W przededniu III wojny światowej. Dlaczego Chiny zaatakują Rosję?

19 maja 2016
W przededniu III wojny światowej. Dlaczego Chiny zaatakują Rosję? 
Filip Bauman

Według wielu proroctw i przepowiedni dotyczących wybuchu III wojny światowej przyszły światowy konflikt ma się rozpocząć właśnie od ataku Chin na Federację Rosyjską. Apokalipsa III wojny światowej, która ma wybuchnąć ponoć jeszcze pod koniec roku 2016, lub w roku 2017, rozpocznie się podobno od starcia największego kraju świata z tym najludniejszym. Osobiście, gdybym miał wybierać warianty, sam skłaniałbym się ku takiej prognozie. Konflikt rosyjsko-chiński, pomimo panującego obecnie złudzenia sojuszu dwóch azjatyckich potęg skierowanego przeciw USA, jest w moim mniemaniu tylko kwestią czasu.

Część I. XX wiek epoką Ameryki

Amerykańska historia sukcesu

Tajemnica światowej dominacji Stanów Zjednoczonych w XX w. tkwi w jej sukcesie gospodarczym wypracowanym we wcześniejszym, XIX stuleciu. Całkowita wolność gospodarcza, protestancka etyka pracy i rasowa solidarność społeczna, podbój ogromnych obszarów kontynentu amerykańskiego, dającego dostęp do ogromnych zasobów naturalnych, nieprzebrana rzeka taniej siły roboczej płynąca z kompatybilnej cywilizacyjnie Europy, wreszcie stabilizacja wynikająca z geopolitycznej próżni w tej części świata – takie były źródła amerykańskiego sukcesu gospodarczego tamtych czasów, który wywindował ten kraj do roli światowego mocarstwa.

W momencie zjednoczenia większej części Niemiec przez Prusy Ottona von Bismarcka, w 1871 r., pierwszą potęgą przemysłową świata tradycyjnie pozostawała Wielka Brytania. W wyniku bezprecedensowego rozwoju gospodarczego pruskiej Rzeszy w ostatnich trzech dekadach stulecia udało się Niemcom ostatecznie prześcignąć Dumny Albion i stać się pierwszą siłą gospodarczą Europy. Ale na panowanie nad światem było już dla Prusaków za późno. To właśnie bowiem w latach 90. XIX w. USA prześcignęły, pod względem rozwoju gospodarczego, nie tylko brytyjską macierz, ale nawet potęgi: angielską i niemiecką razem wzięte. I przewaga ta w następnych dekadach tylko się powiększała. Dla przykładu, tylko w procesie produkcji żelaza (w mln. ton), która to w ówczesnej epoce uchodziła za miarodajny wskaźnik potęgi przemysłowej, wyniki te wyglądały następująco:

UK – 6,7 (1870) – 10,4 (1913)

USA – 1,9 (1870) – 31,5 (1913)

Rzesza – 1,7 (1870) – 19,3 (1913)

Francja – 1,2 (1870) – 5,2 (1913)

Rosja – 0,4 (1870) – 4,6 (1913)

To właśnie ten swoisty „two powers standard” w światowej gospodarce – a nie żaden geniusz jej polityków, generałów czy bitność żołnierzy – pozwolił Amerykanom wygrać wiek XX.

Tylko Ameryka była faktycznym zwycięzcą I wojny światowej. To jej przewaga potencjałowa, rzucona na szalę w ostatniej fazie tego konfliktu, przyczyniła się do ostatecznej przegranej wilhelmińskich Niemiec w zmaganiach o panowanie nad Europą, i do końca marzeń o panowaniu nad światem. Wszystkie dotychczasowe potęgi europejskie, nawet te formalnie zwycięskie,  zostały zdruzgotane i de facto zbankrutowały.

Okres I wojny światowej odmienił wektory światowej dominacji finansowej: Wielka Brytania z wierzyciela USA stała się jego dłużnikiem, a centrum światowej finansjery przesunęło się z Londynu do Nowego Jorku. To z kolei, o czym niewiele osób pamięta, pozwoliło Amerykanom i ich marynarce wojennej, dość niepostrzeżenie w latach 20. XX w., zdominować w tonażu dotychczasowego brytyjskiego hegemona światowych mórz. Także w pierwszej dekadzie międzywojennej Amerykanie ostatecznie uczynili basen Morza Karaibskiego swoim wewnętrznym jeziorem.

Była to finalizacja głównego paradygmatu amerykańskiej polityki nawalizmu, realizowanej skokowo od czasów przejęcia kontroli nad francuskim projektem budowy Kanału Panamskiego i zniszczenia hiszpańskiego imperium kolonialnego na Karaibach w roku 1898. Otworzyło to w historii USA epokę podboju niemal całego basenu Oceanu Spokojnego (zakończonej zdruzgotaniem potęgi japońskiej w latach 1941-1945) i zdominowania szlaków wymiany handlowej z Dalekim Wschodem. Po 1945 r. dominacja morska USA rozciągnęła się na cały świat, przez co Ameryka uzyskała pełną kontrolę na światowym obrotem surowców, zwłaszcza tych energetycznych z regionu Bliskiego Wschodu.

