W drodze do Dabiq

25 listopada 2015
Źródło: www.dagen.no

Najpopularniejszy fragment listopadowej debaty prawyborczej demokratów otwiera pytanie moderatora o termin „radykalny islam”. Dziennikarz cytował kandydata republikanów Marco Rubio. Wszystkich trzech kandydatów stojących na scenie dosłownie sparaliżowało. Hillary Clinton, Bernie Sanders i George’a O’Malley przestraszył sam kierunek, w jakim podąża dyskusja o zamachach w Paryżu. Bełkotali więc coś o niedzieleniu Amerykanów i wyższości terminów „radykalny dżihad” i „krwawy ekstremizm” nad „radykalnym islamem”.

W Europie, gdzie ludzie poczuli już na szyi zimny sztylet dżihadystów, nawet politykom lewicy odechciało się zabawy w etymologiczno-semantyczne subtelności. Wzięli się za stawianie płotów, ponaglając do tego samego państwa bałkańskie, poza tym podwyższyli stan zagrożenia, wyprowadzili wojsko, pojazdy opancerzone i policję na ulice, uruchomili specjalne grupy inwigilująco-śledcze oraz wezwali USA do podjęcia zdecydowanej rozprawy z enklawą terrorystów zwaną Państwem Islamskim (ISIS).

Barack Obama bodaj dzień przed zamachami w Paryżu chełpił się, że jego strategia „izolowania” ISIS odniosła pełen sukces. Nie spokorniał bynajmniej po fakcie. Po zamachach wezwał do wstrzemięźliwości w polityce zagranicznej, a w kraju rozpoczął wojnę z republikańskimi gubernatorami, którzy jak jeden mąż stwierdzili, że nie życzą sobie u siebie tzw. „uchodźców” z Syrii. Obama smutnym głosem, w sposób cyniczny wręcz oświadczył na konferencji prasowej, że republikanie boją się „sierot i matek”.

Obama zna, jeśli oczywiście czyta poranny briefing od szefów podległych sobie służb, proporcje wśród tzw. „uchodźców”. Mniej więcej 25% to Syryjczycy, a pozostałe 75% to setki „uchodźców zarobkowych” z Iraku, Afganistanu, Pakistanu, Erytrei, Somalii, Nigerii, itd. Ok. 80% wszystkich „uchodźców” to mężczyźni w wieku poborowym. Po raz kolejny Obama próbując zagłuszyć argumenty i fakty wywołał emocjonalną burzę, w czym wsparły go media. Stereotypowego „uchodźcę” od dawna przedstawiają one właśnie jako kobietę, matkę z dzieckiem lub najlepiej, martwe dziecko.

Rozsądne argumenty przeciwników politycznych, którzy podpowiadają mu, od czego należy rozpocząć budowę strategii, przemilcza się. Republikanie od dawna nawołują do ustanowienia na terenach objętych konfliktem bezpiecznych stref, w których gromadzić się będzie uchodźców. Wzywają do uformowania z owych „uchodźców” wojsk, które wyzwalać będą okupowane tereny i pilnować potem nań porządku. Republikanie, ale i Europejczycy, nie mają złudzeń, że naloty nie rozwiążą problemu i konieczny będzie udział wojsk lądowych. Słusznie zapytują, dlaczego to ich rodacy mają narażać swoje życie, niepokoić rodziny, kiedy „uchodźcy” wić będą gniazdka w ciepełku europejskiego dobrobytu i otwierać „nowy rozdział w życiu”?

Powrót do korzeni w Islamie

Jaką to tajemniczą religię albo obszar cywilizacyjny reprezentują owi Erytreanie, Somalijczycy i Syryjczycy? Religii albo krainy o nazwie „dżichadija” nie ma, ale jest za to Islam. Owszem, nie są to tereny, na których przytomny człowiek chciałby otwierać „nowy rozdział w życiu”. Nie chodzi o karanie kogoś egzystencją w takim miejscu. W świecie islamu generalnie spokojnie nie jest i transfer milionowych rzesz muzułmanów gdzie indziej nie zapewni tego spokoju nikomu. Wichrzycielem nie jest tu kolor skóry albo arabskie potrawy czy język, ale zespół polityczno-kulturowo-religijny, w Islamie nierozerwalny.

