“Wałęsizm” i „trumpizm”

29 grudnia 2020

Co jedno ma wspólnego z drugim? Za chwilę się przekonamy. W tekście nie będziemy się pochylać nad sylwetką Lecha Wałęsy, ale raczej fenomenem czegoś, co na naszym podwórku można by określić mianem „wałęsizmu”. „Wałęsizmu” postrzeganego w kategoriach uniwersalnego w świecie zjawiska, mającego niezliczone ilości swoich mikro-manifestacji, ale ujawniającego się również, pewno nieco rzadziej, w tzw. wielkiej polityce.

Swoiste dociekania nad istotą „wałęsizmu” prowadziłem w swej biografii Lecha Wałęsy, dalej w artykułach oraz podczas dyskusji i spotkań z czytelnikami. Próbując zgłębić ów fenomen doszukiwałem się pewnych wspólnych cech w osobowościach czy karierach wybranych postaci historycznych, tj. Nikita Chruszczow lub Jewno Azef. Polityczni zwolennicy Wałęsy, w czasach opozycji i później prezydentury, próbując zbudować dla „wałęsizmu” ideowy fundament, przedstawiali go jako reinkarnację Kościuszki, Piłsudskiego i Mikołajczyka. Jego przeciwnicy, do niedawna popularyzujący te koncepcje, popadli w drugą skrajność i od 1990 r. publicznie zaczęli przyrównywać go do Nikodema Dyzmy. Powieść, w której Dyzma robił tytułową karierę był satyrą na życie polityczne polski sanacyjnej i zapewne miała swój pierwowzór lub pierwowzory. Sam Wałęsa, przeszedł pewną ewolucję w postrzeganiu swej roli, początkowo uważając się „tylko” za potomka rzymskiej dynastii walentyniańskiej, wreszcie uznając, iż problemy, z którymi przyszło mu się w polityce borykać, przerastały te, z którymi zmagał się wspomniany Piłsudski czy później np. Jan Paweł II.

„Wałęsizm” nie jest po prostu „populizmem”. Podszywa się pod taki, ale równie skutecznie imituje i inne konstrukty polityczne. „Wałęsista” w skali politycznego lidera przywdziewa w początkowej fazie szaty wybitnych i wielkich postaci z panteonu narodowej dumy. „Wałęsizm” i taki „wałęsista” są beneficjentami skomplikowanej i napiętej sytuacji społecznej. W warunkach stabilizacji trudno jest mu zrobić „instytucjonalną” karierę, która wymaga szerszego zakresu umiejętności, metodyczności i zaledwie szczypty przypadkowości. „Wałęsista” jest przede wszystkim improwizatorem. Znani w dziejach populiści, np. z szeroko pojętego ruchu faszystowskiego czy obecnego anty-globalistycznego, wyrastali z wyrazistych, skrajnych grup i środowisk. W drodze do władzy czy w trakcie jej sprawowania, kooptując kolejne środowiska, polityków i poszerzając  swą bazę, dokonywali zmian przede wszystkim w zakresie retoryki, w kierunku łagodniejszych tonów. Jedną z cech właściwych „wałęsizmowi” jest jego nieuchwytność polityczno-programowa, jak ideowa.

„Wałęsistę” trudno zaszufladkować w kategoriach światopoglądowych i politycznych. W świadomości Polaków Wałęsa wciąż uchodzi za polityka prawicy. W 2000 r. CBOS zadał badanym pytanie: „Co oznacza, Pan(i) zdaniem, że ktoś ma poglądy prawicowe? Co on głosi, czego chce i za czym się odpowiada?”. Bardzo duży, bo 10-procentowy odsetek odpowiedział skojarzeniami „z AWS, ‘Solidarnością’, Marianem Krzaklewskim, Lechem Wałęsą”. Najwięcej, 16% respondentów odpowiedziało: „Naród i katolicyzm”. W 1997 r. Wałęsa zakładał projekt polityczny o nazwie Chrześcijańska Demokracja III Rzeczypospolitej Polskiej (ChDRP), mający ambicję na zostanie polską CDU. Jednakże w latach 80. Wałęsa przemawiał słowami socjalisty i reformatora komunizmu, na początku lat 90. patronował powstaniu partii, której nazwa sytuowała ją w centrum sceny politycznej, wreszcie, po rozstaniu z nią, quasi-piłsudczykowskiemiu BBWR.

„Wałęsista” nie jest również dobrym organizatorem. Jest beneficjentem czyjejś pracy i czyich zdolności. Jeśli mu ich wystarcza, potrafi w coś wejść i dokonać, że użyję korporacyjnego języka, „wrogiego przejęcia”. Wałęsa nie organizował struktur wymienionych bytów politycznych. Nie angażował się również pracę organizatorską wokół pierwszej „Solidarności”, jak i jej pochodnych bytów. Wałęsa przede wszystkim wędrował po Polsce i wiecował. W miejsce zdolności organizacyjnych posiadał zestaw umiejętności, nazwijmy je, pierwotnych. Jeden z byłych bliskich jego współpracowników i partnerów politycznych powiedział o nim: „[…] Wałęsa to mieszanina prymitywizmu i infantylizmu z momentami politycznej iluminacji. Trzeba też pamiętać o jego umiejętności postępowania z ludźmi i rozgrywania ambicji. Wykazywał tu wiele sprytu”.