We wszystkich tych przypadkach nic innego, jak tylko gigantyczna przewaga materiałowa, wynikająca z kolosalnej przewagi gospodarczej USA nad konkurentami, pozwalała Amerykanom na kolejne zwycięstwa w walce o dominację nad światem. Żołnierz amerykański nie był ani bardziej dzielny od fanatycznych Japończyków, ani nie dorównywał poziomem wyszkolenia niemieckiemu żołnierzowi Wehrmachtu, nie mówiąc już o równaniu poziomów kompetencji generalicji niemieckiej i jankeskiej. Bitwa o Ardeny w 1944 r. pokazała, jaka była faktyczna wartość US Army w starciu z armią niemiecką na równych zasadach. Kiedy zachmurzenie na jakiś czas uziemiło amerykańskie lotnictwo, niemiecka kontrofensywa rozniosła Amerykanów jak przysłowiowy „obornik na polu”. Gdyby nie poprawa pogody, Niemcy zapewne wróciliby nawet i do Paryża.

Dość powiedzieć, że w latach 1940-1945 gospodarka USA była w stanie wyprodukować na potrzeby USAF i Leand Lease… 200 443 samoloty bojowe, w tym prawie 100 000 (sic!) samolotów myśliwskich. Sam Związek Radziecki otrzymał od USA prawie 14 000 maszyn. Amerykanie oddali do użytku ponad 35 000 ciężkich i super-ciężkich bombowców, kiedy III Rzesza nie była w stanie wyprodukować ani jednego tego typu statku powietrznego.

Geniusz naukowy w tej wojnie także był domeną bardziej niemiecką, niż amerykańską. To Niemcy wymyślili w czasie II wojny niemal wszystkie kluczowe innowacje, może poza technologią radarową, czyli silniki rakietowe, samoloty odrzutowe, noktowizory do walki nocnej,  okręty podwodne typu XXI, technologię V1, V2… Znamienne, że nad programem budowy bomby atomowej po jednej i drugiej stronie Atlantyku pracowali najwybitniejsi naukowcy wywodzący się głównie z Niemiec. Tyle, że nad niemieckim programem bomby atomowej pracowało w okresie II wojny światowej około 100 naukowców, kiedy w USA w Projekcie Manhattan było zaangażowanych ponad 200 000 ludzi. Wygrana USA była nie kwestią amerykańskiego hartu ducha czy geniuszu, tylko kwestią tępej przewagi potencjału gospodarczego.

ZSRR – amerykański Golem ulepiony przeciw Rzeszy

Celem wojennym pruskiej Rzeszy w obu wojnach światowych było wywalczenie sobie takiego zaplecza surowcowego i ludzkiego, który pozwoliłby gospodarce niemieckiej zrównać się z potęgą gospodarczą świata anglosaskiego. W okresie I wojny światowej kluczem do tego miała być koncepcja Mitteleuropy, czyli systemu komplementarnych krajów Europy Środkowo-Wschodniej (Austro-Węgry), Północno-Wschodniej (d. ziemie RP i Inflant) oraz Południowo-Wschodniej (potureckie państwa bałkańskie), zdominowane przez niemieckie Prusy. Miał to być pomost do gospodarczej kolonizacji osłabionej Rosji-Syberii-Azji Centralnej-Kaukazu i Imperium Otomańskiego z Kanałem Sueskim i roponośną Mezopotamią-Arabią. Podrzędnym w tych planach był projekt Mittelafryki (Afryki Środkowej), stworzonej z połączenia ówczesnych niemieckich kolonii na tym kontynencie z anektowanymi Kongami: Belgijskim i Francuskim, a także z portugalską Angolą.

W II wojnie światowej Adolf Hitler zmodyfikował ten projekt, odrzucając wszelkie warianty kolonialne poza Europą Wschodnią, i koncentrując się na podboju świata słowiańskiego oraz Eurazji na wzór amerykańskiego podboju Dzikiego Zachodu z rąk tutejszych „Indian” (vide: idea rzeki Wołgi, jako „Deutsche Missisipi”). Jednakże wolta Polski, pierwotnego „sojusznika” w planach Führera, wplątanie się przez Hitlera w pułapkę Becka i wypowiedzenie wojny przez Wielką Brytanię, której ostatecznie nie udało się położyć na łopatki i zmusić do pokoju podczas Bitwy o Anglię, zmusiły III Rzeszę do walki z czasem. W ostatecznej fazie wojny światowej, od 1941 r., liczyło się już tylko to, czy Rzesza zdąży podbić i zagospodarować potencjał ZSRR i Europy, zanim do wojny wkroczą USA. Jednym słowem: czy Rzesza zdoła uzyskać odpowiedni poziom produkcji materiałowej, który pozwoli jej obronić się przed amerykańskim kolosem.

