W domu spokojnej starości

10 lutego 2016

Okazuje się, że jednak wszystko może się zdarzyć. Piszę te słowa w wieczór prawyborów w stanie New Hampshire. Z jednej strony, jako obywatelce USA włosy stają mi dęba na myśl, że w listopadowych wyborach będę miała wybór między Donaldem Trumpem (farmazonem) i Bernie Sandersem (komunistą), z drugiej jednak strony, jako osoba okropnie ciekawska, cieszę się na myśl, że coś się będzie działo – bo nie sposób, żeby obie partie, republikańska i demokratyczna zgodziły się na wystawienie takich kandydatów w listopadowych wyborach.

Sprawa jest jednak poważna. Na Tumpa, który jest w stanie powiedzieć każde głupstwo i chamstwo, głosowali ci, którym partia republikańska od lat nie daje godnego wyboru. A Trump obiecuje wszystko: zlikwiduje Islam, stworzy niewyobrażalnie wielką ilość miejsc pracy w USA, rozprawi się z Chinami, dogada się ze swoim przyjacielem Putinem, zniesie Obamacare, zapewni wszystkim wspaniałą opiek zdrowotną. I za jego telewizyjnym przekazem kryje się obietnica, że wszyscy mężczyźni będą jak on bogaci, a wszystkie kobiety równie piękne co jego wszystkie żony i córki.

Z drugiej strony na Bernie Sandersa głosują ci, do których trafia przekaz o sprawiedliwości społecznej i równości, cała narracja socjalistyczna, która przeżyła się już w Europie, ale tchnie świeżością w Stanach (ostatni poważny kandydat socjalista, Eugene Debs zdobył 6% głosów w 1912 roku) . Ale co najciekawsze, a może i najważniejsze, że o ile głosujący na Trumpa, głosują na Trumpa, to wielu głosujących na Sandersa, głosuje przeciwko Hillary Clinton. Hillary – mimo milionów wydanych na kampanię i mimo wsparcia i feministek i pożeracza femmes, czyli własnego męża, z którym nie żyje od lat, ma jeden z najniższych wskaźników wiarygodności wśród polityków. Dwa tygodnie temu na jednym z town hall meetings [coś bardzo potrzebnego w Polsce, na co nie ma dobrego tłumaczenia, ani co gorsza praktyki – niereżyserowane spotkanie polityka z mieszkańcami; wedle Alexis de Tocqueville’a kamień węgielny amerykańskiej demokracji] – pierwsze pytanie, zadane Hillary było, co można odpowiadać ludziom, którzy nazywają ją osoba nieuczciwą. Biedna Hillary nie bardzo wiedziała co odpowiedzieć, skoro odkąd jej nazwisko stało się znane za sprawa jej męża, towarzyszą jej afery, jedna za drugą, dotyczące pieniędzy, manipulacji i nielojalności.

Niewykluczone, że jeszcze zanim ten felieton trafi do czytelnika, w szranki wstąpi nowy kandydat: trzykrotny burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg, który już kilkakrotnie szykował się do tego kroku. Do dziś, żaden „trzeci kandydat” nie wygrał wyborów prezydenckich, ale po pierwsze to się może zdarzyć (Ross Perot zdobył w 1992 roku 19% głosów), a po drugie, partie republikańska lub demokratyczna mogą poprzeć Bloomberga, zwłaszcza, że w jego nietypowej dla Stanów (choć typowej w Polsce) biografii, był już członkiem oby partii.

Już i bez Bloomberga kampania wygląda na konkurs piękności w domu spokojnej starości. W dniu wyborów Sanders będzie miał lat 75, Trump 70, Hillary 69, a Bloomberg – 74. Ronald Reagan, najstarszy wybrany prezydent amerykański, miał w dniu wyborów 69 lat i uchodził za starca. Ale to było dawno temu. Dziś old is the new young – można by powiedzieć parafrazując ironiczne powiedzenie z dziedziny mody „różowe jest dzisiejszym czarnym”. Z reklam wiemy, że hormony, witaminy i joga utrzymują nas, jeśli nie w wiecznym życiu, to co najmniej w wiecznej młodości. Mogę jednak powiedzieć z własnego doświadczenia, a jestem dokładnie w środku powyższej czwórki jeśli chodzi o wiek, że reklamy i klipy wyborcze kłamią. Człowiek ma tyle lat ile ma i najwyżej może być w lepszej lub gorszej formie. To jak z temperaturą. Wedle „pogodynek” temperatura jest zawsze inna niż jest. „Dziś będzie 16 stopni, ale odczuwać będziemy jakby było 14”. Dla mnie, wychowanej w starej szkole 16 stopni jest 16 stopni, a 70 lat jest 70 lat.

Reagan często podsypiał publicznie, nawet w czasie audiencji u Papieża. ŚŹródło: www.abc7news.comwietnie go rozumiem, ale jak ktoś gdzieś napisał, nikt mu tego nie miał za złe, bo „jego sny były natchnieniem dla Ameryki, która podnosiła się z kolan po klęsce zadanej jej przez chłopów w piżamach”.

Wyniki z New Hampshire jeszcze o niczym nie przesądzają. Ale nareszcie jest ciekawie.

Irena Lasota

Dodaj komentarz