Nosiciele pierwiastka Islamu, co tu dużo mówić, nie asymilują się, czyli nie przyjmują wartości cywilizacji nominalnie od siebie wyżej stojącej. Proces asymilowania się wyznawców Islamu jest bardzo długi i bolesny. Niektórzy mówią, że asymilacja większości przybyszów z Afryki Północnej czy Pakistanu, którzy przez ostatnie dekady zasiedlali miasta Francji czy Wielkiej Brytanii, jest wręcz niemożliwy.

Owszem należą oni do obszaru, gdzie cywilizacja Islamu istnieje niemalże od jej zarania. Krainy te zostały pobite jeszcze przez kalifów z rodu Umajjadów na przełomie VII i VIII w. po Chrystusie. Muzułmanie ci są dla Europejczyków ciałem niemalże obcym. W aspekcie duchowym, podstawowym dlań, współczesny Francuz czy Brytyjczyk nie jest w stanie zaoferować im niczego atrakcyjnego. Polskich Tatarów czy Boszniaków można wprawdzie nazwać muzułmanami z „dziada pradziada”, ale już nie spadkobiercami dawnego imperium arabskiego. Mongołowie przyjęli Islam dobrowolnie dopiero w XIII w., wyznając wcześniej różne formy szamanizmu, Boszniacy to po prostu Słowianie, którzy w okresie okupacji Bałkanów przez Turcję przeszli, dobrowolnie lub nie, na Islam. Obie nacje przez wieki oblewane wodami chrześcijaństwa, nie ciążyły nigdy ku radykalnej formule Islamu.

Właśnie, radykalizm w Islamie. Jak wyobrażamy sobie radykalny katolicyzm, baptyzm lub nawet chińsko-indyjski buddyzm? Radykalizm chrześcijański utożsamiamy zwykle ze „skrajnym” uduchowieniem, pobożnością, ubóstwem, pustelnią, jakimś anty-materializmem. Słowem, z wszystkim tym, z czym kojarzy się nam się Jezus Chrystus, Apostołowie i „Ojcowie Kościoła”. Moja znajoma, kobieta wybitna, próbowała ostatnio „zastrzelić” mnie argumentem „radykałów katolickich z IRA”. IRA, jak sama nazwa i nazwy jej grup rozłamowych wskazuje, to armia wyzwoleńcza Irlandii Północnej. Kontekst religijny jest tu absolutnie wtórny i pełni rolę dressingu. Mowa jest raczej o walce grupy politycznej o cechach narodowowyzwoleńczych z kolonizatorem, okupantem lub, jak się również mówiło, „odwiecznym wrogiem”.

Amerykańscy komentatorzy lubią zestawiać terrorystów islamskich z Ku Klux Klanem, jakoby także „chrześcijańskimi radykałami”. Jak gdyby Murzyni czy katolicy, którym KKK i owszem dawało się we znaki, chrześcijanami nie byli. Nawet wyprawy krzyżowe – znawca tej dziedziny na pewno nam przytaknie – były odpowiedzią na agresję Turków Seldżuckich na ziemie, przeto chrześcijańskiego, Cesarstwa Bizantyjskiego i terror antychrześcijański inspirowany przez nich w Palestynie, po względnie spokojnych czasach arabskich.

Mówimy o radykalizmie, czyli powrocie do korzeni. Nie ma innej definicji radykalizmu. „Radicus” to po łacinie „korzenie”. Chrześcijański radykalizm jest introwertyczny Jeśli więc chcemy mówić o radykalizmie islamskim, a chcemy, musimy wrócić do islamskich „ojców” założycieli, a raczej do jednego, kluczowego „ojca”. I tak się stety – niestety składa, że początki Islamu – inaczej niż w przypadku miłosiernych i prześladowanych chrześcijan – wiążą się z dżihadem, a Mahomet był pierwszym islamskim „radykalnym dżihadystą”…

Droga Mahometa

Zastanawiamy się często, skąd owa dosłowna interpretacji Koranu przez „ekspresyjnych” wyznawców Islamu? Biblia jest zbiorem opowieści i objawień pisanych w trzeciej osobie, przez człowieka, co prawda natchnionego, ale człowieka. Koran zaś jest słowem samego Allaha, wyrażonym w pierwszej osobie. Jest to rzecz niepodważalna i niereformowalna. Mahomet nauczał, że Islam jest nie tylko religią, ale kompletnym poddaniem się holistycznej, politycznej ideologii oraz bezdyskusyjnym prawom ustanowionym, za swoim pośrednictwem, przez Allaha.

Pozostaje mieć nadzieję, że facet, który pośredniczył w przekazaniu słów Allaha był faktycznie przezeń natchniony. Ale jak to sprawdzić, skoro badanie życiorysu Mahometa stawia badaczy, zwłaszcza w krajach muzułmańskich, w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Mahomet jest postacią dość wszechstronną, ale i niestabilną, czego owocem są słynne „szatańskie wersety”. Mahomet pogniewany na mieszkańców Mekki, iż nie chcą przyjąć jego Islamu, postanowił zostać politykiem. Zawarł z Mekkanami porozumienie. Zgodził się przez rok czcić ich bogów, jeśli oni czcić będą potem przez rok Allaha. Objawił mu się anioł, który wskazał trzy boginie sprzyjające Allahowi, które warto czcić. W objawienie, jak się okazało, wkradł się Szatan, który w ten sposób splugawił słowo Allaha. Allahowi, jak podaje Koran, w rzeczywistości nie podobał się układ z Mekkanami, zdenerwował się, itd., itd. Dla wielu muzułmanów ów fragment stał się przedmiotem sporu interpretacyjnego. Z kolei wielu krytyków Islamu stawiało potem pytanie: jaką mamy pewność, że to jedyny fragment Koranu skażony przez diabła?

Mahomet wycofał się ze swej oferty złożonej Mekkanom i udał się do oazy o nazwie Medyna. W 622 r. jego stosunki z miastem znacznie się pogorszyły. W Medynie Islam Mahometa przestaje być religią pokoju, koegzystencji z innymi wyznaniami. Ton jego objawień zmienił się na bardziej bojowy. Przez pierwsze 13 lat były to objawienia sekowanego przywódcy religijnego w Mekce. W Medynie, gdzie Mahomet zgromadził wokół siebie rzeszę wyznawców, zresztą byłych mieszkańców Mekki, i zyskał wreszcie poważne narzędzie polityczne, w objawieniach mowa jest o otwartej wojnie i o wrogach. Islam staje się jedyną słuszną wiarą, a przykładowo Żydzi stają się jeszcze zajadlejszymi wrogami Islamu. To w tej części terroryści islamscy posiadają swe ulubione cytaty. Mahomet z proroka i polityka stanie się teraz wodzem. Każdemu muzułmaninowi, który polegnie w walce z „niewiernymi”, obiecany będzie raj. Mahomet przeprowadzi pierwszy dżihad w dziejach, który kontynuowany będzie przez najbliższy tysiąc lat, formalnie do zniesienia kalifatu.

Ponieważ polityka i religia zostały przez Mahometa ściśle ze sobą złączone, w Islamie nie istnieje rozdział kościoła od państwa. Kalifowie arabscy, potem tureccy, będą jednocześnie przywódcami religijnymi i politycznymi. Ustanawiać będą prawa oparte na naukach „proroka” i skodyfikują je w całościowe prawo szariatu. Szariat natomiast to coś więcej, niż tylko „droga” muzułmanina, zestaw nakazaów i zakazów. Szariat to wszechotaczający styl życia, który cofa każdego z nich do VII w.

