Widma i scenariusze po Brexicie

28 czerwca 2016
Źródło: http://sciscomedia.co.uk

Trzy najważniejsze hipotetyczne skutki Brexitu, jakie mogą zaistnieć w możliwym do przewidzenia czasie, to: rozpad Wielkiej Brytanii, rozpad UE oraz ewentualny globalny kryzys gospodarczy. W niniejszym artykule chciałbym zająć się pierwszą z tych kwestii.

Rozpad Wielkiej Brytanii może dokonać się na dwóch odcinkach. Po pierwsze: Szkocja może uzyskać w niedalekim czasie niepodległość; po drugie: Irlandia Północna może zjednoczyć się z Republiką Irlandzką. Walia jest sama w sobie zbyt słaba i zbyt silnie zunifikowana kulturowo z Anglią, by pokusić się o niezależność.

Irlandia Północna

Kwestia ewentualnej secesji Irlandii Północnej jest tutaj pod wieloma względami najbardziej  intrygująca. Belfast był przez cały XX wiek symbolem brytyjskiego rojalizmu i wytrwania tamtejszej protestanckiej większości przy Wielkiej Brytanii, wbrew woli swoich katolickich sąsiadów. Był to wówczas bodaj ostatni obszar Królestwa, który rezygnowałby ze związków z Londynem. Bardziej już prawdopodobne wydawało się opuszczenie Domu Windsorów przez samą Anglię, niż zdradzenie jej przez irlandzkich rojalistów.

Irlandia Północna, w wyniku pozostawania w stanie nieustannej wojny ze stroną katolicką, była też ostatnim w Europie obszarem, gdzie chrześcijaństwo protestanckie było jeszcze autentycznie żywe. Tamtejsi Anglikanie chodzili równie masowo do swoich kościołów, jak czynili to do niedawna ich papistyczni wrogowie. Jednak postępująca ateizacja Wysp Brytyjskich doby „rewolucji kulturalnej”, poczyniła od l. 70. XX w. astronomiczne spustoszenia religijno-moralne nie tylko w Republice Irlandzkiej. Efekt końcowy tego rozkładu (płynącego tam bardziej z samego Londynu, niż z Brukseli) jest dzisiaj taki, że większość mieszkańców irlandzkiej enklawy ma dzisiaj takie samo wyznanie, jak ich rodacy po drugiej stronie Morza Irlandzkiego. Tą religią są pieniądze. Dla dzisiejszych mieszkańców Belfastu, a zwłaszcza jego najbliższych, rolniczych okolic, bardziej wydaje się nią być – serwowana hojnie przez Berlin via Bruksela – dotacja do hektara, niż jakakolwiek tożsamość religijna czy lojalność względem korony. Taki znak czasów.

Sama secesja Irlandii Północnej byłaby pożądana zarówno z ogólno-katolickiego, jak i polskiego punktu widzenia. Pod względem kulturowym byłaby to rzecz pozytywna, gdyż finalizowałaby walkę irlandzkich katolików o zjednoczenie Zielonej Wyspy. Byłaby, gdyby nie fakt, że dzisiejsza Republika Irlandii jest krajem znajdującym się na płaszczyźnie religijnej w stanie katastrofalnego, posoborowego upadku. Z punktu widzenia Polski, obok płaszczyzny kulturowej, która każe stawiać na zjednoczenie Wyspy, istnieje jednak jeszcze aspekt geopolityczny. A ten mówi jasno, że Wielka Brytania to najważniejszy, póki co, europejski sojusznik naszego najważniejszego sojusznika, czyli USA.

Nie przypadkiem w ostatnich pokazowych ćwiczeniach wojskowych o kryptonimie Anakonda’16, tak naprawdę, obok żołnierzy polskich i amerykańskich, masowy udział w nich wzięli jeszcze tylko żołnierze brytyjscy. Brytania to jedyne obecnie europejskie mocarstwo, które nie tylko chce, ale i ma potencjał fnansowo-naukowo-gospodarczo-demograficzno-militarny, by stawać w szranki o cokolwiek z Federacją Rosyjską. Utrata obszaru liczącego niecałe 14 tys. km2 i 1,8 mln ludzi nie byłby jednak ciosem, który w jakiś widoczny sposób osłabiłby angielskie mocarstwo, a tym samym ewentualne wsparcie Wielkiej Brytanii dla Polski w konflikcie z Rosją. Secesja Irlandii Północnej nie miała wywarłaby więc większego negatywnego skutku dla bezpieczeństwa Polski.

Szkocja

Drastycznie inaczej natomiast wygląda sprawa z niepodległością Szkocji. To już byłby ewidentny cios dla potęgi dumnego Albionu. Wielka Brytania w obecnym kształcie to nadal:

– kraj średniej wielkości w Europie (244 tys. km, nieco większy niż Rumunia), ale za to potęga demograficzna licząca 64 mln mieszkańców, niemal tyle samo co Italia (60 mln) i Francja (66 mln); więcej liczą w Europie tylko Prusy, zwane kłamliwie Niemcami (prawdziwym spadkobiercą tradycji niemieckiej jest Austria!), liczące ponad 80 mln ludzi;

– druga (znów na równi z Francją) potęga gospodarcza Starego Kontynentu, do której silniejszą gospodarką mają tylko Niemcy/Prusy; ale pod względem zgromadzonego bogactwa  (nie mylić z propagandowym bełkotem o PKB) Brytania – tak samo jak Francja, a nawet Italia – nadal bije na głowę dzisiejsze Niemcy; to nie przypadek, że po dziś dzień londyńskie City to druga stolica finansowa świata (po Nowym Yorku) i pierwsza w tym względzie potęga Europy (przed Paryżem);

– pierwsza potęga militarna Europy (na równi z Francją), posiadająca technologie militarne o których Rosja może tylko pomarzyć (ojczyzna np. technologii samolotów pionowego startu; technologii której nie udało się opracować w XX w. nawet USA, ani nie udało się nigdy skopiować ZSRR!); mocarstwo atomowe (do statusu którego nie mogą po dziś dzień aspirować, z przyczyn geopolitycznych, Niemcy) i prestiżowy członek stały na forum ONZ;

Teoretycznie nawet utrata Szkocji nie zmieniłaby wiele w mocarstwowym statusie samej Anglii. Straty, nie tylko na niwie prestiżowej, byłyby jednak dużo większe, niżby to mogło wynikać z suchych tabelek i cyferek. Po secesji Szkocji Wielka Brytania stoczyłaby się do rangi państewka niewiele większego od Czech, liczącego po rozwodzie z Edynburgiem zaledwie 153 tys. km2. Teoretycznie Szkocja zabrałaby ze sobą tylko 5,3 mln mieszkańców, ale byłby to jednak ogromny cios o charakterze psychologiczno-prestiżowym. Anglia zostałaby nie tylko zdystansowana ludnościowo przez Włochy, ale i spadłaby do rangi państwa znacznie słabszego demograficznie i gospodarczo od Francji.

Wielka Brytania otrzymałaby także ogromny cios pod względem geopolitycznym. Nie chodzi tu tylko o ogromne koszty związane z dyslokacją floty wojennej czy atomowych plant. Szkoci w dotychczasowym Commnwelth’ie byli częścią zwartego imperium. Sami natomiast szybko stoczą się do rangi gospodarczego i politycznego protektoratu Brukseli (czytaj: Berlina). Dla Anglii to geopolityczny koszmar, widmo utraty kontroli nad północnym basenem Morza Północnego z jego zasobami naturalnymi oraz realna groźba ewentualnego sporu ze Szkocją o posiadanie – kluczowych dla tego teatru morskiego – Szetlandów.

Z punktu widzenia kulturowo-cywilizacyjnego tak potężne osłabienie jednego z głównych „pasów transmisyjnych” światowego „rozprzężenia moralnego”, jakim dziś jest Wielka Brytania, byłoby bardzo korzystne, ale na płaszczyźnie geopolitycznej byłoby dla Polski ogromnym zagrożeniem. Oznaczałoby bowiem zmarginalizowanie roli Anglii w kontynentalnej Europie, a to z kolei przyniosłoby niemal samodzielne panowanie Prusactwa i jego brukselskich trefnisi. Skończyć by się mogło nawet przeprowadzką londyńskiej finansjery do Frankfurtu nad Menem. Ogromna presja, jaka obecnie jest wywierana na Londyn w sprawie pozostania w Unii Europejskiej, wydaje się to ryzyko potwierdzać.

Kwestia Prus

Swojego czasu długo się zastanawiałem nad sensem słynnego niemieckiego „Willkommen”, czyli kuriozalnego zaproszenia skierowanego w zeszłym roku przez niemiecką kanclerz do islamskiego motłochu, aby zalał Europę. Miałem duże rozterki, czy po prostu uznać Frau Merkel za najgłupszego niemiecko-pruskiego kanclerza do czasów Adolfa Hitlera. A może w tym szaleństwie kryła się jakaś „metoda”? Obecnie, na kanwie ostatnich wydarzeń z Brexitem, coraz bardziej skłaniam się do tezy, że choć był to wielu aspektach jej poważny błąd polityczny, to jednak poważne państwa, do których na pewno należy zaliczyć Prusy, potrafią wyciągnąć dla siebie nawet z tego typu porażek liczne korzyści. Państwa poważne nigdy nie zakładają jednego scenariusza kreowanych przez siebie wydarzeń politycznych i potrafią tak nimi pokierować, aby zawsze optymalizować dla swojej racji stanu wszelkie możliwe scenariusze rozwojowe. Obecna agresywna polityka UE wobec Wielkiej Brytanii, wypychania nieomal „na chama” tego kraju poza ramy UE, tylko mnie w tym przekonaniu umacnia.

Prusy najpewniej już dawno postanowiły wykorzystać kryzys imigracyjny, by wykonać drastyczny krok do przodu i przejść do geopolitycznej ofensywy. Jej efektem jest właśnie wyrzucenie za burtę UE (Titanica?) niepokornych Anglików. Najprawdopodobniej rozstanie z Londynem będzie bardzo szorstkie (na co wskazuje ton wypowiedzi brukselskich błaznów wykonujących czarną robotę pour le roi de Prusse), a warunki negocjacyjne wystąpienia z UE wysoce dla wyspiarzy niekorzystne, aby w ten sposób zastraszyć i zdyscyplinować wszystkie inne narody chcące ewentualnie pójść w ślady Albionu.

Dalszym krokiem, już właściwie realizowanym na naszych oczach, będzie stworzenie w ramach Euro-kołchozu twardego jądra starych państw Unii, złożonych z osamotnionej, słabej Francji, jeszcze słabszej Italii, oraz kilku niemieckich protektoratów (Holandia, Belgia, Austria), za pomocą którego Prusy wreszcie całkowicie zdominują politycznie Europę, stając się przy okazji – kosztem upadającej Anglii – czołowym sojusznikiem USA na Starym Kontynencie. Jeżeli ktoś bowiem wierzy, że to Polska może odgrywać w Europie dotychczasową rolę Wielkiej Brytanii, to jest ociera się o infantylizm.

Aby realizacja tego – skrajnie dla Polski niekorzystnego – scenariusza uległa ziszczeniu, musiałoby dojść do co najmniej jednego z dwóch scenariuszy. Po pierwsze trzeba pamiętać, że rozpad Wielkiej Brytanii (czyli właściwie secesja Szkocji) wcale nie jest przesądzony. To w dużej mierze medialna nagonka, sterowana z Berlina, która każe wszystkim wierzyć w to, że kreślony scenariusz jest już przesądzony. Anglia, nawet sama w sobie, to jednak nadal europejska i światowa potęga gospodarcza, finansowa i militarna. Rozpad Brytanii może pociągnąć za sobą światowy kryzys gospodarczy, który odbije się rykoszetem także na reszcie Europy i samych Prusach. W efekcie może dojść do realizacji drugiego scenariusza, czyli wygrania wyborów prezydenckich we Francji przez Madamme Le Pen, a to będzie właściwie oznaczać totalny rozpad Unii Europejskiej. Bez Francji nie ma bowiem możliwości tworzenia jakiejkolwiek „zjednoczonej Europy” w pruskim tego słowa rozumieniu. Niemcy doskonale o tym wiedzą i to właśnie dlatego tak się śpieszą z wydaleniem ze swojego projektu angielskiego kukułczego jaja. Jednym słowem: aby Brexit miał dla Europy jakiekolwiek ozdrowieńcze skutki, potrzebne jest do tego pójście Francji wytyczoną przez Anglików drogą. W przeciwnym razie czeka nas groźba całkowitego zdominowania Europy przez Niemcy.

Filip Bauman

Dodaj komentarz