Wojna nie tylko na przecieki

1 grudnia 2020

Po zabójstwie Mohsena Fakhrizadeha, przezywanego mózgiem irańskiego programu nuklearnego, Iranowi przybył kolejny męczennik. Zwalczającym ów program stronom ubył zaś potencjalny jego „mózg”. Fakhrizadeh  zasilił w ten sposób panteon, w którym oczekiwał już nań gen. Ghasem Soleimani. Można spierać się o to, czy większa jest korzyść z męczennika, czy z uśmiercenia, ktokolwiek by za zabójstwem nie stał, zaledwie jednego z naukowców, nawet gdyby był samym ośrodkowym układem nerwowym złowieszczej operacji. My spróbujmy wydobyć z mgławicy nieoficjalnych komentarzy, oficjalnych oświadczeń, gróźb i oskarżeń „kropki”, by następnie je połączyć. Na ratunek przychodzą nam przecieki, czyli stojący za nimi bohaterowie minionych i bieżących wydarzeń.

W wypadku śmierci Soleimaniego wiemy przynajmniej, że doszło do „likwidacji celu”. Znamy pistolet, rękę, która go trzymała i mózg, który wysłał impuls nerwowy aż do ścięgien dłoni. Znamy środki, którymi dokonano asasynacji i znamy zleceniodawcę, za którego głowę zresztą reżim irański „oddolnie” wyznaczył sowitą nagrodę (między $3 lub $80 mln.). W przypadku zabójstwa Fakhrizadeha wiemy tylko tyle, że nie doszło do samobójstwa. Ucierpieli bowiem bezpośredni świadkowie zdarzenia. Brakuje samochwały, który wykrzyczałby: „To ja! To ja!”. Mimo, iż wrogów Iranowi nie brakuje, bo jest i wahabicka Arabia Saudyjska, jest jeszcze bardziej purytańskie ISIS, które zresztą uważa Saudów za zaprzedanych „Wielkiemu Szatanowi” (termin spopularyzowany przez Ajatollaha Chomeiniego), jest wreszcie Izrael, no i Rosja, która lubi płatać psikusy, i podszywać się pod wszelakich, zarówno przyjaciół, jak i wrogów.

Odchodząca amerykańska administracja jest na tyle przewidywalna, że polityk, który dał jej swoje nazwisko, bez wątpienia nie dałby się okraść z możliwości zakomunikowania tak doniosłej decyzji swej 90-milionowej audiencji na portalu społecznościowym jakimś rzecznikom prasowym albo jakimś przeciekom. Miast tego retweetował komentarz izraelskiego dziennikarza Yossi Melman, który napisał, że Fakhrizadeh „był głową irańskiego tajnego programu wojskowego i przez wiele lat ścigał go Mossad”. Niezależnie od autentycznych zasług, mniej lub bardziej spontaniczne protestujący na ulicach Teheranu, odpowiedzialnością za zabójstwo solidarnie obdzielili USA, bez podziału na barwy partyjne, oraz Izrael, któremu tradycyjnie życzą zagłady.

Oficjalne stanowisko Teheranu na temat śmierci Fakhrizadeha opisuje mord z wykorzystaniem zaawansowanych technik wojskowych. Dokonał go bezzałogowy pojazd terrorystyczny, nie zaś terrorysta samobójca, jak gdzieniegdzie podawano. Wedle raportu  Fars News oraz pół-oficjalnej Irania Students News Agency do podróżującego wraz z żoną ogień otworzył zdalnie obsługiwany karabin maszynowy znajdujący się w samochodzie marki Nissan. Tuż po trwającym trzy minuty ostrzału samochód ów eksplodował. Przywódcy reżimu, poszukując sprawcy, wskazują palcem na Izrael, a ściślej na „syjonistów”, którzy dążą do sprowokowania otwartej wojny na Bliskim Wschodzie. Nie zaprezentowali dotąd dowodów na sprawstwo Tel Awiwu, ale i premier Izraela Benjamin Netanjahu odmawia komentarza w sprawie zabójstwa. Reszta świata wydaje się być nieco skołowana. EU głosem swych oficjeli potępiła mord sam w sobie, natomiast Wielka Brytania, tak jak my, „pilnie próbuje ustalić fakty”.

Przecieki” są nośnikiem dwojakiej wiedzy. Po pierwsze, komunikują problem zawarty w treści jako takiej. Po drugie, zliczając ich liczbę i częstotliwość, informują o dynamice wydarzeń, o potencjalnych napięciach występujących w ośrodku decyzyjnych. 17 listopada, czyli przed niespełna trzema tygodniami, media poinformowały, iż prezydent USA poprosił swych najważniejszych doradców o przedstawienie „opcji” ataku na irańskie instalacje nuklearne. Z czego wynikało owo zainteresowanie prezydenta? Nie wiadomo. Podobnie jak nie wiadomo, czy miało to być działanie zaczepne czy odpowiedź na takowe. Z przecieku owego wiadomo, że ataku odradzali prezydentowi zarówno doradcy wojskowi, jak i cywilni, w tym jego wiceprezydent oraz sekretarz stanu. Czy odradzili? Przeciek wyszedł z jądra decyzyjnego Stanów Zjednoczonych i nie był jedynym przeciekiem dotyczącym spraw około-irańskich, jaki przedostał się do tzw. opinii publicznej do dnia zabójstwa Mohsena Fakhrizadeha.

Na scenę wchodzą pozostali aktorzy. Wśród nich pierwszy następca tronu Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman, faktyczny i niepodzielny władca w Rijadzie. Otóż w ostatnim czasie na księcia spadł, wedle przecieków rzecz jasna, grad namów, iżby spotkał się z „cztery oczy” z premierem Netanyahu. Arabia Saudyjska króla Salmana, mimo swych wyjątkowo bliskich więzi z wyjątkowo pro-izraelskim Białym Domem, nie dołączyła w ostatnich miesiącach do grona państwa islamskich, które dały się namówić na normalizację relacji z Izraelem. Królestwo nie jest jeszcze na to gotowe – argumentowali Saudyjczycy w Waszyngtonie. Bin Salman miał nadzieję, że i tym razem ucieknie spod gradowej chmury. Jeszcze ciemniejszej niż wcześniejsza, bo rezultat wyborczy, i związana z tym, zbliżająca się nieubłaganie zmiana politycznej warty, wywołały pod bezchmurnym zwykle niebem arabskim duży niepokój. W namowy wszakże zaangażował się osobiście amerykański sekretarz stanu, czytaj: stojący za jego plecami prezydent.

Do spotkania finalnie doszło 22 listopada, w niedzielę, w ukochanym dziecku następcy tronu, powstającym, w przyszłości najnowocześniejszym mieście na półwyspie, „smart city” Neom. Uczestniczył w  nim obok Netanjahu i bin Salmana, sam jego sprawca, Mike Pompeo. Tak oto doszło do unikalnego, pierwszego jakby potwierdzonego, o czym dalej, szczytu między szefami rządów Izraela i Arabii Saudyjskiej, choć Netanjahu i książę mieli się już w przeszłości spotkać. Netanjahu zabrał ze sobą w podróż szefa Mossadu Yossi Cohena.

Szczegóły dotyczące spotkania wydają się pochodzić głównie od strony saudyjskiej, antycypującej niemiłe konsekwencje owego szczytu. Wysłała ona swoich „informatorów” do m. in. mediów brytyjskich. Szczegóły te stanowią swoisty bufor narracyjny, osłaniający osiowy „przeciek”, na jaki zgodzić się miały strona izraelska i saudyjska, potwierdzający, iż do spotkania bin Salmana i Netanjahu w rzeczywistości doszło. Wiadomość taką jako pierwszy opublikował anglojęzyczny „Haaretz”. Arabia Saudyjska zastrzegła sobie wszakże prawo do dementi i zaprzeczyła potem udziałowi Netanjahu w spotkaniu w Neom. Podobnie w oświadczeniu Departamentu Stanu USA zabrakło nazwiska premiera Izraela…

Przywódca Arabii Saudyjskiej znalazł się w niełatwym dla siebie położeniu. Ktoś powiedziałby, że między Scyllą a Charybdą. Z jednej osobista relacja z przywódcą głównego supermocarstwa i protektora, co prawda kończąca się, ale kończąca się do stycznia. Z drugiej irańskie, ościenne i śmiertelne zarazem niebezpieczeństwo. Na Rijadzie nie udawane wrażenie zrobiły dronowe ataki na infrastrukturę państwowego giganta naftowego Aramco w 2019 r., w rafineriach Abqaiq i Khuaris, które doprowadziły do kilkumiesięcznej, znaczącej  redukcji produkcji. A był to zaledwie pokaz siły. Uderzenie sprofilowane zostało tak, aby Arabia Saudyjska mogła relatywnie prędko odbudować zniszczenia. Obliczone na minimalne straty, albowiem jednym takim ruchem Teheran mógł, gdyby chciał, wpędzić Arabię Saudyjską, całkowicie uzależnioną od handlu ropą, w kryzys ekonomiczny cofający ją dekady wstecz. Wówczas szacowane na $500 mld. Neom pozostałoby tylko jeszcze jedną baśniową ekstrawagancją.

Poza tym do władze w Rijadzie mogły mieć podejrzenia, a może i potwierdzone informacje, iż odchodzący prezydent USA, by wesprzeć zaprzyjaźnionego premiera Izraela, i by postawić swego następcę przed szeregiem faktów dokonanych, zdecyduje się wykonać jeszcze jeden spektakularny gest wobec Tel Awiwu. W mediach pojawiały się sprzeczne, a zarazem układające się w pewien logiczny ciąg informacje. Te amerykańskie donosiły o ruchach amerykańskich wojsk, m. in. o wpłynięciu lotniskowca USS Nimitz i jego grupy uderzeniowej do Zatoki Perskiej oraz o ćwiczeniach bombowców B52 z dala od swych baz w Północnej Dakocie, w których uczestniczył również samolot cysterna. Z kolei media brytyjskie poinformowały, że władze w Teheranie wysłały do Bagdadu wysokiej rangi generała z instrukcjami dla liderów bojówek szyickich z przekazem, iż odchodzący prezydent USA

„chce przed odejściem wciągnąć region [Bliskiego Wschodu] w otwartą wojnę, aby zemścić się na swoich oponentach za przegrane wybory, i nie leży w naszym interesie, by dać mu usprawiedliwienie dla rozpoczęcia takiej wojny”.

 Z punktu widzenia reżimu w Rijadzie, wojna, która rozpoczęłaby się za obecnej amerykańskiej administracji, toczyłaby się już za nowej, a ta nowa będzie mieć do energicznego księcia dużo pytań, m. in. o wojnę w Jemenie, czystki w rodzinie królewskiej i pozbawienie tytułu następcy tronu Mohammeda bin Nayefa, a przede wszystkim o zabójstwo dziennikarza Jamala Khashoggiego, znajdujące się w koszyku „praworządność”. Saudowie liczą najpewniej, jeśli wierzyć przeciekom, na pęknięcia w samej, obecnej administracji, żywiąc nadzieję, iż entuzjastów bombardowań w Iranie trudno jest znaleźć poza kręgiem rodzinnym prezydenta.

Za to liczyć nie mogą na razie na inne potęgi w regionie. Za kilkuletnich, udzielnych rządów bin Salmana mocno pogorszyły się relacje Arabii Saudyjskiej z Turcją, które, po prawdzie, nigdy nie były idealne. Turków i Saudów dzielą silne historyczne zaszłości, dotykające podwalin obydwu państwowości, czyli spuścizny Sułtanatu Osmańskiego. Jątrząca jeszcze w mentalności elit obydwu państw relacja suzerena i dawnych poddanych oraz rola opiekunów Mekki i Medyny, miejsc świętych muzułmanów, wreszcie odmienny stosunek saudyjskich i tureckich elit do Bractwa Muzułmańskiego. W ostatnim czasie następca tronu usunął się nieco w cień, zaś gesty pojednania zaczął wykonywać jego ojciec, Salman, rodzony syn Ibn Sauda, twórcy państwowości współczesnej Arabii. Także relacje z Egiptem, gdzie punktów stycznych jest więcej, wcale nie układają się nazbyt pomyślnie. Prezydent Abdel el-Sisi ma podejrzliwie spoglądać na technologiczną i handlową współpracę saudyjsko-izraelską, obawiając się utraty strategicznych walorów przez Kanał Sueski.

Tyle tylko i aż tyle udało nam się nakreślić dzięki informacjom zdementowanym i nie zdementowanym. Ale przede wszystkim dzięki przeciekom, także o samych przeciekach.

Paweł Zyzak

 

Dodaj komentarz