Bitwa o Moskwę – niewątpliwie najważniejsza batalia całej II wojny światowej – przekreśliła jednak szanse na nawiązanie takiej równorzędnej walki. Klęska ta była kombinacją nieprzygotowania Rzeszy do walk zimowych, jak i pewnej miary sukcesu stalinowskiej polityki terroru i industrializacji. Pozwolił on bowiem przetrwać sowieckiej tyranii, dzięki skrajnemu sterroryzowaniu swoich rabów, nawet w okresie dotkliwych klęsk z lat 1941-42. Stalin rozwinął też sieć kolejową i przemysłową w ZSRR na tyle, by móc od roku 1942 przetransportować w głąb kraju i skonsumować amerykańską pomoc materiałową. Bitwa Stalingradzka i pochód na zachód od 1943 r. były już tylko logiczną konsekwencją tego procesu konsumpcji. To właśnie amerykańska pomoc materiałowa okazała się – obok zasypania niemieckiego przeciwnika trupami 21-26 milionów czerwonoarmistów – kluczem do sowieckiego triumfu nad III Rzeszą w okresie II wojny światowej.

Ameryka, pomna ogromnych strat w walkach I wojny światowej (126 tys. zabitych i 234 tys. rannych w zaledwie kilku ostatnich miesiącach walk 1918 r.)  kolejne starcie tytanów wygrała relatywnie tanim kosztem ludzkim. Pokonała III Rzeszę rękami Sowietów poprzez wsparcie materialne ZSRR, jako mniej groźnego ewentualnego przeciwnika w przyszłej walce o panowanie nad światem. Niestety, Amerykanie, zamiast dobić bolszewików w 1945 r., całkowicie zlekceważyli zagrożenie płynące z ich strony, niczym Polska w latach 1919-1920. W celu zniszczenia jednego potwora, wyhodowali więc drugiego, któremu pozwolono przy okazji wyżyć się w Europie Środkowej i Wschodnich Niemczech, dopuszczając już po wojnie do największej grabieży cywilizacyjnego dziedzictwa okupowanych terytoriów, jakie kiedykolwiek widziała ludzkość. To właśnie transfer niemieckich dóbr przemysłowych i intelektualnych po II wojnie światowej pozwolił Sowietom na osiągnięcie statusu supermocarstwa w II połowie XX w., przypieczętowanego wykradzeniem z USA tajemnicy bomby atomowej i skomunizowaniem Chin.

Chiny – amerykański Frankenstein przeciw ZSRR

Ameryka w drugiej połowie XX w. raz jeszcze sięgnęła do sprawdzonego sposobu i postanowiła zastopować jednego potwora, pompując u jego wrót jeszcze straszniejsze monstrum – Chiny. Kraj Środka po doświadczeniach apokalipsy wielkiego skoku (1958-61) i rewolucji kulturalnej (1966-69/76) leżał niejako na łopatkach. Pomimo formalnego odbudowania imperium w niemal historycznych granicach, stałego członkostwa w Radzie ONZ, zbudowania własnej bomby atomowej i nominalnie wielkiej armii, był to kraj drugo- jeśli nie trzecioligowy w ówczesnym światowej polityce. W XIX w. i pierwszej połowie XX w. to nie rozwijająca się lepiej lub gorzej, pod kolonialnym nadzorem Afryka, ale właśnie dalekowschodnia Azja, uznawana była za synonim skrajnej nędzy, głodu i cywilizacyjnej zapaści. Potworna okupacja japońska z lat 1937-45, wojna domowa i wreszcie maoistyczny komunizm doprowadziły do tego, że obraz Chin jeszcze na progu lat 70. XX w. porażał nędzą.

Ameryka, nie bacząc na niuanse związane z Mao Zedongiem, który wymordował swoją polityką więcej ludzi niż Stalin, Lenin i Hitler razem wzięci, zdecydował się postawić na najludniejszy kraj świata. W 1969 r. doszło do niewypowiedzianej, skanalizowanej wojnie pomiędzy Chinami a ZSRR. Rzeczywiste potencjały militarne były takie, że armia chińska w wojnie z Sowietami na pełną skalę nie miałaby szans na powodzenie. Jeszcze w latach 70. XX w. radzieckie plany wojenne dla Dalekiego Wschodu zakładały zajęcie przez kolumny pancerne Pekinu po Blietzkriegu trwającym zaledwie 2 tygodnie. Waszyngton stawiał na stronę aktualnie słabszą. Kluczowym był paradygmat powstrzymania potęgi ZSRR za wszelką cenę, byleby tylko samemu się nie narażać na bezpośredni konflikt wojenny z Moskwą.