Nie będziemy się rozwodzić o stylu życia samego Mahometa, który rzutował potem na styl życia mężczyzn i położenie kobiet w Islamie. Szariat, który oparty jest „boskich” zaleceniach, góruje nad każdym prawem ludzkim i zwyczajowym. Pobożny muzułmanin nie uznaje prawa świeckiego, sprzecznego z nakazami Koranu. Karą najcięższą w szariacie jest apostazja lub konwersja na inną wiarę i ateizm. Karane są one śmiercią. Ów podstawowy „obyczaj”, gasi wszelki indywidualizm w świecie Islamu. Co się tyczy chrześcijan, żydów czy zaraostran, ich los zależy od interpretacji Koranu. W wersji łagodnej, mogą zachować wiarę i mają płacić dżizję. ISIS, które jest na apokaliptycznej wojnie, heretyków, jak i innowierców czyli „niewiernych”, po prostu zabija.

Apokalipsa

Dabiq-Both-Cover-IP_0W Europie coraz większą popularnością cieszy się organ prasowy ISIS „Dabiq”. Gdyby odpowiednie służby zapoznawały się z tym pięknie ilustrowanym pismem dżihadystów odpowiednio intensywnie, może nawet udałoby się uniknąć zamachów w Paryżu. W islamskiej tradycji Dabiq, miasto przy granicy z Turcją, to miejsce biblijnego „Armagedonu”, miejsce, w którym „krzyżowcy” czy „armie Rzymu” doznają decydującej klęski od miecza wyznawców Allaha. Wrota do Istambułu i dalej Rzymu staną przed nimi otworem.

2(8)W ręce trzymamy właśnie klucz do zrozumienia sensu Państwa Islamskiego. Przywódcy ISIS nie planują budowy klasycznej państwowości, z dodatkiem szariatu i bardziej dosadnego języka dyplomacji. Uważają się oni za aktorów ostatniego aktu zapisanego w Koranie – aktu końca świata. Od wszelkich islamskich grup purystycznych i ruchów apokaliptycznych, odróżnia ich to, że nie oczekują końca świata, który jest nieuchronny, oni mają go za zadanie radykalnie przyspieszyć. Bardziej obrazowo, gdyby przywódcy ISIS dostali w swe ręce broń jądrową i środki do jej przenoszenia, mamy 100% pewności, że nazajutrz zdetonowaliby ją gdzieś na Zachodzie. Godzi się więc zauważyć, że utrzymywanie ISIS przy życiu jest zwyczajną głupotą Zachodu i jego przywódców.

Koran, jeśli idzie o koniec świata, jest dość nieprecyzyjny. Niedomówienia zapełniły z biegiem wieków hadisy, swoiste opowieści z życia „proroka”, składające się na sunnę, czyli tradycję. Sunna jest dla pobożnego muzułmanina drugim najważniejszym po Koranie źródłem. Wedle hadisów koniec świata zwiastować będą narodziny Dadżala, czyli Antychrysta. Dadżal urodzi się z jednym okiem, a całe jego ciało pokryte będzie gęstym owłosieniem. Wśród terrorystów z ISIS furorę robią dziś zdjęcie przedstawiającymi jednookie i owłosione niemowlę, gdzieś z bliskowschodnich pustkowi – rzekomy Dadżal. Zdjęcie fałszywe czy nie, nie da się ukryć, że ISIS skutecznie pobudza wyobraźnię, skoro ciągną doń tysiące rekrutów chętnych stoczyć ostatnią bitwę przed apokalipsą.

Mahomet stwierdził ponoć, że Dadżal pojawi się gdzieś między Irakiem i Syrią. Wedle Hadisy Mahometa Dadżal przyjdzie w czasach, w których panował będzie kult homoseksualizmu i narkotyków. Dalej, uwiedzie 70 tys. Żydów. Wraz z Żydami stoczy walkę z prawdziwymi muzułmanami, którymi dowodził będzie następca Mahometa, Mahdi. Zbawiciel we własnej osobie.

Oczywiście to nie „nasz”, chrześcijański zbawiciel. Mahomet zdetronizował Chrystusa, nadając nowemu zbawcy, jak i samemu Jezusowi, bardziej krwawych rysów. Sylwetka Mahdiego wywołujące w świecie islamskim ostre podziały, łącznie z tym podstawowym na sunnitów i szyitów. 85 do 90% wszystkich muzułmanów to sunnici. Sunnicka jest Turcja, Arabia Saudyjska, Egipt, itd. ISIS to też oczywiście sunnici. Większość szyitów zamieszkuje natomiast dzisiejszy Iran, czyli dawną Persję oraz tereny Iraku. Szyici wierzą, że Mahdi przyszedł już na ziemię, ale się ukrywa. Ma jednakże podobną rolę do spełnienia, jak w przekonaniach sunnitów. Obydwaj ajatollahowie, Chomeini i Chamenei, byli/są gorącymi zwolennikami prędkiego końca świata i powrotu Mahdiego, który to „obetnie głowy zachodnim przywódcom”.

Wedle wierzeń muzułmanów Jezus Chrystus podobnież ma wrócić na ziemię. I tutaj znamy dokładny rejon zejścia – okolice Damaszku. Zwróćmy uwagę, że to znów Syria. Jezus pielgrzymował będzie do Mekki, odda pokłon Allahowi i wesprze Mahdiego – prawdziwego zbawiciela – w dziele narzucenia wiary Islamu całemu światu. Będzie to ostatni dżihad na ziemi, z udziałem samego Jezusa…

Wielu ekspertów, kiedy terroryści z ISIL ogłosili kalifat, wręcz zanosiło się od śmiechu. Ostatni, w 1924 roku, przy pomocy parlamentu, zniósł Atatürk. Kalifat wszakże JEST rzeczą nieuniknioną jeśli chce się przyspieszyć koniec świata. Reaktywacja kalifatu była jednym z głównych celów Osamy bin Ladena i Al Kaidy, organizacji, jak wiemy, sunnickiej. Niektórzy islamiści wierzą nawet, że Mahdim, we własnej osobie, jest kalif ISIS, Abu Bakr al.-Baghdadi. Za chwilę zasili go Jezus i razem najadą Europę.

Plan dwudziestoletni

Mówi się, że jatkę z muzułmanami zaczęli Amerykanie, że zamachy na World Trade Center nastąpiły bo do wojny parli… Bush i amerykański przemysł. Częściowo wykazaliśmy, że radykalni islamiści chcą jej jeszcze bardziej. Wiadomo już, że usilnie starali się ją sprowokować. Amerykanie, owszem, mają na Bliskim Wschodzie swoje interesy.

W latach 80. USA, będąc na wojnie z komunizmem, zacieśniło współpracę z domem panującym w Arabii Saudyjskiej. Pogłębili ją Bushowie ojciec i syn, związani z sektorem naftowym. Sektor ten od lat 30., kiedy Rockefellerowie odkryli w orbicie Półwyspu Arabskiego ropę naftową, lobbował na rzecz domu saudyjskiego. Saudowie wkrótce stali się najbogatszą i najpotężniejszą rodziną w świecie Islamu.

Dla niewtajemniczonych, w Arabii Saudyjskiej panuje szariat. Jego fundamentem jest kolejna skrajna odmiana Islamu sunnickiego, która wywodzi się od XVIII-wiecznego duchownego islamskiego, purysty, Muhammada ibn Abdul Wahhaba. Wahhab postanowił oczyścić Islam z „przesądów”, czyli właśnie wrócić do korzeni. Stał się tedy ojcem współczesnego ruchu salafickiego, nawrotu do islamskich „ojców założycieli”. Reformator ów stwierdził m. in., że żydzi i chrześcijanie są „czarownikami” i w kraju szariatu miejsca dla nich nie ma. To dlatego na wczasy do Arabii Saudyjskiej warto jest jednak nie jechać. Wahhab znalazł sobie silnego protektora w rodzie Saudów, którzy zjednoczyli półwysep i władają nim do dziś dnia.

Salafici uważali sułtanów tureckich za niegodnych tytułu kalifatu, lecz upadek kalifatu za prawdziwą tragedię, spowodowaną przez „żydowskiego zdrajcę” Atatürka. Podobnego zdania są przywódcy ISIS. Wielu saudyjskich szejków darzy skrywaną – by czasem nie drażnić amerykańskiej opinii publicznej – sympatią skrajne organizacje sunnickie, takie jak wspomniana Al Kaida. Ekwiwalentem tej sympatii są petrodolary, płynące na broń oraz rozwój i działalność obozów szkoleniowych dla dżihadystów.

Chociaż finansjera amerykańska przyłożyła rękę do potęgi Saudów, pośrednio więc do radykalizmu islamskiego, to nie USA są faktycznym prowodyrem Al Kaidy. Na scenę wchodzą Sowieci. Al Kaida, czyli „Baza” powstała de facto w Afganistanie, pod koniec sowieckiej okupacji. Dowartościowana „zwycięstwem” nad jednym mocarstwem przeorientowała swe cele na skrytą wojnę z kolejnym, USA. Do ataków w Nowym Yorku w 2001 r. przygotowywała się przez całe lata 90. Już w 1993 r. organizacja bin Ladena próbowała roznieść WTC. W 1998 r. grupa zmieniła się kontynent: eksplodowały ładunki wybuchowe na terenie amerykańskich ambasad w Kenii i Tanzanii. W 2000 r. nastąpił atak na amerykański okręt w porcie jemeńskim.

Obwinianie USA za atak na Islam można porównywać do potępiania amerykańskiej „imperialistycznej” odpowiedzi na najazd Korei Południowej przez siły obozu komunistycznego. W 2005 r. ukazała się słabo u nas znana książka jordańskiego dziennikarza Fouda Husseina, zatytułowana: Al.-Zarqawi: The Second Generation of Al. Qaeda. Hussein dotarł do wewnętrznych kręgów Al Kaidy. Zdobył zaufanie czołowych terrorystów i na podstawienie wielu rozmów poznał ich „20-letni plan”. Plan ten okazał się mieć siedem, bardzo precyzyjnych faz. Plan mający przybliżyć nas wszystkich do końca świata. Oto te fazy:

Faza I: Przebudzenie muzułmanów (2000-2003). Zaczęła się 11 września 2001 r. i zakończyła wraz z inwazją USA na Afganistan. Polegać miała na sprowokowaniu Zachodu. Amerykanie i ich sojusznicy znaleźli się dzięki temu bliżej dżihadystów i stali się łatwiejszym dlań celem.

Faza II: Otwarcie oczu (2003-2006). Polegała ona na transformacji Al Kaidy z grupy kryminalnej w ruch ideologiczny, stanowiący awangardę dla milionów muzułmanów. I ona miała zakończyć się powodzeniem, głównie dzięki taktycznemu „zwycięstwu” Al Kaidy w Iraku, skąd USA – jak czas pokazał – w końcu wycofały się i gdzie faktycznie zostawiły grunt pod centrum operacyjne Al Kaidy. W fazie tej Al Kaida miała zyskać, i zyskała, tysiące rekrutów. Nadto połączyła swe siły z siatkami terrorystycznymi w Pakistanie.

Faza III: Powstanie (2007-2010). Walka rozszerza się z Iraku na Syrię, Jordanię, Turcję i Izrael, gdzie rządzą świeckie, anty-islamskie rządy. Hussein zaznaczył, że głównym celem będzie Syria.

Faza IV: Rozpad (2010-2013). Przez cały Bliski Wschód przetoczy się rewolucja. Rządy, takie jak ten egipski upadną. Prowadzona będzie wciąż walka z USA, również za pomocą cyberataków. Dziś wiemy, że „arabska wiosna” wpasowała się idealnie w wyżej podane daty, uderzając w reżimy egipski, tunezyjski, algierski, marokański, i inne.

Faza V: Kalifat (2013-2016). Zachód będzie tracił wolę walki, dzięki czemu powstanie państwo islamskie. Świat podzieli się na kalifat i na świat „niewiernych”.

Faza VI: Totalna Konfrontacja (2016-2019). Islamskie armie zetrą się z „niewiernymi”. Zachód użyje przeciwko muzułmanom wszystkich swych zdobyczy technologicznych.

Faza VII: Ostateczne zwycięstwo (2020). Kalifat zatriumfuje nad Zachodem. Państwo islamskie przekona miliony muzułmanów, by się doń przyłączyły. Mając za sobą 1,5 miliarda muzułmanów będzie rządziło światem.

Bzdura? Zwróćmy uwagę, że do 2015 roku, dekadę po publikacji Husseina jesteśmy na progu fazy szóstej… Pięć zostało zrealizowanych. W Syrii mamy Państwo Islamskie, założone przez Al Kaidę, a jego armie jeszcze niedawno parły niepowstrzymane w kierunku Dabiq, Istambułu i „końca świata”. Ajatollahowie w międzyczasie zbroją się na wojnę z sunnitami i do odbudowy imperium perskiego, zlikwidowanego przez Umajjadów. Za uszami jednych i drugich gra ta sama, apokaliptyczna nuta.

Droga do zniewolenia

Słusznie obwiania się Busha i Obamę za sytuację na Bliskim Wschodzie. Słusznie, ale proporcje należy starannie wyważyć. Co łączy Busha z Obamą? Ideologia. Konserwatyzm nie jest ideologią, jest hołubieniem praktycznego umysłu, logiki, pokory i moralności, kosztem determinizmu i egoizmu. Neokonserwatyzm, który był motorem administracji G. W. Busha, jest ideologią. Ideologią opartą na prozelityzmie – i co nie jest bez znaczenia – wywodzącą się z trockizmu. Osobowość Obamy natomiast uformowały środowiska „nowej lewicy” amerykańskiej, odwołującej się do dziedzictwa Lenina, ale metod Gramsciego i Alinsky’ego.

Jedni i drudzy brzydzili się dyktatorami świata muzułmańskiego, jedni i drudzy chcieli przeszczepić tam zasady demokracji liberalnej. Jedni i drudzy wciąż pozostają święcie przekonani o słuszności swej doktryny. Neokonserwatyści popierali „arabską wiosnę”, tak jak wcześniej popierali i budowali demokrację w Iraku i Afganistanie…

Ignorancja ideologów ułatwiła „radykałom islamskim” czy, jak kto woli, „radykalnym dżihadystom” – choć jak widzieliśmy nie ma umiarkowanego dżihadu – realizację ich diabelskiego planu. Ideologii nie ugasi się ideologią, tak jak hitleryzmu nie udało się ugasić stalinizmem. By ukoić wrażenie wojny cywilizacyjnej proponuje się zastąpić słowo Islam słowem „islamizm”, by odróżnić religię od „izmu” czyli ideologii. Jednakże patrząc na „życie i twórczość” Mahometa, dżihadysty i wojownika, Islam sam w sobie jest ideologią, która ma zagwarantować panowanie Islamu nad światem. Jest drogą do zniewolenia.

Brakuje uczciwego osądu sytuacji. Swego czasu nawet Kościół katolicki wycofał się z wnikania w istotę Islamu. W starych przedsoborowych książeczka do nabożeństw można było odnaleźć modlitwy o uwolnienie od „zła islamu”. Potem przyszły czasy ekumenizmu i pora na „dzień islamu” w Kościele katolickim. Kiedy czytam tytuły artykułów jak ten: Papież Franciszek modli się w meczecie, zwrócony w kierunku Mekki, wzywa Europę do otwarcia granic dla muzułmanów, przechodzą mnie – kolokwialnie rzecz ujmując – ciary po grzbiecie. Papież bez wątpienia wie więcej o Islamie niż ja, i może nawet złapał kontakt z Allahem. Wolałbym jednak, aby zamiast naśladowania Mahometa, zachęcał swych wiernych do modlenia się za ludzi żyjących w okowach cywilizacji zbudowanej na doświadczeniach Mahometa. Moglibyśmy wspólnie zacząć od recytowania Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusowemu:

„…Królem bądź tych wszystkich, którzy jeszcze błąkają się w ciemnościach pogaństwa i islamizmu i racz ich przywieść do światła i Królestwa Bożego”.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz