoksalnie to jego rzecznicy prasowi odgrywają rolę umiarkowanych, łagodzą wydźwięk jego słów. Starają się je zniekształcać lub zmieniać ich znaczenie. Nie nadążają jednak. Trump nazwał bulwarowy koncern medialny BuzzFeed, „upadającą kupą śmiecia”. W międzyczasie gwiazdy hollywoodzkie, na których medium to żeruje, porównały Trumpa do przywódcy nazistów. Trump w odwecie nazwał Madonnę „obrzydliwą” i tak się dalej. Toczy się ta medialna kula obelg…

Trump w komiczny, acz niepokojący sposób strofuje dziennikarzy. Swego pierwszego wywiadu w Białym Domu udzielił, za poradą doradców, stacji ABC News. Dziennikarz poprosił go, by skomentował krytykę, jaka spadła nań za ostatnie wystąpienie w siedzibie CIA. Otóż stojąc na tle ściany z gwiazdami, przypominającymi o poległych agentach, Trump zwyczajowo atakował dziennikarzy oraz również w swoim zwyczaju – mocno się przechwalał. „Moje przemówienie […] FOX uznała za jedno z najlepszych przemówień […]. – uczył rzetelności dziennikarza ABC – Włącz FOX i zobacz jak oni to przedstawili”. To dało dziennikarzom pretekst do kolejnych szyderstw z Trumpa. Nie jest bowiem tajemnicą, że prezydenta męczy czytanie i pisanie, woli słuchać i oglądać. Warto by zmienił przyzwyczajenia. Jako głowa państwa – przypomnieli mu – ma nie tylko uprzywilejowany dostęp do informacji, ale co ważniejsze, możność ich kreowania. Miast tego kreuje teorie spiskowe…

Media uderzają w słabe punkty psychiki Trumpa, przede wszystkim w jego próżność. Dręczą go przypominając mu, że przegrał z Hillary Clinton na głosy wyborców, wynikiem prawie 3 milionów. Trump przekonuje się, że 3 do 5 milionów głosów oddano nielegalnie. Jego współpracownicy poczęli go bronić, przekonując, że oparł swe enuncjacje na „badaniach i informacjach”. Ani jednych i ani drugich niestety nie przedstawicieli. Trump, by takowe znaleźć polecił więc wszcząć federalne śledztwo. Został więc zaatakowany, że marnuje miliony dolarów z pieniędzy podatników na badanie teorii spiskowych. I tak dalej, i tak dalej.

Trump jest celebrytą, zatem zachowuje się jak celebryta i próbuje grać na społecznych emocjach. Sytuacja jednak różni się od tej z okresy wyborczego. Wówczas miał je niejako po swojej stronie. Zarówno Clintonom, jak i koncernom medialnym zależało na zdyskredytowaniu obozu republikanów i ewentualnym zwycięstwie w prawyborach „niewybieralnego” Trumpa. Trump skwapliwie skorzystał z tej okazji i „okradł” swych rywali z czasu antenowego, przez co zaoszczędził i jeszcze na tym zarobił…

Epokę celebrytów w amerykańskiej polityce otworzył Barack Obama. Obama pojmował jednak, że aby skutecznie wprowadzać kontrowersyjne zmiany społeczny, należy uwodzić, wyciszać, usypiać i tonować opinię publiczną. Lecz nawet on sobie z tym nie poradził, bo przecież natychmiast na prawicy zrodził się społeczny ruch oporu, czyli Tea Party Movement. Liberalni dziennikarze i konferansjerzy już teraz przekonują Amerykanów, że protesty organizowane w dniu inauguracji Trumpa są zaczątkiem „naszego Tea Party”. Trump igra z ogniem.

Donald Trump podczas rozmowy z Władimirem Putinem, 28 stycznia 2017 r. W Pokoju Owalnym towarzyszą mu od lewej Szef Sztabu Białego Domu Reince Priebus, wiceprezydent Mike Pence oraz Główny Stratego, członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego Steve Bannon, Rzecznik Prasowy Białego Domu Sean Spicer i szef RBN Michael Flynn. Źródło: Drew Angerer/Getty Images.

Nadto zdaje się stosować zabiegi, których nauczył się w swoim reality show The Apprentice. Takie przynajmniej odnosi się wrażenie oglądając inscenizacje, podczas których podpisuje prezydenckie „executive orders” czyli „rozporządzenia”. Nie mają one mocy ustawodawczej. Prezydent korzysta z tego narzędzia, by nadać aktualnej administracji kierunki, aby ta wykorzystując obowiązujące już prawo, realizowała postawiony w rozporządzeniu cel. Żeby jednak zobrazować państwu tę subtelną różnicę między „executive order” a „bill”, warto przypomnieć dekret Obamy o zamknięciu więzienia-bazy w Guantanamo. Nigdy do tego nie doszło.

Posypały się więc rozporządzenia. Jedne bardziej realne, jak to o budowie muru na granic z Meksykiem – choć przed Kongresem i administracją wyzwanie na miarę budowy Wielkiego Muru – oraz to o odrzuceniu Obamacare. W obydwu wypadkach nikt jeszcze nie ma pojęcia, jak się nawet za to zabrać. Bardziej problematyczna jest walka z „sanctuary cities”. Krótko mówiąc, Trump stosuje swego rodzaju szantaż wobec miast takich, jak Los Angeles i New York, które odchodzą od polityki penalizowania nielegalnych imigrantów. Straszy je odebraniem im rządowych grantów.

Rzecz nie nawet w wytropieniu, a następnie eksmisji z Ameryki kilku do 11 milionów imigrantów, przedsięwzięciu na miarę przesiedleń znanych nam z okresu „interbellum”. Rodzi się problem konstytucyjny, bo walka z „miastami-azylami” ociera się o łamanie 10 poprawki do konstytucji. Konstytucja zaś mówi, że prawa, których nie składa się na ręce rządu, leżą w gestii stanów i obywateli. Wśród rozporządzeń warto utworzyć kategorię „osobliwe”. Jedno z nich uznaje dzień inauguracji Donalda Trumpa Narodowym Dniem Patriotyzmu… Trump lubi nazywać budynki, samoloty, restauracje, hotele, a nawet uniwersytety swoim nazwiskiem. Niektórzy więc odetchnęli, że mógł przecież ogłosić ten dzień National Trump Day

Trump ma niestety więcej wad. Jednym z nich jest prawdomówność. W okresie kampanijnym udowadniał, jak bardzo gardzi politykami. Mówił, że poznał ich wszystkich jako lobbysta i że kontrolują ich różni „lobbyści i grupy nacisku”. Obiecał, że „oczyści to bagno” – słynny slogan „drain the swamp”, a rząd zbuduje z „najlepszych ludzi”. Delikatnie mówić – nie dotrzymał słowa. Nie potwierdził nawet własnej transparentności. Jako pierwszy kandydat Partii Republikańskiej od lat 70., odmówił ujawnienia swych dochodów.

Niemalże cały rząd Trumpa, nie licząc może Jamesa Mattisa i  Bena Carsona, składa się z milionerów, lobbystów, byłych kongresmenów i gubernatorów, finansistów ze stajni Rothschildów i Rockefellerów oraz, dla nas Polaków, najgroźniejszej stajni – moskiewskiej. W gronie doradców jest jeszcze mniej ciekawie. Henry Kissinger, confidant Putina, jest współautorem słynnego „resetu” Obamy z 2009 r. Poglądy Trumpa na Rosję, jak i całą politykę zagraniczną, kształtuje jeszcze ciekawszy człowiek, Steve Bannon, były dyrektor wykonawczy Breitbart.com, platformy dla populistyczno-nacjonalistycznego Alt-Right Movement, szef kampanii wyborczej Donalda Trumpa, a obecnie główny strateg i doradca [Chief Strategist and Senior Counselor – P. Z.]. Przed kilkoma dniami Bannon został – drogą precedensu – włączony do Rady Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Warto wiedzieć o kim mowa. Sam o sobie, w listopadzie 2013 r., na promocji książki, Bannon mówił tak: „Jestem leninistą. […] Lenin dążył do zniszczenia państwa i to jest także mój cel. Chcę wszystko zniszczyć, i zniszczyć cały [konserwatywny] establishment”. Nie tak dawno, bo 18 listopada 2016 r., Bannon udzielił następującej wypowiedzi magazynowi “The Hollywood Reporter”: „Ciemność jest dobra. […] Dick Cheney. Darth Vader. Szatan. Jeśli [liberałowie] nas nie rozumieją, tym lepiej dla nas. Jeśli są ślepi, nie widzą kim jesteśmy i co [w rzeczywistości] robimy”.

Skoro o Putinie mowa, Trump zaczyna w Polsce, podobnie jak Putin na Zachodzie, uchodzić za obrońcę chrześcijaństwa… Niniejszy artykuł, chciałbym zatem spuentować następującym żartem Billa Mahera, lewicowego, acz dość niezależnego komika: „Jaka jest różnica między Trumpem i Scjentologią? Scjentologię popierają większe gwiazdy”. Chyba nie ma się z czego śmiać. Dlaczego? Ano dlatego, że sekta – ustami Kirstie Alley – poparła w wyborach Trumpa…

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz