Wojna samolotowa

17 listopada 2015
In this image released by the Prime Minister's office, Sherif Ismail, right, looks at the remains of a crashed passenger jet in Hassana Egypt, Friday, Oct. 31, 2015. A Russian aircraft carrying 224 people, including 17 children, crashed Saturday in a remote mountainous region in the Sinai Peninsula about 20 minutes after taking off from a Red Sea resort popular with Russian tourists, the Egyptian government said. There were no survivors.(Suliman el-Oteify, Egypt Prime Minister's Office via AP)

Ostatniego październikowego dnia roku 2015 mieliśmy do czynienia z kolejną tak zwaną katastrofą lotniczą. Lecący z egipskiego kurortu Szarm el-Szejk do Saint Petersburga samolot pasażerski Airbus A321, uległ zagładzie w połowie drogi przelotowej nad Półwyspem Synaj. Wszystkie osoby lecące statkiem powietrznym – dokładnie 224 – poniosły śmierć na miejscu. Samolot należał do rosyjskich linii lotniczych Kagałymawia i przewoził rosyjskich turystów wracających ze swoich wymarzonych wakacji do kraju ojczystego.

Media od razu propagowały wiadomość, jakoby przyczyną katastrofy był zamach terrorystyczny zorganizowany przez tzw. Państwo Islamskie. Od jakiegoś czasu wszakże wojska egipskie prowadzą na terenie półwyspu Synaj działania zbrojne mające na celu zniszczenie w zarodku rozpleniających się tam partyzanckich oddziałów zbrojnych identyfikujących się z tym satanistycznym nowotworem. Pretekstu dla tamtejszych islamskich bandytów miała dostarczyć sama Rosja, która zaangażowała się w intensywne bombardowania pozycji Państwa Islamskiego w Syrii. Niedługo później pojawiła się dezinformacja, jakoby jakaś jednostka ISIL z Płw. Synaj przyznała się do zorganizowania i przeprowadzenia tego zamachu.

Pomimo natychmiastowego desantu ze strony Rosji swoich agentów z FSB/GRU, jako tzw. „ekspertów współpracujących w wyjaśnianiu przyczyn” niniejszej katastrofy, całość śledztwa, wraz z wrakiem oraz czarnymi skrzynkami, przejęły czynniki państwa, na którym doszło do katastrofy, czyli Egiptu. Tymczasem obecne władze Daru Nilu, z gen. Al Sisim na czele, to stara post-sowiecka soldateska przywrócona tam ponownie do władzy z przyzwolenia Stanów Zjednoczonych, przy pełnej aprobacie Francji, Wielkiej Brytanii, jak i przede wszystkim sąsiedniego Izraela. Śledztwo znajduje się więc pod całkowitą „opieką sił światłości” z Zachodu.

Ciemność widzę, ciemność…

Zdaję sobie sprawę, że moje niniejsze rozważania będą w zasadniczej mierze przysłowiowym gadaniem ślepego o kolorach. Zdaję sobie sprawę, że w kwestii historii „bardzo najnowszej”, która jest obiektem badań bardziej politologów, niż historyków, jest bardzo łatwo o pomyłkę. Wiedza na temat sytuacji bieżącej rozkłada się bowiem w następujący sposób:

– 99,99% zainteresowanych nie wie o czym mówi;

-0,01 % pozostałych nie mówi o tym, co wie;

Dlatego moją refleksję proszę traktować bardziej w kategoriach luźnej przygody intelektualnej, niż prezentacji twardej faktografii.

Otóż w przypadku rozważanego tutaj zamachu mamy do czynienia jedynie z dwoma niezbitymi faktami: a) doszło do katastrofy; b) był to ewidentnie zamach terrorystyczny. Natomiast w kwestii sprawców istnieją trzy możliwości sprawstwa.

ISIL

Moim skromnym zdaniem bardzo mało prawdopodobne. Aby zestrzelić samolot pasażerski lecący na wysokości przelotowej (ok. 11 000 m nad ziemią) trzeba dysponować sprzętem przeciwlotniczym, którego po dziś dzień nie posiada wiele sił zbrojnych pomniejszych państw świata. Synowie wielbłąda z ISIL sami sobie takiego sprzętu nie mogli wystrugać, kupić o na komercyjnym rynku raczej też nie mogli, bo jest to dobro bardzo reglamentowane przez możnych tego świata.

Zostaje więc jedynie ewentualna możliwość dostarczenia go przez… USA lub Izrael przy pełnej współpracy z Egiptem, bo w takim przypadku nie chodzi o jakiś zestaw ręcznej broni przeciwlotniczej typu „bazooka”, ale o cały system przeciwlotniczy, którego nie da się przewieźć nad egipskie wybrzeże na motorówce pod brezentową płachtą, czy przemycić we fragmentach przez „mrówki” na granicy. A gdyby nawet przywiózł im to z piekła sam Muhammad to jeszcze trzeba do tego bardzo wyspecjalizowanej załogi od obsługi i konserwacji takiego sprzętu, a zapewniam, że czegoś takiego nie da się nauczyć w miesiąc z broszurek rozdawanych w obozie szkoleniowym w jakiejś jaskini.

Pozostaje wszakże jeszcze jedna możliwość. Oficjalna propaganda podaje, że miał to być zamach bombowy dokonany wewnątrz statku powietrznego. Dostarczenie bomby na pokład mogło się dokonać albo przy współpracy ze stroną egipską, co byłoby absurdem, albo bomba musiałaby zostać przemycona przez stronników prawdziwego oblicza islamu na lotnisku. A lotniska egipskie, zwłaszcza te w miastach turystycznych, są bardzo dobrze strzeżone. Wokół nich, jak i w na wszystkich check point’ach stoją nie jacyś pracownicy firm ochroniarskich, ale żołnierze uzbrojeni po zęby. Nie można jednak całkowicie wykluczyć scenariusza klasycznego zamachu bombowego.

Rosja

Mogła to być prosta zemsta Putina na Egipcie za współpracę tego państwa (de facto dawnych protegowanych KGB/GRU z armii egipskiej) z dzisiejszymi siłami USA i wszelkimi przeciwnikami Baszara Al-Asada w regionie bliskowschodnim. Wszakże pan Putin ma w materii zamachów na własnych obywateli całkiem spore doświadczenie, choćby z okresu preparowania pretekstu do rozpoczęcia II wojny czeczeńskiej. Zabijanie własnych krajan dla ludzi jego pokroju nie stanowi bynajmniej żadnego problemu ani w aspekcie moralnym, ani technicznym czy operacyjnym.

Tradycje rosyjskiej dominacji w Egipcie sięgają co najmniej roku 1956, kiedy to ZSRR ramię w ramię z USA wykurzyli z Kanału Sueskiego wojska francuskie, brytyjskie i izraelskie. Współpraca rosyjsko-egipska rozkwitła potem za czasów dyktatury Gamala Abdel Nasera (1954-1970). To Rosjanie zbudowali Egipcjanom słynną Tamę Assuańską na Nilu, i jeszcze w l. 70. XX. wieku ich obecność wojskowa, „doradcza” i inżynieryjna była szacowana (wraz z rodzinami) na 70 tys. obywateli ZSRR, czyli mniej więcej tyle samo, ile wynosiła liczebność całej kasty białych Brytyjczyków w Indiach na pocz. XX. w. Do dziś dnia Rosjanie pozostają największymi amatorami egipskiego przemysłu turystycznego i po dziś dzień język rosyjski jest powszechny w użyciu w każdej egipskiej miejscowości turystycznej. Taki zamach z przyczyn oczywistych będzie skutkował katastrofalnym dla gospodarki egipskiej masowym odpływem turystów rosyjskich. Rosja ma bez wątpienia w Egipcie na tyle dużą swobodę działania, że teoretycznie byłaby w stanie taki zamach przeprowadzić. Wydaje się to jednak bardzo mało prawdopodobne.

USA

Stany Zjednoczone, jako reprezentant interesów zarówno Izraela, jak – w tym przypadku przede wszystkim państw członkowskich NATO – mogą być niepozornym sprawcą. Uważam bowiem, że niniejszy zamach (mniejsza o to, czy dokonany bezpośrednio np. przez armię USA, czy też przez współpracę z jakimiś arabskimi bandziorami) wpisuje się w trwającą co najmniej od 2010 r. „wojnę na samoloty”; wojnę, którą Zachodowi, zdominowanemu i niejako reprezentowanemu w relacjach z światem zewnętrznym właśnie przez USA, wypowiedziała pod Smoleńskiem Rosja.

Rosyjsko-sowieckie tradycje mordowania przedstawicieli polskich elit politycznych za pomocą preparowania różnego typu katastrof lotniczych sięgają co najmniej roku 1943. To wtedy właśnie wywiad sowiecki przeprowadził 4 lipca 1943 roku akcję specjalną, w wyniku której samolot B-24 Liberator spadł do Morza Śródziemnego tuż po starcie z lotniska gibraltarskiego. W wyniku tej katastrofy zginął gen. Władysław Sikorski, ostatnia poważna zawada na drodze do pełnego zbratania się decydentów świata anglosaskiego z sowieckim multi-ludobójcą, Józefem Stalinem. Był to niejako akt założycielski Polski sowieckiej, bo otwierał drogę do ostatecznej zgody Londynu i Waszyngtonu na sowietyzację naszego kraju. Innym mniej znanym epizodem z najnowszej historii Polski była próba spreparowania katastrofy lotniczej 28 marca 1945, kiedy to przewożono do Moskwy większość późniejszych bohaterów „procesu szesnastu”. Samolot z aresztowanymi członkami Polskiego Państwa Podziemnego po doleceniu w okolice Moskwy i wytraceniu większości rezerw paliwa otrzymał odmowę pozwolenia na jakiekolwiek lądowanie. Tylko odważna postawa rosyjskiego pilota, który nie chciał taktownie poddać się fatum wyznaczonemu przez zbrodniarzy z NKGB, i podjęta przez niego decyzja o awaryjnym lądowaniu w warunkach polowych uratowała – nie na długo – życie załogi i pasażerów.

Nie zapominajmy także o katastrofie śmigłowca z ówczesnym polskim premierem na pokładzie, Leszkiem Millerem, akurat w okresie jego dość twardej postawy negocjacyjnej na salonach UE (epoka „Nicea el muerte”). W tym przypadku tropy prowadzą raczej w kierunku decydentów niemieckich, posługujących się polskimi wyrobnikami, najpewniej z WSI. Tam także tylko brawurowa, trzeźwa postawa pilota śmigłowca uratowała zainteresowanych przed niechybną śmiercią, za co zresztą ów pilot miał późnej jeszcze proces wojskowy zorganizowany przez polską prokuraturę wojskową. Kwestia zamachu terrorystycznego z 10 IV 2010 r. jest na tyle dobrze znana, że nie będę jej rozwijał. Większość polskich komentatorów potraktowała tę zbrodnię, a zwłaszcza późniejsze jej zatuszowanie i brak oficjalnej reakcji ze strony państw NATO, z USA na czele, jako kolejną zdradę Polski i poświęcenie jej na szachownicy imperialnych zmagań, w ramach ówczesnego obamowskiego resetu amerykańsko-rosyjskiego.

Oczywiście decydenci z USA doskonale wiedzieli i wiedzą, co się stało w Smoleńsku. Jeśli nawet zamordowanie przez KGB rękami wywiadu kubańskiego prezydenta USA, Johna F. Kennedy’ego (1963 r.), nie wywołało III wojny światowej, to tym bardziej nie będą jej prokurować w imię pomszczenia prezydenta jakiegoś słowiańskiego bantustanu. Nie oznacza to też, że nic w tej materii nie zrobiono. Oto zestawienie wydarzeń, które jak sądzę, są ze sobą powiązane:

10.IV.2010 – Smoleńsk – „katastrofa” Tu-154, śmierć 96 obywateli Polski, członka NATO;

9.V.2012 – Wyspa Jawa – lot prezentacyjny dla zainteresowanych zakupem prominentów biznesowych Azji Południowo-Wschodniej samolotem Suchoj Superjet 100, pierwszego od upadku ZSRS nowego rosyjskiego samolotu pasażerskiego, wielkiej nadziei rosyjskiego przemysłu lotniczego na podbój światowych (czyt.: trzecio-światowych) rynków zbytu; „katastrofa” tuż po starcie, giną wszystkie osoby lecące samolotem (45 osób);

7/8.III.2013 – przedziwne „zniknięcie z radarów” malezyjskiego samolotu Boeing 777 z 239 osobami na pokładzie (lot Kuala Lumpur-Pekin); szczątki maszyny po wielu miesiącach znaleziono na brzegach W. Reunion na Oceanie Indyjskim;

17.VII.2014 – Wschodnia Ukraina, rejon miasta Torez – kolejny malezyjski Boeing 777 (czyżby dalsza odsłona rosyjskiego odwetu za współpracę Malezji z USA w zmontowaniu „katastrofy jawajskiej”?) z Malysia Airlines zestrzelony przez wojsko rosyjskie; lot Amsterdam-Kuala Lumpur; śmierć 298 osób, w tym 193 obywateli Holandii, członka NATO; tutaj mała uwaga – jak w przypadku ISIL na Płw. Synaj – zestaw rakietowy użyty do tej zbrodni nie mógł być odpalony bez zgody złogi obsługującej jego część decyzyjną, ta zaś znajdowała się na terenie Federacji Rosyjskiej; nie mogło więc być mowy o pomyłce separatystów, bo to nie oni decydowali o dopaleniu rakiet, ale profesjonalna załoga, która doskonale wiedziała na kogo wydaje wyrok;

31.X.2015 – Półwysep Synaj – rosyjski Airbus A321, 244 ofiary.

Jeśli moja hipoteza się kiedyś potwierdzi, to będzie znaczyło, że mamy do czynienia z bezwzględną polityką na zasadzie „reakcja na akcję”, w której nikt nie liczy się z ludnością cywilną w grze o panowanie nad światem, co bynajmniej nie byłoby jakimś zaskoczeniem.

Filip Bauman

Dodaj komentarz