Za ojca nowego otwarcia na Chiny uznawany jest ówczesny amerykański sekretarz stanu, Henry Kissinger, zaufany klanu Rockefellerów. Uważano go za wykonawcę ich kluczowego, neonazistowskiego projektu ogólnoświatowej amerykańskiej polityki prenatalnej, dążącej do niszczenia rozwoju demograficznego „niższych” ras i narodów krajów rozwijających się, które poprzez demografię mogły ewentualnie w przyszłości zagrażać hegemonii USA. Dokonać tego miano poprzez narzucenie wszystkim tym krajom programu promocji antykoncepcji, pornografii, moralnego nihilizmu i – nade wszystko – masowego mordowania nienarodzonych dzieci. To właśnie Kissinger zapoczątkował politykę odprężenia z najbardziej wówczas zbrodniczym państwem świata. W latach 1971-72 odbył się cykl wyjazdów do azjatyckiej twierdzy komunizmu, który doprowadził do nawiązania stosunków dyplomatycznych Chinami socjalistycznymi i początku wielkiej współpracy gospodarczej obu krajów.

Rok 1976, czyli śmierć Mao i obalenie „bandy czworga”, dał początek ścisłej już współpracy amerykańsko-chińskiej, i to na obu płaszczyznach interesujących nowojorską finansjerę  i waszyngtońskich strategów. Od roku 1977 rozpoczyna się w Chinach największy projekt ludobójczy w historii ludzkości, tzw. „polityka jednego dziecka”. W roku 1979 zapoczątkowany zostaje proces, który zmierzał do stworzenia w Kraju Środka pseudo-wolnorynkowego systemu gospodarczego, opartego na ożenku najgorszych cech kapitalizmu z systemem centralnego planowania i panteistyczną dominacją sektora państwowego. Owe cechy szczególne chińskiego „wolego rynku” to m.in.: skrajnie niskie koszty pracy połączone z maksymalną eksploatacją pracowników nastawioną na maksymalizację roboczogodzin, a nie na jakość; brak jakichkolwiek zabezpieczeń socjalnych i praw pracowniczych; zerowy system BHP; brak jakiegokolwiek poszanowania dla środowiska naturalnego; rabunkowa eksploatacja surowców; brak jakiegokolwiek poszanowania dla materialnego dziedzictwa kulturowego; nieuszanowanie tradycyjnej chłopskiej własności użytkowej ziemi (masowe wywłaszczenia formalnie państwowej ziemi pod inwestycje); zakaz strajków. Do nielicznych autentycznych zalet systemu należały: bardzo niskie podatki oraz niski poziom biurokracji, a także tradycyjna dla tej części świata wysoka etyka pracy.

W historii Chin rozpoczynał się nowy rozdział, który sfinalizowało do końca XX w. przeniesienie ogromnej części światowej wytwórczości – najpierw amerykańskiej, a potem i po części europejskiej – do tego „komunistycznego” kraju. Chiny powróciły niejako do swojej naturalnej roli w historii ludzkości, jako wytwórcy trzeciej części dóbr całego globu. Efektem tej długofalowej polityki był bezprecedensowy skok cywilizacyjny kraju i wzrost standardu życia setek milionów Chińskich obywateli. Jeszcze w 1981 r. odsetek ludzi żyjących w tym kraju za mniej niż dolara wynosił 730 milionów ludzi (73,5%). W 2008 r. spadł on do 97 milionów (7,4%). Dzisiejsze Chiny zamieszkują dziesiątki milionów ludzi, których poziom życia jest przyrównać można do średniej krajowej Portugalii, czyli nieosiągalnej dla większości Polaków. Tak jak w latach 70. Chiny były synonimem nędzy, tak w latach 90. XX w. stały się synonimem produkcji masowej, ale skrajnie tandetnej, zwyciężającej na światowych rynkach bardzo niskimi, często dumpingowymi, cenami. Ale jest to już dzisiaj obraz anachroniczny. Chiny należą obecnie do czołowych potęg technologicznych świata, mają własny program kosmiczny. Pod względem innowacyjności Chiny są dziś na trzecim miejscu na świecie, po USA i Japonii, przynajmniej pod względem liczby wydanych patentów PTC (niemal 30 000).

Zderzenie z USA

Świadomość rosnącej przewagi Chin wśród waszyngtońskich elit pogłębia się co najmniej od początku lat 90 XX w. Po rozpadzie ZSRR w 1991 r. to Chiny stały się ich główną bolączką. Okres ten został jednak przespany. Postępowała beztroska deindustrializacja Ameryki i przenoszenie całych gałęzi produkcji na drugą stronę Pacyfiku. Efektem finalnym tej polityki był rok 2014, kiedy to – po raz pierwszy od lat 90. XIX w. – USA przestały być pierwszą potęgą gospodarczą świata, przynajmniej uwzględniając parytet siły nabywczej. Chiny, po raz pierwszy od połowy XVIII w. znów są czołowym imperium gospodarczym świata. Bynajmniej nie musi to mieć jeszcze przełożenia na hegemonię polityczną. Ameryka nadal pozostaje pierwszą potęgą finansową, tak jak Wielka Brytania była nią jeszcze na początku I wojny światowej. USA nadal są absolutnym hegemonem wojskowym i pierwszą potęgą z zakresu technologii militarnych i kosmicznych. Amerykańskie floty lotniskowcowe dominują na światowych akwenach. W konsekwencji Waszyngton kontroluje dalej światowy przepływ surowców, w tym także energetycznych. Ważniejsze jest jednak to, że Chiny nie zdobędą definitywnej przewagi nad USA jeszcze z co najmniej kilku innych powodów. Te razem wzięte, w obliczu narastającej konfrontacji z USA, będą powodowały (już powodują) taki kryzys Państwa Środka, z którego wyjściem może być tylko kolejna wojna światowa.

Część II. Źródła kryzysu Chin

Kryzys gospodarczy

Słynny amerykański strateg, George Friedman, wielokrotnie twierdził, że przyszłość w Europie Wschodniej może należeć do Polski, a nie do Niemiec czy Rosji, gdyż obaj jej sąsiedzi skazani są na kryzys i upadek z powodu patologicznego systemu gospodarczego, opartego na skrajnym uzależnieniu od eksportu. Kondycję Niemiec skomentował on w następujących słowach:

„Ponad 50 proc. ich PKB stanowi eksport. W ten sposób świetnie zarabia się pieniądze, gdy na świecie panuje hossa. Ale w latach recesji takiego modelu nie da się na dłużej utrzymać. Żadne państwo, które chce uniknąć niestabilności, nie może sobie pozwolić na tak duże uzależnienie od sprzedaży towarów do innych państw, gdyż zwyczajnie jest to bardzo ryzykowne”.

W jeszcze większym stopniu problem ten dotyczy współczesnych Chin. Chiński wzrost gospodarczy od ponad 30 lat napędzany jest właśnie ogólnoświatowym eksportem wszystkiego, co tylko wyeksportować można. W ten sposób kraj ten zgromadził olbrzymie ilości oszczędności, które od 1994 r. spowodowały ogromne nadwyżki w bilansie rachunków bieżących. Chiny dorobiły się astronomicznego portfela walutowych rezerw, które wynoszą obecnie około 3 700 mld. dolarów amerykańskich. Jeszcze w 2000 r. Chiny posiadały zaledwie 60 mld. dolarów amerykańskich papierów dłużnych. Dziś suma ta przekracza 2 000 mld. dolarów. Pokazuje to w jakim stopniu kraj ten stał się niewolnikiem własnego eksportu. Tak ogromne zakupy amerykańskich akcji w dolarach służą bowiem niczemu innemu, jak próbie desperackiego utrzymania wysokiego kursu dolara, który gwarantuje atrakcyjność chińskiego eksportu, coraz bardziej wysublimowanego technologicznie, a więc i coraz droższego, a przez to mniej konkurencyjnego. Takie uzależnienie od eksportu, powiązane z innymi wewnętrznymi problemami gospodarczymi będzie musiało skutkować w przyszłości monstrualnym kryzysem wewnętrznym. Obecnie trwający w Chinach proces spowolnienia gospodarczego nie ma bowiem tylko charakteru koniunkturalnego, ale przede wszystkim strukturalny, a patologiczna polityka monetarna i fiskalna USA będzie go tylko przyspieszać i pogłębiać.

Kryzys demograficzno-społeczny

Wprowadzona w 1977 r. polityka przymusu posiadania jednego dziecka przez chińskie małżeństwa, doprowadziła do największego ludobójstwa w dziejach. Wybitny chiński aktywista na rzecz praw człowieka, Chen Guangcheng, oceniał swojego czasu, że do 2012 r. zamordowano w Chinach około 360-400 milionów dzieci. Miliony kobiet zostały poddane przymusowej sterylizacji lub też uszkodzono im narządy rodne podczas przeprowadzania przymusowych aborcji. Ta nieopisana rzeź, w połączeniu z erozją tradycyjnego chińskiego modelu rodziny doprowadziła do takiej sytuacji, że już dziś na ogromnych obszarach Chin następuje demograficzna implozja: ujemny przyrost naturalny. W latach 1946-2015 współczynnik dzietności w tym kraju spadł z 5,6 do 1,4 dziecka rocznie.

Nie oddaje to jednak całości spustoszeń. Trzeba bowiem pamiętać, że Chiny nigdy nie zostały schrystianizowane, i po dziś dzień obowiązują tam tradycyjne, dla każdego świata pogańskiego, normy, które negują pełnię człowieczeństwa i równouprawnienie kobiet. Efektem takiej mentalności, w połączeniu z hitlerowsko-kissingerowską polityką prenatalną, jest istniejący po dziś dzień proceder masowego mordowania lub porzucania niechcianych dziewczynek. Mogąc posiadać tylko jedno dziecko, większość chińskich rodzin woli mieć chłopca; dziewczynki, jako istoty gorsze, są wysoce niepożądane. Efektem takiego procederu było zniszczenie naturalnej równowagi demograficznej narodu.

W cywilizowanym, czyli katolickim świecie, gdzie mordowanie dzieci jest penalizowane śmiercią, współczynnik relacji mężczyzn do kobiet wynosi średnio ok. 105:100 na korzyść chłopców. Tymczasem w Chinach obecnie już wynosi on niemal 120:100 i dalej ta dysproporcja się pogłębia. Do końca obecnej dekady będzie żyć w Chinach min. 30 mln. mężczyzn, którzy nie będą mieli żadnej szansy na znalezienie jakiejkolwiek kandydatki na żonę. Już obecnie w Państwie Środka kwitnie proceder porywania przez wyspecjalizowane organizacje przestępcze kobiet z sąsiednich krajów, np. Mongolii, Birmy, które następnie są kupowane przez zainteresowanych mężczyzn w celu dokonania wymuszonego „małżeństwa”.

Demografia uczy, że kraj w którym występuje ogromna nadwyżka młodych samotnych mężczyzn albo pogrąży się w kryzysie wewnętrznym, albo będzie zmuszony „wypróżnić” ich na zewnątrz, jako mięso armatnie w ramach kolejnych kampanii wojennych. Tak było w Królestwie Hiszpanii, po zakończeniu w 1492 r. wielosetletniej Rekonquisty Półwyspu Iberyjskiego, gdzie cała masa żyjącego dotąd z wojny rycerstwa ruszyła na podbój Ameryki. Tak też, do pewnego stopnia. było w Rzeczpospolitej w okresie Wielkiej Smuty w Państwie Moskiewskim, do którego na podbój skierowano sporą część młodej męskiej populacji szlacheckiej. Odwrotnością tego procederu jest zaś los dzisiejszego świata arabskiego. W obliczu nadchodzącego w Chinach gospodarczego kryzysu rząd Chiński stanie przed widmem wyboru pomiędzy wojną a rewolucją.

Niedostatek surowców energetycznych

Pomimo tego, że Chiny należą do najbardziej zasobnych w kopaliny krajów świata, to i nie są w stanie zaspokoić swojego rosnącego apetytu. Kraj jest w dużym stopniu uzależniony od importu surowców, zwłaszcza tych energetycznych. Skazuje to Państwo Środka na permanentne uzależnienie od naczelnego żandarma światowego obrotu handlowego, czyli Stanów Zjednoczonych. Chiny bez usamodzielnienia się w tej dziedzinie nigdy nie osiągną pozycji światowego hegemona. Konkluzja jest prosta: zarówno supermocarstwowa przyszłość Chin, jak i panaceum na kumulację nadciągających kryzysów demograficzno-społecznego i gospodarczego, leży właśnie w ekspansji gospodarczo-militarno-politycznej.

            Dla Pekinu możliwe zasadniczo są cztery warianty takiej ekspansji:

  1. a) wschodnio-oceaniczny
  2. b) indyjski
  3. c) zachodnio-kontynentalny
  4. d) syberyjsko-arktyczny

Aż dwa z nich warunkować muszą pośredni lub bezpośredni konflikt z Rosją.

Kierunek wschodnio-oceaniczny

Wielu zachodnich analityków prognozuje, że kluczowym kierunkiem Chińskiej ekspansji będzie właśnie kierunek pacyficzny. Niektórzy eksperci widzą nawet analogię pomiędzy obecną polityką Pekinu dążącą do opanowania akwenu Morza Południowochińskiego a amerykańską polityką dominacji na Morzu Karaibskim na przełomie XIX i XX w. Opanowanie prze Chińczyków tego akwenu nie tylko pozwoliłoby na eksploatację znajdujących się na jego dnie kopalin i surowców energetycznych, ale także otworzyło ekspektatywę na przejecie kontroli nad skrzyżowaniem czołowych morskich szlaków komunikacyjnych świata ogniskujących się wokół portu w Singapurze.

Niepośrednią rolę odegrać by tu mogła wpływowa, bardzo bogata diaspora chińska, od wieków stanowiąca gospodarczą elitę w takich krajach, jak Malezja czy Singapur. Nie od dziś słyszy się o zaplanowanej z wielkim rozmachem polityce gospodarczej kolonizacji wielu krajów afrykańskich, konflikcie morskim z Japonią na Morzy Wschodniochińskim o Wyspy Senkaku, a nawet o próbach usadowienia się chińskiego kapitału w wąskim gardle Kanału Panamskiego. Kluczowa wreszcie dla Pekinu pozostaje kwestia przejęcia kontroli nad Tajwanem, poprzedzona dokonującą się pełnowymiarową symbiozą gospodarczą obu chińskich państw.

Możliwość powodzenia chińskich projektów geopolitycznych warunkowana jest, na tym kierunku, dobrą wolą USA. A Waszyngton – jest to jeden z aksjomatów amerykańskiej polityki światowej – nigdy się dobrowolnie na to zgodzi. Jankeska dominacja na morzach, póki co, jest całkowicie niezagrożona, i w razie jakiejkolwiek konwencjonalnej wojny morskiej chińska marynarka wojenna zostanie po prostu zniszczona. Sam konflikt militarny z takimi potęgami gospodarczymi i militarnymi, jak Japonia, Korea Południowa, Tajwan, czy doszlusowujących do tej ekstraligi Wietnam, byłby dla Chin potwornie kosztowny. Stosunek kosztów podboju takich krajów, w razie otwartego konfliktu z nimi, w stosunku do ewentualnych zysków wynikających z takiego podboju, jest sam w sobie odstręczający dla Pekinu. Jeśli do tego dodamy jeszcze wsparcie całej potęgi militarnej Ameryki, która w pierwszej kolejności odcięłaby źródła zaopatrzenia chińskiej gospodarki w surowce energetyczne z Bliskiego Wschodu, to sprawa wydaje się przesądzona. Możliwość ekspansji w kierunku południowym i wschodnim jest w tym momencie dla najludniejszego kraju świata poza zasięgiem.

Kierunek indyjski

Od kiedy komunistyczne Chiny podbiły w 1949 r. Tybet, zetknęły się ponownie bezpośrednio z Subkontynentem Indyjskim. Kwestia ewentualnej ekspansji w tym kierunku jest jednak całkowitą abstrakcją. Oba światy oddziela od siebie skutecznie nie tylko kilka tysięcy kilometrów bezludnej niemalże Wyżyny Tybetańskiej, Pustyni Takla Makan i całych konstelacji gigantycznych łańcuchów górskich, takich jak Kunlun. Przede wszystkim dzieli ich jednak największa lądowa bariera geograficzna świata, czyli Himalaje. Teoretyczne nawet rozważanie możliwości podboju Indii, czwartej już dziś potęgi gospodarczej świata (przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej), a przy tym mocarstwa atomowego, kosmicznego, demograficznego i militarnego, to czyste szaleństwo. Tym bardziej, że taki podbój raczej nie równoważyłby chińskiego bilansu energetycznego.

Kierunek zachodni

W przededniu wewnętrznego kryzysu i konfliktu z USA, blokującymi morskie szlaki handlowe, Chiny stawiają dziś na projekt Nowego Jedwabnego Szlaku. Ma on wieść przez Sinciang (Turkiestan Wschodni), Azję Centralną (Turkiestan Zachodni), Rosję i Europę Środkową do Niemiec i Europy Zachodniej. To pozwoliłoby ominąć amerykańską kuratelę morską, uzyskać przy tym dostęp do złóż surowców energetycznych Kazachstanu, Turkmenistanu, a nawet otworzyć od północy energetyczne połączenie z Persją.

Plany te mogą jednak z łatwością pokrzyżować dwa konkurencyjne imperia. Wielka zmiana geopolityczna doby prezydentury Baracka Obamy, polegająca na nawiązaniu strategicznej relacji z Iranem temu bowiem właśnie służy. Amerykanie nie tylko mogą odzyskać kontrolę nad surowcami perskimi, ale też otworzyć sobie drogę do penetracji krajów Azji Środkowej, zwłaszcza Turkmenistanu. Temu poniekąd służyło osłabienie pozycji negocjacyjnej Teheranu z Waszyngtonem poprzez rozregulowanie Syrii, kluczowego sojusznika Iranu na Bliskim Wschodzie. Doprowadzenie do rozpętania krwawej wojny domowej w Syrii sprokurowało z kolei interwencję wojskową Rosji we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Ta, jak wiadomo, pociągnęła za sobą odwet amerykański w postaci rozpętania na Ukrainie antyrosyjskiej rewolucji i przejęcia przez zachodnią finansjerę znacznej części aktywów kijowskiej masy upadłościowej.

Co poniektórzy, bardziej radykalni komentatorzy geopolityczni upatrują w wydarzeniach ukraińskich preludium do przeobrażenia całej Europy Środkowo-Wschodniej na modłę bliskowschodnią, w celu stworzenia tutaj zarządzanego przez „żydowską diasporę” w imieniu anglosaskiej finansjery, a także Niemiec i Rosji, swoistego konglomeratu słowiańskich bantustanów, z Polską i Ukrainą na czele. W tym celu siły „judeo-amerykańskie”, George Soros i waszyngtońscy stratedzy od destabilizacji, mieliby pchnąć Polskę do wojny z Ukrainą, ew. z Białorusią lub nawet Rosją. Zachód miałyby wsiąść udział w ewentualnej partycypacji zysków z kontroli końcowej części chińskiego jedwabnego szlaku lub doprowadzić do jego destabilizacji.

Prawdopodobniejsze jest jednak to, że sama Rosja nie dopuści do rozpanoszenia się wysłanników Pekinu w postsowieckich krajach Azji Środkowej. Dotychczas to Rosja była jedynym pośrednikiem w handlu tamtejszymi złożami ze światem zewnętrznym, z czego czerpała i czerpie ogromne dochody. Utrata strategicznej dominacji Moskwy w tej części świata skutkowała będzie groźbą dalszego pochodu chińskiej potęgi w kierunku krajów Kaukazu. Dziś można jedynie stwierdzić, że sukces lub – o wiele bardzie prawdopodobne – fiasko projektu wielkiego tranzytu euroazjatyckiego wpłynie w sposób kluczowy na decyzję o ewentualnej ekspansji w ostatnim możliwym kierunku.

Kierunek syberyjsko-arktyczny

Logika geopolityczna podpowiada, że najkorzystniejszym kierunkiem dla chińskiej ekspansji jest kierunek północny. Jest on dla Chin najbardziej naturalny z punktu widzenie warunków geograficznych, a także najbardziej lukratywny. Syberia to obecnie drugi największy zasób surowców naturalnych świata. Jej opanowanie otwierałoby z kolei perspektywy eksploatacji lwiej części surowcowego eldorado „numer jeden”: Arktyki. Postępujące ocieplenie klimatu skutkuje zaostrzającym się antagonizmem pomiędzy krajami posiadającymi dostęp do rejonu bieguna północnego.

Chiny, w przeciwieństwie do Rosji, mają potencjał zarówno ludzki, finansowy jak i technologiczny, aby w pełni zagospodarować ten obszar świata. Opanowanie Syberii i Arktyki skutkowałoby osiągnieciem całkowitej samowystarczalności energetycznej i przemysłowej, bez konieczności staczania boju o panowanie na morzach. Chiny stałyby się państwem-kontynentem, liczącym około 20 mln km² powierzchni i zamieszkałym nadal przez 1/6 populacji ludzkiej. Ewentualny konflikt z Rosją nie tylko miałby wszelkie szanse powodzenia w warunkach konwencjonalnej wojny lądowej, możliwość posłania na frontowy przemiał 30 mln „zbędnych” mężczyzn zneutralizowałaby istniejący problem demograficzny. Byłby klasycznym wybiegiem pozwalającym na skok do przodu w obliczu nadciagającego kryzysu gospodarczego i społecznego. Chiny mają za sobą zarówno racje natury historycznej (pretensje do Północnej Mandżurii, będącej od XIX w. częścią rosyjskiego dalekiego Wschodu), rasowej (idea wyzwolenia żółtej rasy – Mongołów, Buriatów, Jakutów – spod dominacji „białych okupantów”).

Casus Japonii

Dzisiejsze Chiny stoją w obliczu nie tylko ogromnego kryzysu wewnętrznego, ale także tego, co spotkało w okresie drugiej wojny światowej Japonię, ze strony USA. Wyspiarskie mocarstwo było w jeszcze większym stopniu uzależnione od zewnętrznych dostaw materiałowych, bez których nie mogłoby marzyć o zbudowaniu swojego Imperium. Rozpoczęta w 1894 r. ekspansja na odcinku chińskim, która to przerodziła się w 1937 r. w otwartą politykę podboju, doprowadziła do podobnej kolizji z interesami USA, jaką przeżywa obecnie rząd w Pekinie.

Mówi się rzadko o tym, że właśnie nałożenie przez prezydenta Roosevelta embarga surowcowego postawiło w 1941 r. kraj „Kwitnącej Wiśni” pod ścianą. Embargo surowcowe doprowadziłoby z czasem do całkowitego załamania japońskiej gospodarki i zniweczenia wszelkich owoców jej wysiłku wojennego w Chinach. Japonia miała wówczas tylko trzy wyjścia:

  1. a) skapitulować pod presją USA i wycofać się z Chin z podkulonym ogonem, porzucając wszelkie rojenia o światowej potędze;
  2. b) dalej walczyć tylko z Chinami, aż do całkowitej katastrofy ekonomiczno-militarnej;
  3. c) stojąc nad przepaścią wykonać „wielki skok naprzód”, atak wyprzedzający na USA, dając sobie czas na zajęcie maksimum terytoriów niezbędnych do zapewnienia sobie zaplecza surowcowego do dalszej walki (Indochiny, roponośna, obfita w kauczuk Indonezja Holenderska, Filipiny)

Japonia wybrała „opcję trzecią”. Zyskała dzięki tylko kilka lat życia. W starciu z amerykańskim kolosem nie miała żadnych szans na wygraną. Chiny stoją obecnie przed podobnym dylematem. Mając do wyboru wojnę z potężniejszymi militarnie USA o niewielką pulę nagród lub wojnę ze słabszą militarnie, gnijącą demograficznie Rosją, w której stawką jest opanowanie największego na świecie rezerwuaru surowców naturalnych. Wybór wydaje się być oczywisty. Tylko strach komunistycznych elit z Pekinu przed nuklearną potęgą Rosji warunkuje, że Państwo Środka Świata nie znalazło sobie jeszcze pretekstu.

Filip Bauman

Dodaj komentarz