Ponieważ dochodzi do ciągłego ścierania się świata wyobrażeń o „wałęsiście”, budowanego na gruncie społecznych tęsknot i oczekiwań, ze światem jego realnych dokonań, trudno jest mu przypisać określone cechy, jako politykowi. W pro-wałesowskiej broszurze wyborczej z 1990 r., autorstwa Piotra Wierzbickiego, dziennikarz ten zadawał pytania czy: Wałesa to Symbol czy strateg, człowiek Nieobliczalny czy nieprzewidywalny, Ugodowiec czy lis, Prosty człowiek czy człowiek po prostu, Marionetka czy tyran, Kaprysnik czy komputer oraz Kameleon czy pragmatyk. Skoro je zadawał, jakaś rzesza ludzi sobie je zadawała. Roger Boyes, dziennikarz i biograf Wałęsy, na odwrocie książki kazał zamieścić trzy, odnoszące się do Wałęsy pytania retoryczne: Subtelny polityk czy przebiegły chłop? Fanatyk czy prorok? Fuszer czy magik?

Cechą uniwersalną dla „wałęsizmu” jest ciągła fluktuacja kadr wokół „wałęsisty”, konsekwencją której jest ciągłe pogarszanie się jakości jego otoczenia. Ponieważ „wałęsiśsta” nie dąży w gruncie rzeczy do jakiegoś programu czy materializacji jakiejś sztandarowej idei, bo takich nie posiada, podstawową, krótko i średniookresową, determinantą jego działań, jest jego osobisty interes. Wyłącznie on. Odpadają więc, w trakcie zużywania się głównego projektu, kolejne „zderzaki”. Na samym początku odpadają te ideowe, na samym zaś końcu projektu politycznego „wałęsista” otacza się już tylko ludźmi najbardziej bezwzględnymi i bezideowymi, żeby nie powiedzieć „szemranymi”.

Opisując kampanię wyborczą w USA w 2016 r. nazwałem jednego z kandydatów Partii Republikańskiej amerykańskim Lechem Wałęsą. Oczywiście nazwałem tak Donalda Trumpa. Nie tylko dostrzegłem cały wagon podobieństw w mentalności i osobowości obydwu polityków, ale również w ścieżce ich kariery politycznej, którą określają wyżej analizowane przez nas cechy. Trump rywalizował o nominację republikańską z hasłem Make America Great Again, które zapożyczył, a jakże, od ubóstwianego w GOP Ronalda Reagana, walczącego o prezydenturę w 1980 r. Zdobył ją, wygrywając de facto wyścig o miano współczesnego, anty-establishmentowego Reagana, wyrażając równocześnie poglądy sprzeczne z reaganizmem, w kwestiach ekonomicznych (protekcjonizm vs. neoliberalizm), jak i polityki zagranicznej (izolacjonizm, multilateralizm, w tym akceptacja dla putinowskiego neoimperializmu i jego zdobyczy).

W tymże 2016 r. Kevin McCarthy, dzisiejszy lider republikańskiej mniejszości republikańskiej w Izbie Reprezentantów mówił podczas w gronie liderów w GOP, na zamkniętym spotkaniu: „Sądzę, że jest dwoje ludzi, którym, jak sądzę, Putin płaci: Rohrbacher [PZ – Dana, kongresmen] i Trump… (śmiech)… przysięgam Bogu”. Zarówno prorosyjskość, jak i izolacjonizm Trumpa mają swe polityczne korzenie w drugiej połowie lat 80., gdy po powrocie z podróży do ZSRS, na zaproszenie sowieckich oficjeli, rozpoczął de facto kampanię wyborczą, którą zwieńczył niespełna trzy dekady później. Jeśli przyjrzeć się pomysłom politycznym Lecha Wałęsy z okresu jego prezydentury, jak koncepcja EWG-bis i NATO-bis, która w 1992 r. wywołała w polskim pro-zachodnim rządzie mocne zdziwienie, te również zawierały sobie pierwiastek izolacjonizmu pod pretekstem neutralności. Wałęsa, jak i Trump, oskarżani byli o uwikłanie w niejasne relacje z Kremlem i jego służbami. Otaczali się ludźmi mającymi podobną renomę i podejmowali decyzje uważane za strategicznie korzystne dla Rosjan.

