W innym świecie

16 sierpnia 2014
Pawel-tekst-1

19 stycznia 1982 r. „Prawda”, organ Komitetu Centralnego KPZS, wydrukował list „sowieckiego robotnika do prezydenta USA”. Podpisał się pod nim Nikołaj Iwanowicz Kwitka, 35-letni „bezpartyjny” budowlaniec z Arkałyku, miasta położonego w centralnym Kazachstanie. Co takiego strapiło sowieckiego obywatela?

Kazachski korespondent

Przed ponad miesiącem komuniści w Polsce wprowadzili „stan wojenny” i rozwiązali „Solidarność”. Nikołaj Kwitka mógł się o tym, z pewnym poślizgiem i oczywiście zabarwieniem dowiedzieć także z „Prawdy”. Przekonany, że wyraża poglądy milionów sowieckich obywateli, postawił się na ten temat publicznie wypowiedzieć.

Oburzyła go bowiem fala krytyki „zachodniej prasy i radia (sic!)”, jaka spadła na reżim PRL. Zasmuciły go również supozycje, jakoby Moskwa stała za wypadkami w Polsce.

„Panowie po drugiej stronie Atlantyku. – przekonywał budowlaniec – Sami dobrze wiecie, że to wszystko nonsens: Wszystko co dzieje się w Polsce należy do wewnętrznych spraw Polaków, i nikt się nie wtrąca w ich życie. (…) Z całego serca popieramy niepodległość Polski, ale to nie waszej zachodniej wolności i demokracji chcemy, Panie Reagan, dla Polski”.

Zgodnie ze schematem sowieckiej propagandy, autor lub autorzy listu przypomnieli w nim o „kosztach” wojennych ZSRS, o ofiarach, jakie ten poniósł w okresie II wojny światowej. Zdanie Kwitki dawały one Sowietom „prawo wspierać wszystkie zaprzyjaźnione, kochające wolność socjalistyczne kraje radą i własnym przykładem”.

Kwitka miał za złe Reaganowi, że wytyka Sowietom łamanie praw człowieka. Może, ale kraj kwitnie gospodarczo. Nie są to zasługi Sołżenicyna i Sacharowa, ale milionów „takich jak” Kwitka, realizujących program partii komunistycznej. „Pani Prezydencie, nie potrzebuję, by bronił Pan moich praw w moim domu” – upomniał prezydenta USA.

Reagan dlaczegoś postanowił odpowiedzieć na list. Wyraził żal z powodu strat, jakie obywatele ZSRS ponieśli w czasie wojny, ale zauważył, że „koniec końców byliśmy sojusznikami w tej wojnie” i Amerykanie też ponieśli spore straty wyzwalając Europę. Jedne i drugie są jednak niewspółmierne do tych, jakie w latach 1939-1945 ponieśli Polacy. Wyraził zdumienie, że Kwitka sam będąc robotnikiem odbiera Polakom prawo do własnego związku zawodowego. W kilku zdaniach nakreślił zachodnie przywiązanie do wolności i zaprosił „bezpartyjnego” budowlańca wraz z jego rodziną do Białego Domu: „Mógłbym wówczas pokazać Panu mój kraj”. Skończył niepewnie: „Właściwie mam nadzieję, że otrzyma Pan ten list…”.

Kłopot z Rosją

Spoglądając na świat oczami redakcji kanału Russia Today wchodzimy w świat robotnika Kwitki. Mniej więcej ten sam, bo przecież i Breżniew i Reagan już nie żyją. Istotą sporu ręki, która pisała list Kwitki i Ronalda Reagana było nie tyle zderzenie dwóch światów, ile brak zgody Reagana na „socjalistyczną” reinterpretację takich pojęć, jak „wolność”, „niepodległość” i „demokracja”. Reinterpretację polegającą na odwróceniu tych wartości, a w praktyce na deptaniu godności człowieka.

Władimir Putin i jego załoga próbują odbudować świat robotnika Kwitki. I wcale tego nie kryją. Odbudowali już całe plenum partyjne, mają swojego Mołotowa, Susłowa itd. Żeby było zabawniej, półtora roku temu „demokratyczny” reżim Putina wydłużył ustawowo wiek emerytalny wysokich rangą urzędników do lat 70. A co jest po drugiej stronie? Całościowo patrząc mamy niekompletne deja vu. W Moskwie urzęduje współczesny Andropow, a w Waszyngtonie odświeżony Carter.

Ronald Reagan zestrzelenie koreańskiego samolotu rejsowego w sierpniu 1983 r. nazwał zbrodnią przeciwko ludzkości a Sowietów zbrodniarzami, zaś wiceprezydent George Bush podkreślał, że żadna Jałta nie obowiązuje, demonstrując do kogo należy teraz inicjatywa. Tymczasem Obama i sekretarz stanu Kerry z trudem dostrzegają winowajcę śmierci pasażerów malezyjskiego Boeninga 777 po to, aby przypadkiem winowajca nie zmarnował swej szansy…
„Jeżeli będziemy stanowczy i wyraźni, ale także nieco elastyczni, nadal możemy dać Putinowi szansę zrehabilitować się i ponownie dołączyć do wspólnoty narodów” – powiedział stacji CNN po katastrofie Zbigniew Brzeziński.

Słowa Brzezińskiego wyrażają modus vivendi doktryny, która niemal od półwiecza blokuje horyzonty umysłowe ludzi pokroju tegoż Brzezińskiego. Obecnie Ameryką rządzą środowiska zupełnie nie zainteresowane dobrem człowieka. Kierują nią ludzie, podobnie jak Putin, przekonani, że światem winny rządzić jakieś koncerty państw. Kreml, ze swoją mafijną „demokracją” wyłamał się z niepisanych umów. Zadziałały wypadki, których żaden „koncert”, żaden satrapa i żadna doktryna nie są w stanie przewidzieć: ludzie na Ukrainie upomnieli się o swoje.

Jeśli liczymy na koniec obecnej epoki détente, to nie nastąpi ona raczej za rządów Obamy. To nie zmiana koncepcji, niespodziewana „burza mózgów” czy nagła ekspresja jedności w obozie państw NATO zakończyły kiedyś okres cackania się z Sowietami, ale nadejście nowego człowieka, spoza nowojorsko-waszyngtońskiego establishmentu. Czekają nas więc kolejne dwa lata cackania się z Putinem, chyba że i jego trafi przypadkowy pocisk…

Będzie wojna?

Tragedia pasażerów Boeninga 777 wywołała w polskim obozie władzy wyraźne zakłopotanie. Niby katastrofa katastrofie nie równa… Ewidentnie głupio jest politykom PO apelować o międzynarodowe śledztwo, konwencję chicagowską i budować koalicje, celem wydobycia z rąk Rosjan wraku maszyny… Związane z koalicją media też powstrzymują się od „kozackich” ataków na Putina i oskarżeń o tuszowanie przyczyn katastrofy, o brak szacunku dla ofiar katastrofy i ich rodzin, itd. Jedynie redaktor z „Gazety Wyborczej”, w którego żyłach płynie „ukraińska” krew, przebił wstyd bezczelnością, dostrzegając w Putinie „bezwzględność”, „cynizm” i „mentalność podpułkownika KGB”.

Witamy w świecie Nikołaja Kwitki. Najlepiej nieszczęśni Holendrzy mogą poznać, jak się tam żyje; w świecie zezwierzęcenia, bezprawia, gdzie cynizm i bezwzględność kagiebowskiej władzy podważa sens i chęć życia. Polacy poznali tę niemoc w kwietniu 2010 roku.

Historia w dość prosty sposób pokazuje, że nierozliczone sprawy wcześniej czy później wracają ze zwielokrotnioną siłą. My natomiast błędnie sądzimy, że historia się powtarza. Nie rozwiązało się KGB, kagiebowiec jest u władzy, nie pilnowało się, by Rosja przestrzegała międzynarodowych zasad, Putin je znowu depcze.

Odruchowo, gdy usłyszałem o katastrofie Boeninga 777 pomyślałem o zatopieniu Lusitanii. Zatopienie tego gigantycznego parowca przez niemiecką łódź podwodną, pochłonęło życie prawie 1200 cywilów. Zatopienie również przypadkowe, gdyż jedna torpeda nie powinna była zniszczyć parowca. Mimo wielokrotnego spenetrowania wraku, wciąż nie ustalono przyczyny drugiego wybuchu, nie wiadomo czy eksplodowała kontrabanda czy wybuch nastąpił w kotłowni.

Tragedia Boeninga 777 nie będzie, tak jak atak na World Trade Center, następną Lusitanią. USA nie przystąpią do wojny z Rosją, a wojna nie zamieni się w światową. W Ameryce nie rządzi Reagan, ani nawet Wilson – to już wiemy. Problem w tym, że w epoce globalnego permisywizmu, kogoś takiego trudno w ogóle wyobrazić sobie u steru władzy. Oby dwa lata nie zamieniły się w dziesięć.

Paweł Zyzak
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz doktorantem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się dziejami USA oraz Wielkiej Brytanii.

Dodaj komentarz