Wesoła debata w Kolorado

29 października 2015
1056608_1280x720

Debatę republikanów otwarło pytanie: „Wymień swoją słabość?”. Standardowe pytanie dla tego rodzaju debat. Podręcznik powie, że należy podać takie słabości, by widz odebrał je jako, mimo wszystko, mocny punkt debatującego.

Warto, by stracić złudne wrażenie, że politycy amerykańscy są aż tak perfekcyjni, poznać kilka odpowiedzi. Donald Trump postąpił wręcz anty-podręcznikowo. Oznajmił, że jest „zbyt ufny”. Od razu też dodał, że jeśli już go ktoś zawiedzie… „nigdy nie wybacza”. Nie tylko na ochotnika wymienił aż dwie wady, ale jedną z nich – mściwość – zaliczylibyśmy do kanonu wybitnie niechrześcijańskich.
Nie-podręcznikowo, ale bardzo dobrze zareagowała Carly Fiorina. Stwierdziła, że po ostatniej debacie powiedziano jej, że „uśmiecha się za mało”. Postara się więc częściej. Perfekcyjny był za to Ted Cruz, ale to zawodowy orator: „Zbyt łatwo się zgadzam”, jestem „zbytnio wyrozumiały”. Dobry był Chris Christie. Skierował ogień na aktualnych kandydatów Partii Demokratycznej: „socjalistę”, „izolacjonistę” i „pesymistę”. Ale Christie „załatwił się” na koniec, powtarzając zwrócony w stronę widza po trzykroć, jak bardzo jest „deadly serious”.

Moderatorzy byli tym razem z kategorii tych zacietrzewionych. Rzecz nie w tym, że zadawali dociekliwe pytania, ale w tym, że nagminnie wtrącali się, byli uszczypliwi a nawet aroganccy. Przykładowo, dziennikarka postanowiła udowodnić Benowi Carsonowi, że źle dodaje i mnoży. Starała się tak mocno, że aż Carson stwierdził: „To nie prawda”, na co ona pewnie: „Prawda”. Mieliśmy więc krzyżujące się negatywne prądy powstające między dziennikarzami lewicowej stacji, a prawicowymi politykami oraz zwyczajową elektryczną strategię Trumpa, polegającą na atakowaniu konkurentów zarówno polemizujących z nim, jak i tych, zagrażających mu w sondażach.
Świetnie na wrogą perswazję dziennikarzy reagowała Fiorina. Nie pozwalała sobie przerywać i docelowo kończyła wywody. Potrafiła zdominować dyskurs, ale i sprawić, że pilnie jej słuchano. Uwagi Fioriny były bardzo celne i adekwatne. W sprawie zwolnienia z HP broniła się pozytywną opinią Toma Perkinsa, który doprowadził do jej zwolnienia. Moderator wypomniał jej kontrowersyjne poglądy Perkinsa w rodzaju: „bogaci powinni mieć więcej głosów, niż biedni” czy „płacisz $0 podatków powinieneś mieć 0 głosów, jeśli płacisz $1 mln. powinieneś mieć milion głosów”… „To jest jeden z powodów, dlaczego Tom i ja sprzeczaliśmy się na zarządzie” – ripostowała polityk. Wywołała salwę śmiechu.
Zmyślnie ostrze swej polemiki kierowała pod adresem Hillary Clinton i demokratów. Zapowiedziała z nią kobiecy pojedynek. Wywody Fioriny działały relaksacyjnie i edukująco na dziennikarzy, publiczność i kontrkandydatów. Wszyscy w milczeniu przysłuchiwali się rozważaniom, np. o tym, jak rodzi się socjalizm. Oto kilka wyimków: „rząd tworzy problemy i wkracza, by je rozwiązywać”; „wielkie podmioty gospodarcze sprzymierzają się z wielkim rządem”; wielkie podmioty tworzą problemy i zmuszają rząd do działania; „wielcy i potężni, używają dużego i potężnego rządu dla swoich korzyści”. Stąd tendencja do powstawania monopoli: farmaceutycznych, samochodowych, bankowych, telefonicznych, internetowy, a nawet spożywczych. Upadają lokalne banki, średnie biznesy…

Bush atakował Rubio, swego głównego rywala w sondażach i na Florydzie. Sztab Busha uważa, że przez Rubio niegdysiejszy faworyt jest daleko za kandydatami „antyestablishmentowymi”. Jednocześnie rozumie, że prędzej czy później Trump i Carsom wkrótce się zużyją. Atakował Busha za słabą frekwencję i aktywność w Senacie. Rubio rozbroił zaczepki Busha prostotą.
Wypomniał byłemu gubernatorowi, że za to powinien krytykować Johna McCaina, a tego nie robi. „Jedyny powód, dlaczego robi to teraz, to fakt, że ubiegamy się o to samo stanowisko” – stwierdził. Bush bardzo słabo radzi sobie poza scenariuszem. Nadto nie ma najlepszego wyrazu twarzy, kiedy się uśmiecha. Sławny już grymas zdradza zdenerwowanie i brak pewności siebie. Rubio miał podobny problem, ale dziś go przezwyciężył. Bush więc nic nie wtrącił, a Rubio spokojnie dodał, że podczas kampanii nie będzie atakował żadnego z kandydatów, a do Busha ma wielki szacunek. I jeszcze te dwa zdania:
„Nie kandyduję przeciwko senatorowi Bushowi. Nie kandyduję przeciwko nikomu na tej scenie. Kandyduję na prezydenta USA, ponieważ nie ma innej drogi, by zatrzymać Hillary Clinton i kontynuację polityki Obamy”. Znakomite.
Rubio wypadł tego wieczora generalnie znakomicie. Miał nawet moment, że chwycił widza za serce. Zaatakowany za gospodarzenie własnymi pieniędzmi, m. in. pożyczki, odparł:
„Nie odziedziczyłem żadnych pieniędzy. Mój ojciec był barmanem, moja matka była pokojówka. Pracowali ciężko, żeby zapewnić nam godne życie. Nie zaoszczędzili zbyt dużo pieniędzy dla nas na szkołę. Musiałem sobie zapracować na szkołę. Musiałem pożyczać pieniądze. Przez pierwsze lata mojego małżeństwa musiałem tłumaczyć się żonie, dlaczego ktoś o nazwisku Sallie Mae [korporacja kredytowa pożyczająca studentom – P. Z.] zabiera co miesiąc $1000 z naszego konta”.
Wydźwięk tych słów wzmocnił obraz stojących po jego lewicy i prawicy, wysokich, dostojnych, Busha i Trumpa, milionerów i synów milionerów. Trump wyznał niedawno, że ojciec dał mu na stracie „małą pożyczkę” mu na rozruszanie własnego biznesu… milion dolarów.

Miło było jak zwykle posłuchać Teda Cruza, tym razem łajającego dziennikarzy za treść i charakter pytań: „To nie jest walka w klatce. Donald Trump – jesteś komiksowym złym bohaterem. Ben Carson – oblicz. Kasich – obraziłeś dwie stojące tu osoby. Marco Rubio – dlaczego nie zrezygnujesz? Jeb Bush – dlaczego Twoje sondaże spadają? Dlaczego nie rozmawiamy o istotnych kwestiach, o których ludzie chcą żebyśmy rozmawiali? Dla porównania ostatnia debata demokratów: który z was jest ładniejszy i mądrzejszy? [….] Każdy z tutaj obecnych kandydatów jest ciekawszy od wszystkich demokratycznych kandydatów. Tamta debata była debatą bolszewików z mienszewikami. […] Pytania nie powinny być, dlaczego nie rozniesiecie się w pył?”. Przynajmniej na dwójkę dziennikarzy słowa te podziałały wybornie. Odtąd przy każdej próbie napuszczania na siebie kandydatów wzmagało się buczenie.
Marco Rubio wypadł tym razem najlepiej. Było więcej, i jego, i Cruza, zdecydowanie mniej Fioriny. Rubio stosował retorykę jednoczycielską. Nie tylko on, bo Cruz, Carson i Mike Huckabee. Przez niedobór kłótni, Trumpowi nie udało się zdominować wydarzenia. Gdyby nie komiczne komentarze obraz programowej pustki byłby donioślejszy. Z „wszystkiego”, które obiecuje, nie pozostałoby nic.

Trump lubi podsumowywać swych rywali jednym słowem. Oto i pierwsze przymiotniki, które mnie akurat przychodziły na myśl podczas debaty: Kasich – roztargniony, Carson – drzemiący, Bush – krępujący, Fiorina – poirytowana, Christie – bezwzględny, Rubio – płaczący, Cruz – natchniony, Huckabee – nauczający, Trump – straszący.
Konkluzję mam nieco bardziej refleksyjną. Scena kandydatów republikańskich odzwierciedla amerykańskie społeczeństwo, scena demokratyczna – dla mnie przynajmniej – białe, amerykańskie elity. Pośród kandydatów republikańskich znajdziesz znakomitych mówców i sprawnych polityków; milionera i dorobkiewicza, katolika, agnostyka, protestanta, a nawet pastora; socjal-konserwatystę i lebertarianina; Latynosa, kobietę i Murzyna oraz jednego conajmniej farbowanego republikanina.
Wśród kandydatów demokratycznych widzę jednostki, którzy uzurpują sobie prawo do roli redystrybutora publicznych pieniędzy. Hillary Clinton należy się ona, jako reprezentantce Wall Street i liberalnych elit opiniotwórczo-politycznych, Benowi Sandersowi, jako wyznawcy ideologii „demokratycznego-socjalizmu” i realizatorowi „sprawiedliwości społecznej”. Sander lubi powtarzać, że „niemoralne” jest rozwarstwienie społeczne, „niemoralne” są niskie płace, „niemoralne” jest to i tamto. USA potrzebują reformatora i przywódcy, nie zaś obrońcę moralności, czy – jak Clinton – osobę, której urząd się po prostu należy.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz