Wczesne głosowanie, maseczki i talibowie

20 października 2020
1280px-President_Trump_Nominates_Judge_Amy_Coney_Barrett_for_Associate_Justice_of_the_U.S._Supreme_Court_(50397882607)

O czym można mówić 15 dni przed wyborczą metą w USA? Tylko o wyborach rzecz jasna. „Wczesne” wybory trwają aktualnie w prawie 30 stanach, a frekwencja przy urnach jest iście rekordowa. Zagłosowało dotąd ok. 28 milionów wyborców, co stanowi ok. 20% głosów oddanych w 2016 r., a zagłosowało wówczas ok. 136 milionów obywateli. Wówczas też ostateczna liczba „wczesnych” i „nieobecnych” głosów wyniosła 46,1 miliona dla 38 stanów.  Aktualnie zagłosowało plus-minus 10 razy więcej osób, aniżeli w 2016 r. Rekordowa frekwencja przekłada się wyniki w poszczególnych stanach, przede wszystkim w tzw. „swing states” oraz nowych „swing states”, czyli stanach zmieniających swą tradycyjną barwę czerwoną na różową lub nawet jasnoniebieską. W Georgii, należącej do tych ostatnich, mowa jest o 152% stanu urn z 2016 r., w tym samym czasie.

Obserwowana frekwencja jest zapowiedzią olbrzymiej frekwencji w listopadową noc wyborczą. Szacunki mówią nawet 150 milionach oddanych głosów. Byłaby to procentowo najwyższa frekwencja od wyborów prezydenckich w 1908 r.

Kto się powinien cieszyć z takiej frekwencji? Liczby pokazują, że na razie przede wszystkim demokraci. Podczas „wczesnego głosowania” zarejestrowani demokraci dominują liczebnie nad republikanami stosunkiem 2 – 1. W 2016 r. również przeważali, ale nie w takiej skali, zaledwie kilkoma punktami procentowymi. Demokraci zyskują taktyczną i psychologiczną przewagę na ostatniej prostej. Republikanie liczą  na silną kontrofensywę własnego elektoratu w „dniu wyborów” przez duże „d”, czyli 3 listopada.

Skąd owa dość duża dysproporcja „wczesnych” głosów? Przekornie zapytajmy: czy można upolitycznić „wczesne” głosowanie, mimo jego silnej tradycji, sięgającej wręcz do początków republiki? Można. W tym roku to się udało. Istnieje silne prawdopodobieństwo, że Amerykanin głosujący przed Dniem Wyborów nosi w miejscach publicznych maseczkę. I odwrotnie: Amerykanin wybierający się do urny 3 listopada zapewne jest przeciwnikiem zakładania maseczek. Zarówno sceptycy maseczek, jak i wczesnego głosowania nabrali swego sceptycyzmu wskutek przede wszystkim apeli samego prezydenta USA. Nawołuje on ich, by stawili się osobiście przy urnie, nie wcześniej niż 3 listopada. Z drugiej strony Trump mobilizuje elektorat przeciwny, w tym ten, który wcześniej sprzyjał republikańskim kandydatom, ale się nań obraził. Do urn masowo stawili się czarnoskórzy oraz – dlaczegoś – przeciwne strategii „stadnej odporności” osoby 65+.

Kruczki

Skąd niechęć prezydenta do głosowania korespondencyjnego? Ostateczne wyniki głosowania możemy poznać dopiero 6 listopada, natomiast w noc wyborczą pojawią się już pierwsze wyniki. Wyniki naturalnie zniekształcone przez rezultaty głosowania w stanach, w których położono nacisk na głosowania osobiste. Słowem: istnieje większe prawdopodobieństwo, że Donald Trump zwycięży 3, aniżeli 6 listopada. Na oczach opinii publicznej toczy się konstytucyjny bój o losy kart do głosowania wędrujących między 3 a 6 listopada. Szczególnie w stanach „swingujących”, m. in. w Pensylwanii. W poniedziałek Sąd Najwyższy odrzucił skargę republikanów na procedurę, zaakceptowaną zresztą przez tamtejszy stanowy sąd najwyższy, pozwalającą urzędnikom wyborczym na zliczanie głosów jeszcze przez trzy dni po Dniu Wyborów.

Dla porządku: w Pensylwanii wedle sondaży Biden przegrywa 7. punktami. I jak było powiedziane, przegrywa również w pozostałych „battlground states”: Michigan, Wisconsin, na Florydzie, w Północnej Karolinie, Iowa, Ohio, Georgii i Arizonie, za wyjątkiem Teksasu, gdzie prowadzi jeszcze 1. lub 2. punktami. Trump wciąż sporo traci do Bidena wśród białych kobiet z przedmieść, które dały mu zwycięstwo w 2016 r. Ostatnia debata raczej nie odwróci tego trendu. Cała retoryka wiecowa, cała narracja kampanijna Trumpa ogniskuje się – co budzi swoistą konsternację zwłaszcza republikanów – na najtwardszym, pro-trumpowym elektoracie partii. Będący zakładnikami Trumpa i jego głównej broni – tweetera – liderzy GOP oraz senatorowie walczący o reelekcję, nawet w takich stanach jak Południowa Karolina czy Alaska, starają się jak tylko potrafią  zdystansować od prezydenta, ratując swój polityczny byt i większość republikańską w Senacie. Ted Cruz nazwał to, co grozi republikanom w listopadzie „rzeźnią”… Symulacje uwzględniające aktualne dane sondażowe w poszczególnych senatorskich „wyścigach” dają im 30% szans na utrzymanie większości.

Kryzys

Wszystko wskazuje na to, że powyborczy kryzys polityczno-konstytucyjny będzie szczególnie bolesny dla republiki. Prezydent już teraz przygotowuje się do batalii prawnych i formułuje sztab prawników. Konsekwentnie odmawia, m. in. uczynił to podczas debaty ze swym kontrkandydatem, zadeklarowania „pokojowego przekazania władzy”. Swoich wyborców na wiecach przekonuje o nadchodzącym „oszustwie wyborczym”. Niektórzy dawni bliscy współpracownicy prezydenta od dawna wieszczą, iż Trump nie odda władzy dobrowolnie, bez względy na wynik. Czołowi republikanie zdają się podzielać te obawy, stąd deklaracja szefa większości w Senacie McConnella, że wszystko się odbędzie z literą prawa i konstytucji.

Pierwszym wątpiący w „pokojowe” zamiary Trumpa był dawny prawnik „do zadań specjalnych” celebryty-biznesmena, potem prezydenta, Michael Cohen. Ostrzegał jeszcze w trakcie swych zeznań w Kongresie w lutym 2019 r., a ostatnio w napisanej w więzieniu książce: Disloyal: A Memoir: The True Story of the Former Personal Attorney to President Donald J. Trump. Przebywał za kratami w ramach tej samej sprawie karnej, w której przewija się nazwisko jego byłego szefa, jako „co-conspirator”. W poniedziałek swymi obawami, kolejny raz podzielił się John Bolton, były doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego:

„Powiedzmy sobie szczerze: Trump nie odejdzie w elegancki sposób jeśli przegra. […] Czy doprowadzi sytuację do skrajności? Tego nie wiemy”.

Bolton przekonuje, że nie wystarczy, że demokraci pokonają Trumpa. Zerwać z nim muszą sami republikanie.

W ten kontekst wpisuje się bój o opróżnione miejsce w Sądzie Najwyższym. Republikanie najpewniej osiągną swój cel i sędzia Amy Coney Barrett uzupełni wakat. Stanie się to na kilka dni przed wyborami. Sąd Najwyższy niewątpliwie zostanie wciągnięty w polityczny spór, i jak w 2000 r., może mieć istotny wpływ na wynik wyborczy, a przynajmniej na czas rozstrzygnięcia owego sporu. Wciągnięty niezależnie od woli samych sędziów, wśród których, zwłaszcza w konserwatywnej części silne jest przywiązanie do tradycji i konstytucjonalizmu, o czym republikanie przekonali się w poniedziałek.

Za to o polaryzacji amerykańskiej sceny politycznej, postępującej od Obamy, świadczy fakt, że jeszcze nie tak dawno sędziowie Sądu Najwyższego zatwierdzani byli w Senacie ponadpartyjną większością. Tak się zadziało nawet w wypadku sędzi Sonii Sotomayor, uważanej przez środowiska prawicowe za skrajnie lewicową. Drugi kandydat Obamy, nominowany w roku wyborczym 2016, wbrew historycznemu, ponad-stuletniemu konsensusowi, został nie tylko utrącony przez większość republikańską, ale dziś dał jej pretekst do forsowania, bez poszukiwania jakiegokolwiek konsensusu, własnego kandydata. Mimo, iż wzorcowego ze względu na doświadczenie, profesjonalizm, etykę pracy i integralność światopoglądową.

Próżnia

Okres „przejściowy” między Dniem Wyborów a zaprzysiężeniem 20 stycznia 2021 r. będzie czasem silnych napięć i chaosu. USA pogrążą się w wewnętrznej, politycznej batalii. Już teraz elity amerykańskie świadome „osłabionej odporności” państwa, w dobie kampanii wyborczej i olbrzymiego kryzysu epidemicznego, kierują pod adresem przede wszystkim Rosji i Chin ostrzeżenia, że każda próba wykorzystania tej słabości spotka się z gwałtowną odpowiedzią. Obydwaj główni adwersarze, a także państwa aspirujące do rangi mocarstw, nie marnują bowiem okazji, jaką determinuje bezwzględna i destrukcyjna kampania w USA. Chiny ostentacyjnie osaczają Tajwan, Kreml dokonuje ostatnich, zaległych jeszcze mordów politycznych, Korea Północna potrząsa swym arsenałem ICBM, Turcja zajmuje się rozwiązywaniem sporów granicznych na Kaukazie Południowym, ba „międzynarodówka islamska” spod flagi ISIS, która jakoby została zlikwidowana, zajmuje kolejne strategiczne przyczółki w Sahelu i Afryce Wschodniej. Mowa choćby o ostatnim brawurowym desancie terrorystów na port Mocimboa da Praia w północnym Mozambiku.

Ofensywę terroryzmu na Bliskim Wschodzie i w Afryce ośmielają kolejne zapowiedzi wycofywania wojsk amerykańskich, a jakże, wpisujące się w scenariusz kampanii wyborczej. Skutki łatwo przewidzieć. W 2008 r. wycofywanie wojsk i nie-interwencjonizm również były elementem kampanii wyborczej, a implementacja tego „programu” doprowadziła do powstania wkrótce potem m. in. para-państewka terrorystów na terenie Syrii, Iraku i Libii.

W aktualną kampanię wpisują się m. in. rozmowy z rządem afgańskim i talibami. Ci ostatni, mocno zaniepokojeni tym, co może się wyłonić z chaosu w USA, w dziesiątą rocznicę ataków na World Trade Center, zdecydowali się, ustami swego rzecznika, na nietypowe dla organizacji ekstremistycznych „endorsement” jednego z kandydatów:

„Mamy nadzieję, że wygra wybory i usunie amerykańską obecność wojskową z Afganistanu”.

„Kiedy usłyszeliśmy, że wykryto u Trumpa COVID-19, mocno się zaniepokoiliśmy jego stanem zdrowia. Ale wygląda na to, że ma się coraz lepiej” – skonstatował jeden z talibskich liderów.

   Paweł Zyzak

Dodaj komentarz