Waszyngton: walka narracji

15 marca 2014
Waszyngton: walka narracji

W ostatnim czasie w polskiej prasie dużo uwagi wywołało pojawienie się dwóch artykułów, które wydają się symptomatyczne dla dwóch politycznych narracji, jakie funkcjonują w waszyngtońskich gremiach decyzyjnych odnośnie wypadków na Krymie. To – że się tak wyrażę – narracja „polska“ i narracja „izraelska“.

Realpolitik Pipesa i Kissingera

Pierwszą z owych zaprezentował ostatnio, na łamach „Gazety Polskiej”, Walter Jajko, amerykański generał polskiego pochodzenia, wykładowca Institute of World Politics. Jego „narracja“ ma charakter stricte zimno-wojenny. USA powinny wrócić do polityki otwartej konfrontacji z Rosją, choćby poprzez dozbrojenie ukraińskiej armii, a także innych skłóconych z Rosją państw regionu. Polityka ta koreluje z klasycznymi wizjami geopolitycznymi Zbigniewa Brzezińskiego, zawartymi choćby w jego Wielkiej szachownicy z 1997 r. Wizja ta sprowadza się do kilku paradygmatów:

  • Ameryka to dobro w formie czystej; celem eschatologicznym USA jest panowanie nad światem, aby w ten sposób świat mógł być lepszym miejscem do życia; jej antytezą jest Rosja;
  • jedynym organizmem politycznym, który jest w stanie się temu przeciwstawić, jest Rosja; tylko ona ma ku temu odpowiedni potencjał geograficzny, intelektualny, technologiczny, itp.;
  • albo Ameryka zniszczy osłabioną po rozpadzie ZSRR Rosję, albo Rosja odbuduje swoje imperium i zagrozi światowej dominacji USA;
  • w celu zniszczenia Rosji należy wdrożyć piłsudczykowską politykę prometejską w samej Rosji (Czeczenia, itp.), a na jej obrzeżach karmić silne państwa nastawione wrogo do Rosji: Ukrainę, Polskę, Turcję, Uzbekistan, itp., w celu okrążenia Rosji, odcięcia jej od surowców Kaukazu i Azji Centralnej, aby ją w ten sposób „zadusić“ i zniszczyć;

Drugą z owych narracji reprezentują tacy wpływowi intelektualiści w Ameryce, jak mający żydowskie korzenie Richard Pipes czy Henry Kissinger. To właśnie artykuł tego drugiego, zamieszczony niedawno w „Washington Post”, jest teraz tak żywo komentowany w środowiskach dyplomatycznych i publicystycznych.
Omawiając w owym artykule obecną sytuację na Ukrainie, autor broni polityki Władimira Putina. Euro-amerykańską histerię w sprawie okupacji Krymu uznaje za wyraz niekompetencji zachodniej dyplomacji i wywołanej nią frustracji. Kissinger nakłania elity rządzące do rozpoczęcia współpracy z Rosją i uregulowania obecnego kryzysu. Dla Kissingera, tak jak kiedyś dla Pipesa, który był przeciwny członkostwu Polski, Czech i Węgier w NATO, obecność Ukrainy w Sojuszu Atlantyckim jest wykluczona.

Ukraina miałaby według Kissingera rzekomo mieć prawo wyboru wspólnoty gospodarczej, ale podlegać w aspekcie militarnym finlandyzacji, czyli powinna być neutralnym buforem pomiędzy Rosją i Zachodem. Udaje przy tym, że nie zauważa, iż to właśnie kwestia sojuszu gospodarczego – a nie militarnego – jest przyczyną kryzysu. Cała ta retoryka oparta jest na uznaniu Rosji za kluczowy element światowego ładu politycznego, którego interesy muszą być, w imię zachowania tego ładu, respektowane.

Oznaczać by to miało powrót USA do klasycznej, XVIII i XIX-wiecznej wizji polityki, opartej na oświeceniowej idei równowagi materialnych sił (iustum aequilibrium).

Interes Izraela

Znamienne dla owego „realizmu“ w polityce międzynarodowej jest to, że nigdy nie ima się ona Izraela. Tutaj jakiekolwiek zasady realpolitik są zawsze wysoce niepożądane, a obrona bezcennego Izraela staje się paradygmatem nieomal religijnym, podważanie zaś owego paradygmatu – grzechem.

Barack Obama i premier Izraela Benjamin Netaniahu na międzynarodowym lotnisku Ben Guriona w Tel Avivie, Israel, 20 marca 2013. (źródło: whitehouse.gov)

Barack Obama i premier Izraela Benjamin Netaniahu na międzynarodowym lotnisku Ben Guriona w Tel Avivie, Israel, 20 marca 2013. (źródło: whitehouse.gov)

I tutaj, moim zdaniem, kryje się cała istota owej, bardzo niekorzystnej dla polskiej racji stanu, narracji dyplomatycznej w kwestii Rosji. Chodzi w niej bowiem o to, aby USA nie straciły czasem z pola widzenia – w ferworze wszczynania nowej „zimnej wojny“ z Rosją – kluczowego dla izraelskiej polityki problemu „ujarzmienia“ atomowych aspiracji Iranu, „walki z terroryzmem“ czy „upadłymi państwami“.

Nie od dziś wiadomo, że obecne relacje izraelsko-rosyjskie są bardziej niż kordialne. Rosja jest bowiem dla Izraela elementem koniecznym do pozyskania, aby móc bezpiecznie dążyć do rozkładu dzisiejszego państwa perskiego; bez jej przyzwolenia, jakikolwiek atak militarny na Iran byłby zbyt ryzykowny. To dlatego właśnie pro-izraelskie lobby działające w Waszyngtonie robi, co w jego mocy, aby odciągnąć politykę amerykańską od Rosji i Europy Wschodniej.

Jest to z polskiego (ale niekoniecznie z amerykańskiego!) punktu widzenia postawa bardzo niepożądana. Odejście Ameryki od aktywnej polityki w naszej części świata oznaczać musi bowiem stłamszenie wszelkich polskich aspiracji do przewodzenia Europie Środkowo-Wschodniej i odbudowy, na bazie dziedzictwa jagiellońsko-habsburskiego, jej podmiotowości. To oznaczałoby definitywne stłamszenie Polski i pozostałych tutejszych drobinek politycznych w okowach nowego niemiecko-francusko-rosyjskiego „ładu wiedeńskiego“, w którym państwo polskie ma być sprowadzone do niskiego rangą niemieckiego protektoratu, będącego źródłem taniej siły roboczej dla wielkich centrów finansowych niemieckiej UE.

To dlatego kluczową sprawą dla polskiej racji stanu jest powrót na amerykańskie salony, zwłaszcza zaś do Białego Domu, „polskiej“ narracji w sprawie Rosji. Bez amerykańskiego wsparcia Polska, sama niemająca żadnego potencjału, aby być suwerennym podmiotem politycznym w dzisiejszym świecie, nie ma żadnych szans, aby wyrwać się z niemiecko-rosyjskich kleszczy.

Strategiczne odwrócenie sojuszy

Tutaj też należy poruszyć jeszcze jedną kwestię, kluczową dla budowy polskiej suwerenności, w oparciu o amerykańskie wsparcie strategiczne. Jest to kwestia ewentualnego wielkiego przewartościowania amerykańskiej polityki względem Teheranu. Szansa taka bowiem pojawiła się właśnie w ostatnich latach, i jest to jasny punkt administracji prezydenta Baracka Obamy.

Jeśli kiedykolwiek doszłoby do wielkiej zmiany sojuszy w tej części świata, i Ameryka odważyła się poświęcić swoje przesadnie mocne relacje z Izraelem na rzecz własnej racji stanu, zawierając nieformalne przymierze z Iranem, to cała światowa geopolityka stanęłaby na głowie. Iran to bowiem nie tylko klucz do Chin (główny dostawca ropy naftowej do Państwa Środka), ale także do Rosji. Korzyści, jakie miałyby USA z takiego pojednania wydają się monumentalne:

Wieża Azadi (Wieża Wolności) w Teheranie.

Wieża Azadi (Wieża Wolności) w Teheranie. (źródło: wikimedia commons)

  • koniec permanentnego zagrożenia wojną w Zatoce Perskiej i koniec embarga na eksport ropy z Iranem oznaczałby wielki spadek cen ropy na świecie, a przynajmniej koniec spekulacyjnych huśtawek cen tego surowca, z jakim mamy do czynienia obecnie;
  • Iran wpływałby kojąco na sytuację w sąsiednim Iraku, gdzie niemal 50% ludności to szyici, a nawet w Libanie, gdzie stacjonuje szyicki Hezbollah;
  • to z kolei oznaczałoby koniec gospodarczej hossy Rosji, która ogromną większość swoich zysków czerpie z eksportu surowców energetycznych po wywindowanych cenach; to dlań mógłby być wręcz wyrok śmierci;
  • ewentualny kryzys w Rosji uległby jeszcze pogłębieniu w wyniku odblokowania przez Iran całej Azji Centralnej i Azerbejdżanu, które mogłyby uzyskać gospodarczą niezależność od Rosji, poprzez budowę nowych ruro- i gazociągów znad M. Kaspijskiego bezpośrednio do Zatoki Perskiej; już dziś większa część rosyjskich zysków czerpanych z ropy i gazu pochodzi nie ze sprzedaży własnych surowców, lecz z reeksportu takowych z wyżej wymienionych części świata;

Oczywiście do takiego sojuszu USA z Iranem nie będą chcieli dopuścić dwaj kluczowi obecnie dla Waszyngtonu sojusznicy na Bliskim Wschodzie: Arabia Saudyjska, a zwłaszcza Izrael. Póki co, izraelskie lobby panuje w Ameryce niepodzielnie, i zrobi wszystko, aby korzystny dla Polski scenariusz nigdy nie wszedł w życie.

Rzekomi rozbiorcy

Dopóki „polska narracja“ w sprawie amerykańskiej polityki względem Rosji nie znajdzie się w głównym nurcie amerykańskiego życia politycznego, to los nie tylko naszego kraju, ale zwłaszcza obecnej Ukrainy, będzie bardzo nieciekawy.

To dlatego właśnie dlatego nie potępiam w czambuł niegdysiejszej polityki prezydenta Janukowycza. Wcale nie uważam, ze Ukraina jest predestynowana do bycia wieczną „bliską zagranicą“ Rosji. Być może tego wymagał obecny (mam nadzieję, że nie wieczny) kontekst czasowy, czyli epoka oddania przez USA Niemcom i Rosjanom wolnej ręki w budowaniu europejskiego ładu. W takim kontekście również należy postrzegać postępowanie Janukowycza (czy kogokolwiek, kto byłby obecnie na jego miejscu).

Obecny triumf rewolucji na Ukrainie, w dzisiejszym kontekście geopolitycznym, to dla tego kraju prosta droga do faktycznej wojny z Rosją, bez jakiegokolwiek realnego wsparcia ze strony nie tylko „Europy“ (która jest obecnie cichym sojusznikiem Rosji, a wiec wroga ukraińskim aspiracjom suwerenności względem Kremla), ale i Ameryki. Jeśli sytuacja się gwałtownie nie zmieni, to Ukrainę – szczęść jej Boże – czeka prawdziwa katastrofa.
Obecna działalność publicystyczna rosyjskiej agentury wpływu, sugerująca w wielu przekazach rzekome zakusy Rumunii do Mołdawii, Budziaku, a nawet Odessy i Czerkas, a także rzekome ciche dążenie Węgier do aneksji Rusi Zakarpackiej, to ewidentny symptom, że Rosja może poważnie myśleć o wariancie rozbiorowym.

Za kulisami

Są wszakże i symptomy, wskazujące na możliwe podjęcie bardziej stanowczych działań przez Zachód. Sama postawa polskiego premiera, Donalda Tuska, znanego z dotychczasowej powolności względem kanclerz Angeli Merkel, który zachowuje się tak, jakby nagle zerwał się z „niemieckiej smyczy“, może nasuwać przypuszczenie, że to jedynie misterna gra Niemiec polskim pionkiem, w celu nie dopuszczenia do pełnego triumfu Rosji.

Berlin, działając zakulisowo za pomocą Polski, nie naraża się przy tym na bezpośrednie reperkusje ze strony „strategicznego partnera“, ale z ukrycia próbuje mu pokrzyżować szyki. Ostatnie rozważania niemieckiej prasy na temat oskarżeń Tuska o zbyt miękką politykę Niemiec w Europie (względem Rosji), mogą świadczyć o przygotowywaniu niemieckiej opinii publicznej o możliwej zmianie priorytetów polityki zagranicznej RFN na dużo bardziej asertywną.

Czy tak się jednak stanie, zależeć będzie od decyzji konkretnych ludzi. Nie wiemy bowiem, czy prezydent Putin będzie się nadal pocił nad „połknięciem“ tego niepokornego kraju w całości, czy też już w gronie kremlowskich decydentów zdecydowano o jego rozbiorze. Nie wiemy też na przykład, jaką decyzję podejmie w kwestii ukraińskiej prezydent USA, urażony pośmiewiskiem jakie zgotowali mu Rosjanie w Syrii.

Czynnik subiektywny, ambicjonalny, oparty na różnych urazach osobistych i ideologicznych fobiach wielkich światowych decydentów, choć pomijany często w nauce, jako nie podlegający obiektywnej analizie, miał już nieraz znaczenie kluczowe w historii polityki. Politykę przecież tworzą ludzie. Ich decyzje nie koniecznie są wyrazem jakiegoś chłodnego „racjonalizmu“. Dalsza eskalacja bądź deeskalacja konfliktu będzie najpewniej zależna od tego, czy Rosja dokona formalnej aneksji Krymu, a także od tego, jaka narracja zwycięży w Waszyngtonie. Na dzień obecny nie wiadomo, kto będzie zwycięzcą starcia mocarstw na Ukrainie, ale już dziś wiadomo, kto najpewniej będzie jego przegranym: będzie nim naród ukraiński i jego ojczyzna, przynajmniej w dotychczasowym kształcie terytorialnym.

Filip Bauman
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim; interesuje się dziejami krajów bałkańskich i Turcji oraz problematyką etyki i kultury w ujęciu globalnym.

Dodaj komentarz