W ostatnich dniach opozycjonista rosyjski Garry Kasparov napisał: „Wydaje się, że jedynym konsekwentnym stanowiskiem Donalda Trumpa przez ostatnie cztery lata była jego lojalność względem Putina. Nawet w obliczy największego cyberataku w historii USA, Trump nie wskazał Rosji jako odpowiedzialnej. Nawet w obliczu tego, że jego własny sekretarz stanu powiedział: ‘Możemy powiedzieć z dużą pewnością, że odpowiedzialna jest Rosja”

W materiałach publikowanych przed czterema laty przekonywałem, że Trump używały Partii Republikańskiej, jako swego wehikułu. W kampanię włączył się, by zaspokoić ambicje polityczne, zyskać polityczny pancerz broniący go przed jego osobistą sytuacją oraz potencjalnie zbudować własną telewizję. Do tego ostatniego jednak trzeba było – jak przy budowie własnej partii – i pieniędzy, i zdolności organizatorskich, i ciężkiej pracy. Przekonywałem, że Trump nie jest konserwatystą, ale jest to dlań instrument do uzyskania owej nominacji. Zresztą opisane na kartach wielu książek „żywota Donalda Trumpa” zaświadczają, że konserwatystą w życiu osobistym nigdy nie był. Republikaninem ponownie został dopiero pod koniec 2015 r.

Trump podczas różnych wieców politycznych, których nie przestał organizować będąc już w Białym Domu, określił siebie mianem: „nacjonalisty”. Jego program gospodarczy, abstrahując od przygotowanej przez Paula Ryana i przegłosowanej później ustawy obniżającej podatki, przypominał, jeżeli idzie o opiekę zdrowotną, wydatki budżetowe i inwestycje, program rdzennego demokraty. W czasie swej kadencji kompromitował wartości dotąd kojarzone właśnie z GOP, czyli poszanowanie prawa, wojskowej tradycji, moralnej „wyższości” Ameryki i jej roli pioniera demokracji w świecie oraz dla konstytucji. Za to w ostatnich dniach prezydentury Trump pokazuje już w sposób jaskrawy, że interesy GOP są dlań drugorzędne, m. in. blokując budżet obronny oraz jawnie szkodząc walczącym o reelekcję senatorom republikańskim w Georgii przechodzącej na „niebieską” stronę. Przed dwoma laty zwyciężył tam o włos Brian Kemp, kandydat GOP, w tym roku zwyciężył tam Joe Biden. W przechodzącej ten sam proces Arizonie demokraci mają już swoich senatorów.

Wyobraźnia zwolenników Trumpa, jeśli idzie o to, jaka zamierzchła siła wypełnia jego trzewia, rozum i ciało, jest zaiste pojemna. Jedni widzą czy widzieli w nim drugiego Reagana lub – jak kiedyś usłyszałem w prawicowym talk-show – Reagana „na sterydach”, inni siódmego prezydenta USA, Andrew Jacksona. Tutaj również brane są pod uwagę czasy starożytne. Część pro-izraelskich ewangelikalnych przekonana jest, że to współczesny król Cyrus II Wielki, który zakończył niewolę biblijnych Żydów. A Trump? Wielokrotnie podkreślał, że jest największym prezydentem w historii USA i że mierzy się z większymi wyzwaniami, aniżeli republikański „ojciec-założyciel” Abraham Lincoln. Oznajmił też po wielokroć, że napisał drugą najlepszą książkę zaraz po Biblii, a swą rozpoznawalnością ustępuje jedynie Chrystusowi.

Można by wymienić znacznie więcej podobieństw między Wałęsą i Trumpem: skrajny egocentryzm i prymitywny system leksykalny, ostentacyjna bezkarność, ujawnianie informacji niejawnych, polityka „pro-rodzinna” na koszt państwa czyli nepotyzm, ułaskawianie kryminalistów i rosyjskich agentów, handel prerogatywą prawa łaski i odznaczeniami państwowym, upolitycznianie symboli religijnych, rozdźwięk między deklarowanym przywiązaniem do nich, a własną postawą, lansowanie teorii spiskowych, itp., itd.; takoż między „wałęsizmem” i „trumpizmem”. Bo w istocie esencją „wałęsizmu” i „trumpizmu” nie jest żadna idea, żadna wizja, żadna ideologia. Stoi za nimi interes „ojców założycieli”, stąd  też nie mają większych szans by przetrwać. Skutki jednak pozostaną. „Wałęsizm” dokonał istotnego spustoszenia na polskiej scenie politycznej, szczególnie po jej prawej stronie. Trump nie potrafi przejść do porządku dziennego nad swą przegraną wyborczą i wciąga GOP w odmęty skrajności i spisków. Obwinia wszystkich dookoła o „masowe fałszerstwo wyborcze”, republikanów oskarża o zdradę, a system, w tym nawet republikańskich sędziów, o spisek polegający na kradzieży „zwycięstwa”. Wałęsa obwiniał po swej przegranej w 1995 r. z postkomunistą przegraną elity post-solidarnościowe oraz cały naród, w międzyczasie sabotując m. in. projekt wyłonienia wspólnego kandydata prawicy.

Obydwu, Wałęsę i Trumpa, łączy jeszcze jedno. Obydwaj skończyli jako jednokadencyjni prezydenci.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz