Unia Europejska (Pruska ): Uwagi do historii tradycyjnego „przyjaciela” Polski

7 lipca 2016

Historia Prus to historia walki o duszę narodu niemieckiego. Walka ta miała, co naturalne, charakter głownie kulturowy, a wydarzenia polityczno-militarne były jedynie tejże walki najjaskrawszą emanacją. Najgorsze w historii narodu niemieckiego jest to, że ta walka zakończyła się tak druzgocącym sukcesem Prus, że po dziś dzień niemieckość w Polsce i na świecie utożsamia się właśnie z prusackością, a to, co autentycznie niemieckie zostało zepchnięte do statusu alpejskiego folkloru/skansenu. Elementarna znajomość historii tego państwa jest dla każdego Polaka obligatoryjna. Jest to bowiem jedyne państwo w historii, które swój los oparło na fundamencie całkowitego unicestwienia polskości, a jego duchowe dziedzictwo wywiera po dziś dzień przemożny wpływ na losy współczesnej Polski.

Protestancka symbioza tradycji

Prusy w swoim duchowym charakterze były i są syntezą najgorszych niemieckich tradycji średniowiecza. Był to zlepek tych elementów kultury germańskiej, które miały charakter chroniczne pogański. Na przestrzeni wieków średnich, niestety, nigdy nie zostały przez Kościół Katolicki wykorzenione. Trudno było zresztą oczekiwać tego w sytuacji, gdy jego niemiecka odnoga została zdegradowana przez cezaropapizm do rangi urzędniczej, quasi-państwowej instytucji. Zamiast wykorzenienia mieliśmy więc jedynie do czynienia z ubraniem tych antychrześcijańskich tendencji w zbroje i szaty liturgiczne cywilizacji katolickiej. W ten sposób, pod płaszczykiem chrześcijaństwa, pogańskie elementy duchowości niemieckiej znalazły swój upust w dwóch tradycjach politycznych.

Pierwszą z nich była karolińska idea marchii. W czasach Karola Wielkiego marchie stanowiły swoiste państewka buforowe na granicach imperium, pełniące podwójną funkcję, tarczy dla rdzenia państwa, jak i przyczółków chrystianizacyjnych dla otaczającego pogańskiego interioru. W cezaro-papistycznym (czytaj: antychrześcijańskim), niemieckim Cesarstwie Rzymskim Marchia Miśnieńska i Marchia Brandenburska uległy pogańskiej degeneracji i zostały sprowadzone do roli ośrodków antysłowiańskiej ekspansji i niszczenia lokalnych kultur pod płaszczykiem ich chrystianizacji. Germańscy pseudo-chrześcijańscy rycerze, zarówno ci w zbrojach, jak i ci poprzebierani w szatki duchownych (taki jest zawsze efekt triumfu cezaropapizmu w Kościele), dokonywali podboju, zniewolenia i germanizacji tych słowiańskich ziem, które padały ofiarą ich agresji. Na tym tle szczególnie negatywnie wyróżniła się Marchia Brandenburska, która nie tylko, że zniszczyła szereg plemion pogańskich znajdujących się między Łabą a Odrą, ale i poszła dalej za ciosem, dokonując dalszych agresji już na terenach schrystianizowanych. Ofiarą tej agresji padła rozbita dzielnicowo Polska, która utraciła na rzecz tego politycznego nowotworu tzw. Nową Marchię – podstawę dla dalszej historycznej agresji na wschód od Odry. To właśnie Marchia Brandenburska była rdzeniem i kolebką późniejszego państwa pruskiego.

Drugim elementem składowym tradycji pruskiej było dziedzictwo Zakonu Krzyżackiego. Zakon ten był marną parodią francuskiej tradycji krucjatowej z XII/XIII w. Oryginalne francuskie krucjaty były dziełem autentycznie chrześcijańskim. Miały na celu odbicie (nie żaden podbój) ziem pokojowo schrystianizowanych w pierwszych wiekach naszej ery, a potem brutalnie podbitych przez sektę militarnego zdobywcy Mahometa, zwaną Islamem. Wbrew temu bełkotowi, jaki dziś podaje nam oficjalna nowomowa, były to akty najczystszego chrześcijańskiego ducha, służący dziejowej sprawiedliwości, czyli uwolnieniu bliskowschodnich chrześcijan od okrutnej, sekciarskiej okupacji. Tymczasem Zakon Krzyżacki po przybyciu do Polski, od samego początku, nie miał zamiaru realizować wartości uniwersalnych, lecz dokonać krwawego, ludobójczego podboju bałtyckich pogan pod płaszczykiem walki z niewiernymi, a potem dalej rozwijać kolejne germańskie imperium na trupach chrześcijańskich państwa słowiańskich: Polski i Rusi.

Obie powyższe tradycje uległy ostatecznemu zlaniu w jedną całość przy pomocy spoiwa, jakim była rewolucja protestancka. Kiedy katolicyzm stał się dla rycerzy „zakonnych” kulą u nogi, porzucili go momentalnie, a państwo krzyżackie stało się pierwszym w historii świata państwem oficjalnie luterańskim, już w roku 1525. Cała dalsza historia tego nowotworu bazowała na tych trzech antychrześcijańskich tradycjach: dwóch tradycjach państw antysłowiańskich i antykatolickiej tradycji luterańsko-kalwińskiej. Epoka wczesnonowożytna była okresem ukształtowania się Państwa Pruskiego, w którym kluczowym elementem życia politycznego była filozofia zdrady i zaprzaństwa, na wzór zdrady wobec Chrystusa, dokonanej w średniowieczu przez Zakon Krzyżacki i Marchię Brandenburską.

Prusy wczesnonowożytne

Prusy na arenie geopolitycznej nigdy by nie zaistniały, gdyby nie degrengolada i upadek Polski. To Polska stworzyła tego Frankensteina, to ona wyhodowała to monstrum na własnej piersi i to ona właśnie padła jako pierwsza ofiarą zdrady ze strony Prus-Brandenburgii. Miało to miejsce w czasie pierwszego Potopu Szwedzkiego (1655-60). Zwieńczeniem procesu emancypacji Prus z dotychczasowej roli wasala był rok 1701, kiedy to cesarz niemiecki nadał elektorom brandenburskim, dotychczasowym lennikom królów polskich w Prusach, tytuł królewski właśnie dla tego terytorium. Od tamtej pory można już mówić o w pełni ukształtowanych Prusach, czyli o Brandenburgii karmiącej się ideą Prus, jako negacji Polski i polskości. Od tego też czasu Prusy zaczęły w coraz bardziej jawny sposób dążyć do zastąpienia upadłego Królestwa Polski na mapie Europy, jako jego substytutu i geopolitycznej protezy.

Rok 1701 był szczególny i równie symboliczny także dla samej Polski. Był to bowiem rok bitwy pod Kliszowem, która była wstępem do drugiego – niewiele mniej apokaliptycznego od pierwszego – potopu ze strony Szwedów. Wbrew powszechnie obowiązującemu w polskiej historiografii paradygmatowi, jakoby to Rosja zniewoliła i zniszczyła I RP, rola ta tak naprawdę należała do Szwecji. To Szwecja trzykrotnie pokonała w wojnach XVII-XVIII w. Polskę, dokonując na jej rdzennych terytoriach tak gigantycznych zniszczeń, że kraj nasz cofnął się w cywilizacyjnym rozwoju do poziomu dużo niższego, niż był pod koniec średniowiecza. Kiedy w 1812 r. Napoleon ruszał z Polski na Moskwę, ziemie jej były na poziomie rozwoju urbanistycznego może z końca XIII w.

To Szwecja właśnie w 1701 r., po pogromie wojsk saskich pod Kliszowem i zdobyciu Warszawy, Wilna oraz Krakowa, odebrała Polsce podmiotowość. Nie Rosja, tylko Szwecja. Lata 1701-1709 to okres, w którym Polska była szwedzkim protektoratem. Po bitwie pod Połtawą, która kończy epokę szwedzkiej potęgi militarystycznej, zmienił się niej jedynie alfons – została nim już do końca XVIII w. Rosja, która odziedziczyła po Szwedach polską masę upadłościową. Po 1701 r. Polska/I RP była już tak samo niepodległa i niezależna, jak niepodległe były: Księstwo Warszawskie (1807-1813 – protektorat francuski; 1813-15 – protektorat rosyjski), kongresowe Królestwo Polski (niepodległe państwo w l. 1815-31, ale niesuwerenne – prot. rosyjski; odzyskało niepodległość w 1916 r. z rąk Prus i Austrii – prot. pruski/niemiecki), czy PRL/III RP (1945-89 – prot. ZSRR, od 1990 r. prot. USA, scedowany na pod-zarządcę w postaci RFN, ze znacznym pakietem udziałowym Rosji, Francji, Izraela, i innych).

Epoka wczesnonowożytna to dominacja dwóch kluczowych państw, będących emanacją dwóch podstawowych odmian rewolucji protestanckiej. Po pierwsze, to kalwińska Holandia, ojczyzna totalitarnego państwa demokratyczno-nihilistcznego, faktyczny pogromca potęgi katolickiej Hiszpanii (swojego dawnego politycznego suwerena), pramatka kolonialnego nihilizmu, kultury kultu mamony, ojczyzna rasizmu, giełdy, spekulacji giełdowych, najbogatszego i najbardziej zbrodniczego koncernu w historii świata – Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, itd. Sukcesorem i kontynuatorem tej tradycji była Anglia, która to, kontynuując duchowe dzieło Niderlandów, ostatecznie w XVIII w. zdominowała świat zachodni, a w konsekwencji cały ziemski glob. Tradycje holendersko-kalwińskie w wersji anglosaskiej są dziś kulturowym paradygmatem, a po Imperium Brytyjskim od XX w. kontynuuje je angielski „bękart”, USA.

Ale była jeszcze druga tradycja, luterańska, którą na płaszczyźnie politycznym można określić mianem monarchiczno-militarystycznej. Jej główną emanacją w XVII w. była właśnie Szwecja – grabarz dwóch kontynentalnych potęg katolickich: Cesarstwa Niemieckiego (wojna trzydziestoletnia) i polskiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów (dwa potopy). Po 1709 r. Szwecja schodzi jednak ze sceny dziejowej i karłowacieje. Ale duchową tradycję szwedzką kontynuowały dwa kraje wyrosłe na trupie zarżniętej przez Szwedów I RP: Rosja i Prusy. Rosja – dzieło chana Piotra I – to zlepek rodzimej tradycji turańskiej i tradycji protestanckiej. Prusy były natomiast na polu dziejowym kontynuatorem militarystycznej tradycji Szwecji w formie czystej. Ojcem pruskiego militaryzmu był król Fryderyk Wilhelm I, a w pełni go przetestował jego następca, Fryderyk I Wielki. To właśnie Fryc „Der Grose” pchnął Prusy na tory ostatecznej walki o panowanie dziedzictwa protestanckiego nad niemiecką duszą. Walka ta wymierzona była w niemiecki katolicyzm, jej polem bitewnym był Śląsk, a jej efektem ubocznym była śmierć I Rzeczypospolitej.

Wojna siedmioletnia

Wojna siedmioletnia (1756-63) to jedna z najbardziej brzemiennych w skutkach wojen w historii naszej cywilizacji. Jej następstwa dla historii ludzkości były kolosalne. Nie zdołały ich zniweczyć nawet dwie dotychczasowe wojny światowe.

Wojna siedmioletnia miała dwa zasadnicze teatry. Pierwszy to teatr atlantycki, kluczowy dla losów naszej cywilizacji i losów ludzkości. Na tym teatrze Anglia/Wielka Brytania, kontynuatorka dziedzictwa Holandii, pokonała nominalnie katolicką Francję. W efekcie Francuzi utracili na rzecz Anglików panowanie na kontynencie północnoamerykańskim i subkontynencie indyjskim. To był klucz to – trwającego po dziś dzień – panowania anglosaskiego na świecie. Indie stały się „perłą w koronie” (i praźródłem jego późniejszej duchowej śmierci) największego państwa w historii ludzkości, Imperium Brytyjskiego. Efekt dla Ameryki Północnej był zaś taki, że w USA i Kanadzie (za wyjątkiem Quebeku) mówi się i myśli dziś nie po francusku, ale po angielsku. Źródeł panowania kultury angielskiej na świecie należy szukać właśnie w rozstrzygnięciach wojny siedmioletniej, pierwszej wojny o charakterze globalnym.

Drugim z kolei teatrem tej kampanii były z kolei Niemcy, a jej sednem walka o przeżycie zaistniałego dopiero co w uniwersum Rzeszy antykatolickiego kontrapunktu – Prus – swoistego anty-cesarstwa i anty-Wiednia. Fryc Wielki, kontynuujący tradycję wiarołomstwa i zdrady, w 1740 r. zadał temu Cesarstwu, które 39 lat wcześniej powołało do życia Królestwo Prus, cios w samo serce. Tym sercem był Śląsk. Frycowi udało się go podbić w momencie ogromnego kryzysu domeny rodowej Habsburgów, po objęciu tronu przez cesarzową Marię Teresę. W efekcie opanowania niemal całego Śląska przez Prusy, ateistyczne państwo Fryca stało się siłą właściwie równorzędną z potęgą niemieckich cesarzy. Nastąpiło w ten sposób drugie pęknięcie Niemiec. Po pęknięciu religijnym, z 1517 r., utrwalonym później przez interwencję szwedzko-francuską w czasie wojny trzydziestoletniej, nadeszło teraz jej rozwinięcie w formie politycznej. Nie było już Niemiec, jako politycznej jedności z cesarzem na czele. Od momentu aneksji Śląska przez Prusy mamy dwa, wzajemnie się wykluczające, bieguny niemieckości.

Atak „króla-racjonalisty” na Śląsk był – jak to u ateistycznych „racjonalistów” jest normą – aktem irracjonalnego impulsu. Fryderyk „Wielki” narażał swoje państwo, w dłuższej perspektywie czasowej, na groźbę całkowitego unicestwienia. I tak też się stało, w momencie powstania sojuszu cesarsko-katolickiej połowy Niemiec i Rosji. Jej efektem była właśnie wojna z Prusami z lat 1756-63, w wyniku której kraj ten został nieomal starty przez Rosję z powierzchni ziemi, a sam Fryc myślał o salwowaniu się z pola walki bohaterskim aktem samobójstwa.

I wtedy doszło do tego, co prusacka historiografia określiła mianem Cudu Domu Brandenburskiego. Moim zdaniem, jeśli Bóg miał z tym coś wspólnego, to była to Jego kara. Kiedy żołnierz rosyjski stał już w Berlinie, a kwestią miesięcy była całkowita dezintegracja pruskiej armii i rozbiór kraju pomiędzy Austrię, Saksonię, Polskę i Szwecję, zmarła rosyjska cesarzowa Elżbieta, a na tron wstąpił jej syn, Piotr III, chory psychicznie prusofil, który kazał wycofać swoje wojska z teatru wojennego.

Jak już napomniałem, Prusy wyrosły na kanwie tradycji antykatolickich, które skrystalizowały się politycznie na niwie wewnątrz-niemieckiej w postaci Berlina, jako antyłacińskiej stolicy Niemiec. Ale był to także ośrodek tradycji antysłowiańskiej, szukającej swojej siły w słabości i agonii Polski. W konsekwencji ukształtowania się Prus, na tak mętnych fundamentach, zrodził się w Europie Środkowej konflikt geopolityczny, którego rezultat pozwalał na istnienie jednemu z dwóch państw: albo Polsce na gruzach Prus, albo Prusom na trupie Polski.

Aneksja Śląska to był nie tylko zabór najwspanialszej cesarskiej prowincji, ale też ostateczne skumulowanie pod berłem jednego ośrodka politycznego wszystkich ziem piastowskiej Polski, które zostały odebrane Polakom przez żywioł germański na przestrzeni wieków. Prusy stawały się w ten sposób niejako spadkobiercą i beneficjentem całej historycznej tradycji antypolonizmu i podboju ziem polskojęzycznych. Tradycja ta została skupiona w Prusach na jeszcze jednej, równie ważnej płaszczyźnie. Z dwóch średniowiecznych antysłowiańskich marchii to przecież pierwotnie Saksonia, a nie Brandenburgia, była ojczyzną rewolucji protestanckiej. Ale finalizacja tejże rewolucji nie dokonała się na dworze w Dreźnie, lecz właśnie w Berlinie. Wettinowie, główna dynastia saska, pod wpływem i „urokiem” Polski przyjęła pod koniec XVII w. katolicyzm, uznając słusznie, że Warszawa warta jest Mszy. W efekcie ich stolica rodowa, Drezno w następnym stuleciu urosło do roli – drugiej po Wiedniu – perły cywilizacji łacińskiej w Niemczech, pełnej barokowych budowli, teatralnego ceremoniału dworskiego. Wettinowie środkiem do rozwoju swojego kraju widzieli sztukę czy gospodarkę. Taki był pozytywny wpływ katolickiego ducha polskiego na późniejsze Królestwo Saksonii, o czym rzadko się przypomina. Dynastia pruska tymczasem szukała swej tożsamości w rewolucji protestanckiej, przechodząc od luteranizmu, przez kalwinizm, do ateistycznego nihilizmu. Swojego szczęścia Prusy szukać miały odtąd w militaryzmie,  koszarowej uniformizacji, nihilistycznym wiarołomstwie, jako głównej metodzie działania w polityce zagranicznej oraz nienawiści do katolicyzmu i Słowian.

Wchłonięcie Śląska oznaczało przekształcenie Prus w geopolitycznego dziwoląga, który jak ośmiornica otaczał z trzech stron rdzenną Polskę, zwłaszcza zaś jej dwie najbogatsze prowincje: Prusy Królewskie i Wielkopolskę. W świecie Cywilizacji Łacińskiej „postrzępione” i rozkawałkowane, często też wieloetniczne państwa, nigdy nie były czymś nadzwyczajnym. Nikomu nie przeszkadzały, bo dla bogobojnych elit nie był to w ogóle temat godny przewlekłych rozważań. Inaczej takie kwestie rysowały i rysują się w państwach rządzonych przez zdechrystianizowane elity, w których wszystko podporządkowane jest militarnemu podejściu do polityki. To z kolei wynika ze sposobu postrzegania świata, jako hobbesowskiej dżungli, w której słabsze organizmy zawsze pożerane są przez silniejsze.

Właśnie kumulacja takich „tradycji” i geopolityczny pretekst stały się faktyczną przyczyną zrodzenia się w Berlinie idei rozbiorów Polski. Wojna siedmioletnia, która zakończyła się „cudownym” ocaleniem Prus, oznaczała jednocześnie wyrok śmierci dla Polski. Pierwszy rozbiór miał miejsce już 9 lat po jej zakończeniu. Po trzecim rozbiorze (1795) Prusy obejmowały jakieś 70% dzisiejszego terytorium naszego kraju. Wchłonęły dwie z trzech kluczowych dla polskości prowincji, Wielkopolskę i Mazowsze.

XIX wiek: stulecie ekspansji „ducha pruskiego”

Od komunistów po dzisiejszą polską pseudo-prawicę – mąci się wciąż w polskich umysłach przeróżnymi legendami. Bodaj najbardziej odrażającą z nich wszystkich jest mit o Napoleonie Buonaparte (Bonaparte to francuska wersja jego oryginalnego, włoskiego nazwiska). Postać ta, lansowana dziś silnie choćby przez książki W. Łysiaka, to dziewiętnastowieczny odpowiednik A. Hitlera. Ilość popełnionych przezeń zbrodni mogłaby być tematem na dobry doktorat. Dla nihilistycznego „patrioty” może to być nieistotne w obliczu wkładu Bonaparte w odbudowę „wolnej” Polski.

Problem w tym, że Napoleon miał doskonałą świadomość – tak, jak ks. Adam Jerzy Czartoryski, czy odrzucający jego plany zniszczenia prusactwa car, Aleksander I – że autentyczna odbudowa Polski musi oznaczać śmierć Królestwa Prus. W swoich rachubach geopolitycznych Bonaparte stawiał jednak na Prusy. Kiedy w 1806 r. armie francuskie zmiotły z powierzchni ziemi prusackie wojska pod Jeną i Auerstedt, a potem wkroczyły do Berlina i Warszawy, Napoleon mógł zmienić bieg historii. Do wszystkich trzech pruskich zaborów, przekształconych w Polskę, mógł dołączyć Prusy Wschodnie, Pomorze Środkowe (choćby i po Kołobrzeg) i Górny Śląsk. Śląsk Dolny włączyć mógł do Saksonii, która pozostawała – zgodnie z Konstytucją 3 Maja – w unii personalnej z Polską, a Szwecji mógł oddać Szczecin i resztę Pomorza.

Ale dla Napoleona Polska była od samego początku tyko przeszkodą do porozumienia się z Rosją. Efekt był taki, że Prusy po 1806 r. ocalały w swojej mocarstwowej formule, jaką wywalczyły sobie po wojnie siedmioletniej i pierwszym rozbiorze Polski. Z kolei polskie państewko, ten niemiłosiernie drenowany przez Paryż francuski protektorat, pozostał kadłubkowym tworem, który nie nosił nawet nazwy „Polska”. To samo powtórzyło się po 1809 r., kiedy to zamiast przyłączyć od Austrii całość rakuskiego zaboru, plus Śląsk Cieszyński i Bukowina, znów Cesarz Francuzów potraktował Polaków, jak ostatnich naiwnych. Napoleon nigdy tak naprawdę nie dążył do odbudowy autentycznej, mocarstwowej Polski. Brzydził się tym katolickim krajem z pogańskim systemem wyzysku mas chłopskich w postaci pańszczyzny.

W efekcie epokę napoleońską Prusy przeszły właściwie nietknięte. Ateistyczne elity Francji zawsze zresztą czuły dużą miętę do antykatolickich, antycesarskich i „oświeconych” Prus. Z kolei ateistyczne elity polskie przełomu XVIII/XIX w. czuły nieodwzajemnioną miętę do Francji, którą kochali bardziej, niż własną ojczyznę. Księstwo Warszawskie pozostało wierne Napoleonowi nawet wtedy, kiedy stało to w sprzeczności z polską racją stanu (od 1813 r.). Finałem tej polityki był Kongres Wiedeński, który potwierdził istnienie Prus, jako faktycznego substytutu Polski w Europie Środkowej, dodatkowo zaokrąglonego o Wielkopolskę i zach. Kujawy. Prusy, powiększone na zachodzie Niemiec o Nadrenię i Westfalię (proces ten rozpoczął już przez 1806 r. sam Napoleon), zostały największym geopolitycznym zwycięzcą wojen napoleońskich, zaraz po Wielkiej Brytanii.

Po okresie 45 lat polityki konserwatywnej (a nawet nieudanej próby zawrócenia Prus na drogę autentycznie chrześcijańską, w dobie panowania króla Fryca Wilhelma IV, storpedowanej niestety przez pruskie elity i administrację), Prusy w l. 60. XIX podjęły się dzieła ostatecznego zniszczenia katolicyzmu w Niemczech. Dokonał tego kanclerz Otto von Bismarck. Pomogła mu w tym naiwność polskich elit szlacheckich. Storpedowały one możliwość porozumienia z Petersburgiem, przyłączając się w styczniu 1863 r. do antycarskiej ruchawki i przekształcając ją w kolejną samobójczą insurekcję. To był kamień węgielny, na którym doszło do sojuszu Prus z Rosją, bez którego jakiekolwiek marzenia o zdobyciu choćby części Niemiec przez Prusy pozostawały mrzonką. Naiwność elit polskich i głupota wręcz ówczesnych elit rosyjskich, kierujących się osobistymi sympatiami do Berlina, a nie chłodną kalkulacją rosyjskiej racji stanu, to – obok miernoty na francuskim tronie, Napoleona III – klucz do zrozumienia fenomenu polityki zjednoczeniowej Bismarcka.

Wojna 1866 r. była dopełnieniem wojny, wypowiedzianej przez Prusy w 1740 r. katolicyzmowi w Niemczech. Klęska Cesarstwa Austrii (kulawej protezy po zniszczonym przez Napoleona I w 1805 r. Cesarstwie Niemieckim) w bitwie pod Sadową była wstępem do całkowitego sprusaczenia Niemiec. Dokonano tego metodą salami, rozbijając naród niemiecki na dwie nierówne części, zgodnie z protestancką ideą zjednoczenia tzw. Małych Niemiec. Tzw. Małe Niemcy były ideą skomasowania w jeden organizm polityczny niemal wszystkich państw niemieckich, ale bez krajów czeskich i austriackich, pozostających pod bezpośrednim władztwem cesarza. Taki właśnie wariant wybrał w swojej polityce Żelazny Kanclerz.

W ten sposób ogromna większość Niemców znalazła się pod polityczną i kulturową dominacją Prus, które w tak spreparowanym państwie (ostatecznie utworzonym w 1871 r.) nie miały żadnego równorzędnego sobie kontr-hegemona. Austria z Czechami została nie tylko pozbawiona roli największego państwa niemieckiego, ale w ogóle przestała być z czasem utożsamiana z integralną częścią tychże Niemiec. Od tamtej pory rozpoczął się proces zmiany mentalności Niemców, w wyniku czego Niemcy utożsamiono z Prusami i konglomeratem powiązanych z nimi wasali, w sukcesywnie centralizowanej Rzeszy, pod wodzą „ogólnoniemieckiego” parlamentu. Rezydował on zresztą, nie bez przypadku, nie w największym i najpotężniejszym kulturalnie do 1918 r. niemieckim mieście, Wiedniu, ale w Berlinie, stolicy Prus.

Proces ten był możliwy dlatego, że koncepcja Małych Niemiec miała jeszcze jedną kolosalną zaletę dla Prus. Tak spreparowane państwo „niemieckie” było zamieszkałe przez protestancką większość. Mimo reformacji, to katolicy wciąż stanowili większość ludności Niemiec. Po wykrojeniu historycznie niemieckich ziem austriackich i na w poły niemieckich ziem czeskich, zamieszkałych niemal wyłącznie przez katolików, następnie po przyłączeniu do Rzeszy ziem historycznie nigdy nie powiązanych z Cesarstwem Niemieckim: Prus Wschodnich, Prus Zachodnich oraz Wielkopolski, w których ludność niemiecka była niemal wyłącznie protestancka, katolicy niemieccy po raz pierwszy w historii stali się mniejszością we własnej ojczyźnie. To ułatwiło Prusakom dalszą uniformizację opanowanej przez siebie większości Niemiec, w oparciu o antykatolicki resentyment protestanckiej większości.

Tak zbudowane państwo było niemieckie o tyle, że jednoczyło większą część ludności niemieckiej. W skutek narzucanego tej większości ducha pruskiego przepoczwarzało się w zawrotnym tempie, pod koniec XIX w. tempie, w swoiste anty-Niemcy. Negowało w ogromnej mierze wszystko to, co było fundamentem narodu niemieckiego, wyrosłego – mimo wszystko – na gruncie chrystianizacji dokonanej przez Kościół Katolicki. Rzesza Niemiecka oparła się na negacji wartości katolickiej Cywilizacji Łacińskiej, bo tak naprawdę były zaledwie powiększonymi Prusami. Prawdziwe historyczne Niemcy po 1866 r. skurczyły się właściwie do ziem austriackich, Liechtensteinu, Luksemburga i południowej, katolickiej części Bawarii, która jeszcze po dziś dzień nie czuje się integralną częścią niemieckości zbudowanej na modłę pruską.

Wiele innych regionów, dotychczas tradycyjnie katolickich, jak na przykład Nadrenia, uległo zadżumieniu klimatem wilhelmińskich Niemiec. Postchrześcijańskie ideologie heglizmu, socjalizmu, marksizmu, neopogańskiego nacjonalizmu, rasizmu, imperializmu i militaryzmu szybko stały się dla wielu Niemców religią o wiele bardziej atrakcyjną, niż wiara w Jezusa Chrystusa i jego Kościół. Dotyczyło to zresztą także samych krajów austriackich i czeskich, gdzie prusackie rozumienie niemieckości do 1914 r. niemal powszechnie zostało uznane za jedynie słuszne. Małe Niemcy przekształciły się Wielkie Prusy, a te z kolei aspirowały do miana jedynego uprawnionego do wchłonięcia wszystkich ziem uznawanych za niemieckie.

Najsłynniejszym duchowym dzieckiem tak rozumianej niemieckości był później Adolf Hitler. Człowiek ten, wychowany w duchu prusackiego germanizmu, do tego stopnia nienawidził autentyczną katolicką niemieckość, utożsamianą przez niego z habsbursko-arystokratyczną Austrią, że w czasie I wojny światowej walczył nie w armii rakuskiej, ale w wojskach prusackich. Po wojnie natomiast osiadł w nowej stolicy prusackiego nacjonalizmu „niemieckiego”, Monachium. Po tym, jak już został obywatelem prusackiej Rzeszy i jej kanclerzem, rozpoczął II wojnę światową od agresji właśnie na rodzinną Austrię (a nie, jak mija się z faktami historiografia, na Polskę), aby ostatecznie zatrzeć po niej pamięć, wcielając ją do pruskiej Rzeszy i degradując do roli dwóch prusackich prowincji: Górnego i Dolnego Dunaju (Oberdonnnau i Niederdonnau).

Wyzwolenie się z okowów tego wszystkiego, co jeszcze w polityce Prus i stworzonej przez nie Rzeszy Niemieckiej było łacińskiego, konserwatywnego i zdroworozsądkowego, dokonało się w latach 1888-90. To wtedy, w 1888 r., tzw. Roku Trzech Cesarzy (Dreikasierjahr) dokonał się drugi Cud Domu Brandenburskiego. Pierwszy (anty)cud ocalił Prusy przed całkowitą zagładą zgotowaną niemalże temu państwu przez Fryderyka II. Drugi (anty)cud powołał na tron osobę, która pchnęła ku zagładzie, za pomocą Wielkich Prus, niemal cały naród niemiecki. Następca zmarłego w tym roku cesarza Wilhelma I, Fryderyk I, liberalny zwolennik monarchii konstytucyjnej na wzór Anglii i koncyliacyjnej polityki zagranicznej, okazał się niespodziewanie śmiertelnie chory na nowotwór krtani. Rządził zaledwie kilka miesięcy, nie mogąc nawet samodzielnie mówić. Następcą tronu po jego śmierci został syn Fryderyka, Wilhelm II (1888-1918, zm. 1941). To on właśnie, w imię imperialnych rojeń o potędze, odsunął od kanclerskiej władzy w roku 1890 Otto von Bismarcka. Zerwał tym samym z polityką porozumienia z Rosją i pchnął nowe Niemcy na prostą ścieżkę ku wojnie światowej. Katastrofalne skutki miało rzucenie przezeń rękawicy brytyjskiej potędze morskiej. Wszystko to pchnęło obydwa te kraje na wojenną ścieżkę z Niemcami i skutkować miało wybuchem globalnego konfliktu.

Paradoks polegał na tym, że aby móc postawić pruską Rzeszę na tory polityki imperialnej, trzeba było obalić i usunąć z życia politycznego człowieka, którą tą rzeszę stworzył. Bismarck był osobowością, którą cechowało – kluczowe dla zrozumienia jego rysu psychologicznego – wewnętrzne rozdarcie pomiędzy postprotestanckim nihilizmem a junkierskim, rolniczym konserwatyzmem. To właśnie ta druga cecha była dla pokolenia „nowych Niemców” coraz bardziej kulą u nogi, przeszkodą w ich rasistowskich rojeniach o potędze absolutnej. Bismarck paradoksalnie bał się stworzonego przez siebie w 1871 r. potwora. Do końca swoich rządów starał się prowadzić politykę kunktatorską, opartą o, wewnętrznie sprzeczny, żelazny sojusz zarówno z Petersburgiem, jak i z Wiedniem. Wiedział bowiem doskonale, że każda kolejna wojna z udziałem przekształconych w Rzeszę Niemiecką Prus może być już tylko wojną światową, która prowadzona na dwa fronty zakończy się, dla stworzonych przezeń Niemiec, katastrofą. Podskórnie przeczuwał tą katastrofę. Jego prusackość – w najgorszym, nihilistycznym tego słowa rozumieniu – nie pozwalała mu jednak na znalezienie wyjścia z tej matni. Kluczem bowiem do niego była sprawa polska. I tutaj musimy dotknąć samej istoty destrukcyjnego wpływu duchowości pruskiej na naród niemiecki.

Klątwa Lutra – wewnętrzna sprzeczność bytu

Zbudowana w średniowieczu przez Kościół Katolicki, konstrukcja Cywilizacji Zachodniej (tzw. Łacińskiej lub Katolickiej) opiera się na tradycyjnym, wniesionym przez katolicką teologię do europejskiej filozofii, pojmowaniu boskiej tajemnicy istnienia, bytu. Tradycja ta została przejęta przez Kościół z filozofii starożytnej Grecji, jako jeden z absolutnie fundamentalnych paradygmatów logicznych, na których opiera się całe ludzkie rozumowanie Człowieka Zachodu. Opiera się na fundamentalnych założeniach logicznych, wyznaczonych w antycznej Helladzie przez Parmenidesa, a dotyczy niesprzeczności bytu. Istnienie/byt jest pojęciem stałym, niezmiennym i jest jednocześnie antytezą niebytu/nieistnienia/potencjalności. Jednym słowem: to co istnieje nie może jednocześnie nieistnieć i vice versa. Na tych założeniach bazowych opiera się cała teologia katolicka, zarówno w odniesieniu do Stworzyciela (Boga Trójjedynego; tutaj wszakże mamy jeden Byt w Trzech Osobach), jak i – tu już w całości – w odniesieniu do stworzeń, w tym także istot ludzkich. Jeden byt nie może być drugim bytem, itd.

Tą logikę istnienia całkowicie zanegował niemiecki herezjarcha, ojciec rewolucji protestanckiej, Martin Luter. Ten profesor katolickiej teologii (!) na Uniwersytecie w Wittemberdze przetrącił całą filozofię klasyczną i to w jej fundamencie. Ojciec Reformacji zredukował filozofię bytu do czegoś, co można by nazwać filozofią „stawania się”. Wnioski swoje wyciągnął z teologicznych rozważań na temat Stworzyciela w – typowym dla mentalności germańskiej – duchu intelektualnego absolutyzmu. Uznał on Stworzyciela za właściwie jedyny istniejący substancjalnie Byt, tak absolutny, że mieszczący w sobie dosłownie wszystko, łącznie ze swoją antytezą, niebytem/złem. To na takiej podstawie teologicznej mogła się zrodzić jego słynna bluźniercza koncepcja, która stwierdzała, że Bóg, aby stać się Logosem, wpierw musiał stać się swoją własną antytezą – diabłem. W pogańskim duchu herezji panteizmu, negującym substancjalność bytu stworzeń, a przyznającą absolutną substancjalność jedynie Stworzycielowi, przetransponował ideę wewnętrznej sprzeczności bytu także na człowieka. W teologii Lutra byt nie jest już niezmienną stałą, ale jest permanentną zmianą, w której przekształca się w swoją własną antytezę, tak jak sam Bóg, którego emanacją są wszystkie pozostałe istnienia.

Teologia ta wywarła gigantyczny wpływ na całą filozofię europejską w jej protestanckim wydaniu, a zwłaszcza na filozofię niemiecką, która po dziś dzień ma decydujący wpływ na intelektualną kondycję Cywilizacji Zachodniej. Wpływy filozofii „stawania się” można znaleźć u Hegla, Marksa, Nietzschego, Spenglera, itd. Cała oświeceniowa ideologia postępu (np. będąca jej ideologiczną kalką na płaszczyźnie nauk biologicznych hipoteza ewolucji Charlesa Darwina), a także cała krytyka tejże filozofii zawarta w postmodernizmie to nic innego, jak właśnie różne warianty idei bytu, rozumianego jako stawanie się. Heglizm to filozofia bytu, jako przechodzenia tezy w antytezę, która daje syntezę. Marksizm to ideologia postępu poprzez rewolucyjny mord rytualny, w którym kolejne fazy produkcji (np. kapitalizm) upadają, wywarzając w swoim własnym łonie swoją antytezę (np. socjalizm). Dla Spenglera każda cywilizacja upada, kiedy przekształca się w swoją duchową antytezę (np. od katolicyzmu poprzez protestantyzm ku satanizmowi). Nawet walijski post-protestant, historyk Norman Davies, w swojej książce „Wyspy”, daje przykład takiego myślenia historiozoficznego, kreśląc parabolę historii Wysp Brytyjskich od zjednoczenia, przez wyjście w świat (imperium), następnie poprzez rozpad Imperium i przyjście „świata” na Wyspy (imigracja z kolonii), aż po zwieńczenie w postaci rozpadu Wielkiej Brytanii.

Luter tak głęboko zakorzenił się w mentalności świata protestanckiego, że niejako zaprogramował swoje owce do takiej a nie innej roli w teatrze historii. Ludzie do tego stopnia uwierzyli w tę herezję, że niejako zaczęli – nolens volens – podświadomie wypełniać jej wytyczne. Jest to swoista klątwa Lutra wisząca nad całym światem germańsko-(post)protestanckim. Klinicznym przykładem tego dramatu są losy Prus. Celem dziejowym Prus było bowiem podnieść Niemcy do takiej potęgi, aby w finale runąć razem z nimi w jeszcze większą przepaść upadku. Prusy to historia kraju, który w drugiej połowie XIX w. przeszedł drogę od wzorcowego państwa konserwatywnego, i rustykalnego, szlachecko-monarchistycznego, do swojej własnej antytezy: światowej ojczyzny komunizmu i pierwszej potęgi industrialnej Europy, w której tkwią faktyczne zalążki demograficznej samozagłady całych Niemiec.

To Prusy pchnęły zdominowaną przez siebie część Niemiec na drogę ku wojnie światowej. Dla mentalności samych Prusaków, będących pod wpływem teologii Lutra, była to droga nieodwracalna. Prusy przekształciły Niemcy z kraju poetów, kompozytorów, architektów i filozofów w koszarowe, militarystyczne monstrum. Jego mieszkańcy stali się mentalnie tak odurzeni heglistowską ideą pochodu Prus przez historię, swoistym poczuciem predestynacyjnego fatum w tym względzie, od którego nie ma odwrotu, że już nie wyobrażali sobie dla siebie innej roli, jak tylko pierwszego mocarstwa światowego. Bismarck widział to wszystko i był tym przerażony. Znał czasy, kiedy Prusy były zaledwie piątym mocarstwem Europy, a w świecie kolonialnych potęg w ogóle nie istniały. Nowe pokolenia, wychowane w zjednoczonych Małych Niemczech, czyli Wielkich Prusach, nie miały tego punktu odniesienia, poza wiecznie triumfującą na każdym polu wilhleińską Rzeszą. A ta parła, jak lokomotywa, do roli pierwszej potęgi gospodarczej, demograficznej i militarnej Europy, dokonując na przestrzeni kilku dekad astronomicznego skoku cywilizacyjnego. W latach 70. Rzesza eksportowała głównie miliony swoich biednych obywateli na wieczną emigracją do obu Ameryk. W l. 90. XIX przekształciła się w pierwszego eksportera towarowego świata i pozostała nim do początku XXI w., kiedy to dopiero prześcignęły ją w tym względzie Chiny. Psychoza utrzymania olbrzymiego poziomu zbytu towarów, jako warunku rzekomo koniecznego do utrzymania odpowiedniego poziomu życia i potęgi demograficznej istnieje w pruskich Niemczech do dziś.

Tyle, że na ekspansję kolonialną było już dla Prus za późno. Obszary przez nie zdobyte (wszystkie jeszcze za czasów ugodowej polityki Bismarcka) były słabiutkie pod względem zasobów ludzkich i surowcowych i nie rokowały wówczas większych nadziei na budowę imperialnego zaplecza. Niemcy, jako kraj typowo kontynentalny, nie miały już czego szukać za morzami. To wtedy zrodziła się w Niemczech idea Mitteleuropy, jako swoistej kontynentalnej protezy kolonialnego imperium.

Idea Europy Środkowej harmonijnie rozwijającej się pod wodzą cesarskich Niemiec jest sama w sobie dobra. Niemcy od samego świtu średniowiecza byli najludniejszym, najpotężniejszym militarnie i politycznie, także najwyżej postawionym cywilizacyjnie narodem tej części świata. Naturalnym było i jest, że są w ten sposób „predestynowani” do bycia jej naturalnym liderem. Taką właśnie ideę – dodajmy, w wersji autentycznie chrześcijańskiego braterstwa narodów – przedstawił już w roku 1000, w Gnieźnie, Bolesławowi Chrobremu cesarz Otton III. Do początków XX w. nic się w tym względzie nie zmieniło. Tyle, że warunkiem koniecznym do dokonania tego typu unii narodów wschodnioeuropejskich pod przewodem Niemców było znalezienie modus vivendi z minimum dwoma kluczowymi narodami łacińskimi z tego regionu. Tymi narodami byli Węgrzy i Polacy. Pierwszą kwestię w dużej mierze urzeczywistnili Niemcy austriaccy, dochodząc do ugody z Madziarami w roku 1867, po bitwie pod Sadową. Drugiej dokonać mogli natomiast Niemcy prusaccy. I właśnie na kanwie tego problemu rozbiła się cała idea Mitteleuropy.

Cała tradycja polityczna Prus opierała się o nawiązywanie do dziedzictwa wiarołomnych państw niszczących chrześcijańską Polskę, o zdradę polskiego suwerena w XVII w., o zniszczenie tego państwa w XVIII w. i o zaistnienie na mapie Europy, jako nie tylko anty-Wiedeń, ale także jako anty-Polska, jej rzekomo wartościowszy substytut. Istnienie wolnej, silnej i niepodległej Polski oznaczało w mentalności Prusaków koniec Prus i jej chwały. Dla nich zmartwychwstanie Polski to śmierć własnej ojczyzny. Dramatem historii Niemiec było właśnie to, że zostały zjednoczone przez kraj, który swoją rację stanu upatrzył sobie w krzywdzie i unicestwieniu swojego najważniejszego wschodniego sąsiada. W konsekwencji sprusaczenie narodu niemieckiego oznaczało uznanie za swoją takiej właśnie filozofii politycznej przez ludzi, którzy z kwestią polską mieli wcześniej tyle do czynienia, co z kwestią portugalską. Dla mieszkańców Szwabii, Hesji, Bawarii, Frankonii, Hanoweru, Wschodniej Fryzji czy Westfalii idea potęgi niemieckiej opartej na negacji istnienia narodu polskiego stała się tak samo naturalna, jak dla mieszkańców piaszczystej Brandenburgii i Prus Wschodnich.

Bismarck wiedział po 1871 r., po pokonaniu Francji i Austrii, że Prusy do uzyskania pełnej, nieskrępowanej dominacji potrzebowały zwycięstwa nad Rosją. Byłoby to historyczne dopełnienie epopei zdrad swoich własnych karmicieli i wspomożycieli, po zdradzie Polski, Austrii, a w pewnym sensie także i Francji (przez wieki tradycyjnego, na przemian z Anglią, karmiciela Prus). Bismarck nie bał się militarnego aspektu ewentualnego starcia z Rosją. Był pewien, że Prusy przekształcone w Rzeszę Niemiecką pokonałyby Rosję w cuglach. Ale panicznie bał się logicznej konsekwencji takiego zwycięstwa. Pogrom Rosji musiał bowiem skutkować albo rychłym odrodzeniem rosyjskiej potęgi, która dyszałaby rządzą zemsty, albo trzeba by ją było na tyle osłabić, aby nigdy już nie stworzyła dla Prus zagrożenia. A to oznaczało oderwanie od niej wszystkich jej okrain zachodnich, czyli – minimum – wszystkich ziem dawnej Rzeczypospolitej i Zakonu Inflanckiego. A jedynym cywilizowanym narodem, który mógłby zagospodarować te ziemie – z pożytkiem dla siebie i pruskich Niemiec – byli znienawidzeni przezeń Polacy.

Taka wizja paraliżowała kanclerza Rzeszy Niemieckiej. Oznaczałaby bowiem konieczność porozumienia Prus z Polakami, a w konsekwencji – minimum – zrzeczenie się na rzecz odrodzonej Polski jej matecznika, Wielkopolski (Provinz Posen). Już cesarz Franciszek Józef I odpowiedział z przekąsem swojego czasu polskiej delegacji, która snuła wizję wszczęcia przez Austrię wojny z Rosją w celu odtworzenia Polski i powrotu do niej Galicji, że żaden kraj nie wszczyna wojen po to, by tracić własne terytorium. O ile dla Austrii strata Galicji byłaby stratą do przełknięcia, o tyle dla duchowości prusackiej możliwość utraty Wielkopolski była nieomal bluźnierstwem. To byłaby zdrada religii heglizmu, która historię przeistaczającego się Boskiego Bytu widziała w historii Postępu realizowanego przez Prusy. W teologii tej postęp nie może się cofać. Każdy rozgarnięty Prusak wiedział, że odrodzona Polska nie tylko nigdy nie pogodzi się z utratą swojego wielkopolskiego rdzenia, ale nigdy nie da się odepchnąć od Morza Bałtyckiego. To skutkować musiało z kolei roszczeniami względem zachodniej części Prus, czyli tzw. Prus Królewskich, składających się z Pomorza Gdańskiego, Ziemi Chełmińskiej i właściwych Prus Królewskich (Pomezania/Powiśle z Elblągiem i Malborkiem). Choć faktyczny rdzeń Prus zawsze stanowiła Brandenburgia, to dla Prusaka, bez całych Prus, jego ojczyzna byłaby, niczym Polska bez Małopolski i Krakowa.

Na tym właśnie polegała pruska klątwa wewnętrznej sprzeczności, jej pangermańskiego imperializmu, realizowanego w oparciu o Mitteleuropę. Stworzona przez Prusy i nasączona jej duchowością Rzesza Niemiecka nigdy nie mogła zbudować trwałego i stabilnego zaplecza imperialnego w Europie Wschodniej bez porozumienia z Polską, a to było niemożliwe właśnie ze względu na Prusy. Gdyby to cesarski, katolicki Wiedeń zjednoczył Niemcy w pełnej formule, takie porozumienie byłoby możliwe. Z optyki Wiednia oddanie Prus Królewskich, nie mówiąc już o Wielkopolsce, która nigdy nie była niemiecką krainą, a może nawet i Prus Wschodnich, które z kolei nigdy nie były częścią historycznego Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, było psychologicznie akceptowalne. Prusacka mentalność taką opcję wykluczyła.

Dlatego też wszelkie próby szukania przez naiwnych Polaków, na przestrzeni dziejów, porozumienia z Prusami przeciw Rosji, czy to podczas Sejmu Czteroletniego (1788-91), czy w wydaniu Józefa Wybickiego, marzącego o budowie państwa polsko-pruskiego, kończyły się wielkim rozczarowaniem. Dopiero katastrofa religijna heglizmu wywołana I wojną światową pobudziła co bardziej światłe umysły pruskie do przewartościowania dotychczasowej politycznej drogi własnego państwa. Paradoksalnie to właśnie konserwatyści z Prus Wschodnich i Uniwersytetu w Królewcu powrócili w okresie międzywojennym do idei Wybickiego, budowy dualistycznego państwa polsko-pruskiego, opartego na monarchicznej unii personalnej i wspólnym zarządzaniu obiema pruskimi prowincjami. Na realizację takich projektów było już jednak, o jakieś minimum 100 lat, za późno.

Wewnętrzna sprzeczność a islamizacja

Bismarck uważał wojnę z Rosją i wynikającą z niej – jeszcze wg. niego oczywistą – konieczność odbudowania przedrozbiorowej Polski za „wielkie nieszczęście”. Dlatego do końca swoich rządów rozpaczliwie starał się o utrzymanie sojuszu z Rosją. Tyle, że sojusz ten w sposób ewidentny kolidował z przymierzem z Austrią, która popadała na Bałkanach w coraz ostrzejszy konflikt geopolityczny z Petersburgiem. Ostatecznym efektem owej kolejnej sprzeczności był upadek samego Bismarcka i droga ku wojnie światowej. Wojnę tę Prusy wygrałyby, choćby i samotnie walcząc przeciw Francji i Rosji razem wziętymi, ale o wyniku tych zmagań przesądził świat anglosaski.

Alians Turcji do tej wojny po stronie Rzeszy przedłużył jedynie agonię niemieckich cesarstw o dwa lata. Spowodował także, że – oprócz morskiej blokady narzuconej przez Wielką Brytanię Niemcom – zaistniała faktyczna blokada Rosji, odciętej przez Turków od kluczowego dla niej szlaku czarnomorskiego. To właśnie ta blokada, spreparowana przez sojusz prusko-turecki, doprowadziła do katastrofalnej zapaści militarno-gospodarczej Rosji w czasie I wojny światowej, która znalazła swoje ujście w proto-bolszewickiej rewolucji z marca 1917 r. i bolszewickim zamachu stanu z listopada tego samego roku.

Alians niemiecko-turecki był zwieńczeniem, zapoczątkowanej przez cesarza Wilhelma II, polityki szukania pruskiego szczęścia w przyszłej wojnie z Rosją i Zachodem w świecie islamu, jako substytucie/protezie porozumienia z Polakami. To właśnie za panowania ostatniego króla Prus doszło do takiego zamroczenia ówczesnych niemieckich elit, że islamski, turecki element zaczął być powszechnie w Niemczech stawiany, jako wzór wszelkich cnót, a własnych polskich poddanych – naród chrześcijański i łaciński – jawnie zaczęto traktować an masse, jako obywateli drugiej kategorii. Do historii przeszły słynne tyrady Wilhelma II „do 300 milionów muzułmanów”, którzy mieli wspólnie z pruską Rzeszą budować nowy imperialny ład. W zestawieniu np. z jego inną słynną mową z Malborka, z 5 VI 1902 r., w której z nieskrywaną pogardą dla polskości obiecywał rozprawić się z „polską butą”, można sobie uzmysłowić, w jakim kierunku dryfowała w tamtych czasach duchowość niemiecka. Islam w ideologii niemieckiego nacjonalizmu miał być siłą torującą drogę niemieckiej potęgi na świecie…

Efekty tej prusackiej polityki były dla narodu niemieckiego katastrofalne. Niemcy pruskie były jedynym krajem, który mógł powstrzymać w 1915 r. dokonywany przez młodoturków holocaust Ormian i Asyryjczyków, ale prawie nic w tej sprawie nie zrobiły. A historia cywilizacyjnych interakcji uczy, że jeśli cywilizacja „A” nie narzuca swoich wartości cywilizacji „B”, to sama padnie ofiarą ducha tej drugiej. Tak właśnie było w przypadku relacji świata anglosaskiego z meta-cywilizacją indyjską. Tak też było w przypadku narzuconych Niemcom przez Prusaków relacji z tureckim islamem. Efekt tego był taki, że to Niemcy ulegli w XX w. sturczeniu. Najbardziej jaskrawym wyrazem owego „stureczenia” był triumf ideologii nazistowskiej, będącej w dużej mierze – zwłaszcza na płaszczyźnie praktyki – odwzorowaniem ideologii młodotureckiej. W 1933 r., kiedy Hitler dochodził do władzy, szwajcarski psycholog, G. Jung, nie przypadkiem określił niemiecki nazizm mianem „niemieckiej wersji islamu”. Gdy Hitler wydał swoim podwładnym rozkaz bestialstwa, podczas ataku na Polskę, wzorem dla niego była Turcja, która bezkarnie wymordowała niemal cały naród ormiański. Dziś zaś sprusaczałe Niemcy zamieniają się powoli w Północną Turcję, będąc obiektem kolonizacji przez coraz większy odsetek potomków morderców Ormian, Turków i Kurdów.

Zwieńczeniem prusackiej drogi do budowy imperium na trupie Polski był słynny dyktat z Brześcia Litewskiego, narzucony bolszewickiej Rosji w marcu 1918 r. Wtedy to Niemcy postanowili utworzyć na gruzach Rosji konglomerat kontrolowanych przez siebie państw, który miał być antytezą wielkiej Polski, Rzeczypospolitej Narodów. Polska, która uzyskała od Rzeszy niepodległość już 5 listopada 1916 (pomysł okultysty i chrystofoba, feldmarszałka E. Ludendorffa), została ujęta wreszcie w ramy terytorialne, które nędzniejsze niż poprzednia Kongresówka. Kosztem narodu polskiego nasycić się miały wszystkie te narody, które od kilkudziesięciu lat kształtowane były przez Prusy na swoją własną modłę, na chorobliwej negacji polskości. Kluczem do tego projektu miała być Wielka Ukraina oraz konglomerat bałtyckich bantustanów. To wtedy duch pruski po raz pierwszy wydał z siebie ideę zagospodarowania całości ziem dawnej RP przez przedstawicieli zamieszkującej je wielkiej diaspory żydowskiej, jako gwaranta wymierzonej w polskość lojalności względem Berlina.

Projekt Mitteleuropy opartej na negacji Polski zakończył się katastrofą na każdej możliwej płaszczyźnie. Zamiast silnego organizmu politycznego, zdolnego powstrzymywać Rosję i bolszewizm, sklecono twory polityczne, które nie miały żadnej siły politycznej i załamały się pod naporem rosyjskim tuż po wycofaniu się stamtąd Niemców w 1919 r. Kluczowe w tej układance „imperium”, Ukraina, okazało się tworem niezdolnym do kontrolowania nawet własnego terytorium i utrzymania władzy w Kijowie. W konsekwencji państwo ukraińskie nie przyniosło Niemcom żadnych korzyści geopolitycznych i gospodarczych, choćby nawet w postaci dostaw zboża. Państwa bałtyckie, za wyjątkiem Finlandii, która obroniła się sama, ocalały jedynie dzięki nierozstrzygniętej wojnie Polski z bolszewicką Rosją w 1920 r., i istniały tak długo, jak długo istniała odrodzona Polska.

Dopiero Adolf Hitler – na którego w odrodzonej Polsce wielu polityków stawiało, jako na rzekomą antytezę prusactwa – wyciągnął słuszny wniosek, że najlepiej tworzyć „zjednoczoną Europę” i zagospodarować jej wschodnią, porosyjską część, wspólnie z Polakami, a nie przeciw nim. Jednakże to strona polska odrzuciła – ostatecznie w marcu 1939 r. – niemiecką propozycję wspólnego podboju ZSRR. Plan Józefa Becka, architekta porzucenia strategicznego sojuszu Polski z III Rzeszą – o którym już pisałem – wynikał właśnie z odrzucenia niemieckiej wizji przyszłej sojuszniczej Polski rozciągającej się nad Morzem… Czarnym, czyli w dużej mierze na ziemiach dzisiejszej Ukrainy. Niemcy Hitlera nigdy bowiem nie porzuciły – bazującego wciąż na paradygmatach mentalności prusackiej – planu ponownego przyłączenia do Rzeszy całości Prus Królewskich/Zachodnich, a sprawa aneksji Gdańska była tutaj tylko papierkiem lakmusowym sprawdzającym gotowość Polski do pogodzenia się z utratą dostępu do Morza Bałtyckiego. To właśnie ta kwestia tak naprawdę uniemożliwiła autentyczne porozumienie polsko-niemieckie. W konsekwencji Hitler, który nie tyle był Prusakiem, co Super-Prusakiem – w najgorszym możliwym tego słowa rozumieniu – natychmiast powrócił do wypróbowanej pruskiej tradycji rozwiązywania kwestii polskiej. Novum polegało tylko na marksistowsko-eugenicznej metodzie: na metodzie ludobójstwa.

Tyle, że istotą systematu Becka było to, iż atak Prus na Polskę i jej zniszczenie musiały być równoznaczne z zagładą samych Niemiec. Hitler i jego otoczenie, wbrew przewidywaniom polskiego ministra, byli jednak gotowi na to przystać, stając się w ten sposób największymi katami narodu niemieckiego w historii. Hitler i nazizm były bez wątpienia dopełnieniem luterańskiej klątwy bytu, w której Pruska potęga doprowadziła do zguby niemal cały naród niemiecki. A kluczem do tej zagłady była sprawa polska. II wojna światowa, niestety, nie oznaczała jednak końca tak złowieszczej dziejowej roli Prus.

Prusy współczesne

Jedną z najwybitniejszych współczesnych monografii Prus jest książka australijskiego historyka, Christophera Clarka, „Prusy. Powstanie i upadek 1600-1947″. Książka to niewątpliwie wybitna, ale ma jeden mankament i to już na fundamentalnej płaszczyźnie wykreślenia ram czasowych, w których zamknięta jest analiza pruskiego potwora. Już samo formalne rozpoczęcie tej opowieści od roku 1600 jest wysoce dyskusyjne. Dla mnie o wiele większe nieporozumienie tkwi w dacie końcowej. Rok 1947 wiąże się z formalnym rozwiązaniem przez Aliancką Komisję Kontroli państwa pruskiego, jako kluczowej części składowej dopiero co zdruzgotanej Rzeszy Niemieckiej. W oficjalnej historiografii, nie tylko w książce Clarka, jest to uznawane za koniec historii dziedzictwa Hohenzollernów. Nic bardziej mylnego.

Tak naprawdę formalne rozbicie Prus w 1947 r. nie miał już żadnego znaczenia. Prusy od dawna nie były już częścią składową „zjednoczonych” Niemiec, ale Prusami była cała Rzesza, a Prusakami niemal wszyscy Niemcy, nawet ci mieszkający poza Rzeszą. Duchowość pruska tak dogłębnie bowiem po 1866 r. przesiąkła duchowość wszystkich Niemców, że stała się nie tyle nawet jej integralną częścią składową, co częścią esencjonalną, zasadniczą dla zrozumienia mentalności całej współczesnej teutońskiej nacji.

Wtedy dopiero uświadomić sobie możemy, że w XX w. Prusy formalnie nie istniały na politycznej mapie Europy zaledwie przez… dwa lata: od 1947 r. do roku 1949. Zostały bowiem odtworzone przez aliantów zachodnich, jako Republika Federalna Niemiec (RFN). Pierwszym kanclerzem odrodzonych Prus został Konrad Adenauer. Współtwórca „pojednania” niemiecko-francuskiego, na którego fundamencie zaczęto później budować pierwociny dzisiejszej Unii Europejskiej, nie zrezygnował bynajmniej z pielęgnacji i rozwijania prusackiego dziedzictwa w narodzie Niemieckim. Chyba najbardziej jaskrawym tego wyrazem jest fakt, że powstanie RFN było równoznaczne z negacją postanowień stalinowskich dotyczących granic powojennej Polski.

20 września 1949 r., zaledwie po pięciu dniach od objęcia urzędu kanclerza odrodzonych Prus, obecnie noszących nazwę RFN, Adenauer ogłosił oficjalny protest przeciwko przyznaniu Polsce ziem położonych na wschód od linii Odry i Nysy Łużyckiej. Nie uznał także istnienia NRD, całkiem słusznie traktując ją, jako zmodyfikowaną wersję sowieckiej strefy okupacyjnej. Polityka ta była kontynuowana z żelazną stanowczością przez całe lata 50. i 60. XX w. Tyle, że w powojennym świecie kluczowa dla istnienia Polski w stalinowskim wariancie granicznym była militarna potęga sowiecka. To ZSRR gwarantował nienaruszalność polskich granic, nigdy oficjalnie przecież nie zagwarantowanych w żadnej umowie międzynarodowej.

Słabe, okaleczone w swoim geograficznym mateczniku Prusy, albo wyrwane z korzeniami (ziemie Nowej Polski i Okręg Królewiecki), albo trzymane twardą ręką przez Rosjan (NRD), zmuszone były do szukania nowej drogi rozwoju swojej potęgi. Ogołocone z nowoczesnych technologii wojennych (będących w ogromnej mierze jej własnym dziełem, z okresu schyłkowej III Rzeszy), mające nieoficjalny zakaz – obowiązujący na szczęście po dziś dzień – posiadania broni nuklearnej, musiały szukać nowej formuły budowy swojej potęgi. Musiały, bo ten wewnętrzny dla Niemców imperatyw to właśnie efekt dalszego trwania tego narodu w religijnych okowach heglizmu, i wynikającej z niego konieczności realizacji przez Niemcy/Prusy misji państwa światowego. Normalni Niemcy, wierni tradycyjnemu katolickiemu dziedzictwu niemieckiej kultury, takiej potrzeby w ogóle nie wykazują. Niemcy sprusaczali – czyli niemal wszyscy dzisiejsi Niemcy – są niejako na ten przymus skazani.

Drogą do budowy nowej potęgi Prus były i są:

– strategiczny sojusz z Francją, innym wielkim przegranym w dziejowych bojach o panowanie nad Europą i światem; Niemcy pruscy, ukształtowani w dużej mierze przez kulturę francuską w jej kalwińsko-oświeceniowym wydaniu, poszli po dwóch wojnach światowych po rozum do głowy i zrozumieli, że bez strategicznego sojuszu z Paryżem o żadnym trwałym przewodnictwie w Europie nie mogą marzyć; sojusz ten jest – póki co – dla RFN niezmiernie korzystny, gdyż dzisiejsza Francja zarzynana jest przez duchowych spadkobierców rewolucji kalwińsko-jakobińskiej; to powoduje, że z biegiem lat pozycja Francji względem Prus ulegała coraz większemu osłabieniu;

– budowa „zjednoczonej Europy”, pod wodzą niemieckich mentalnych prusaków i francuskich lewackich masonów, których ideologie są ze sobą w dużej mierze kompatybilne; celem ostatecznym takiego projektu jest zbudowanie Wielkiego Państwa Europejskiego, na wzór prusackiej Rzeszy Niemieckiej z 1871 r., z formalną stolicą w Brukseli w połowie drogi między Paryżem a Berlinem, a z faktycznym ośrodkiem decyzyjnym nad Sprewą;

Musimy w tym miejscu przypomnieć pewien szczegół. Otóż, idea Unii Europejskiej to powojenna idea katolicka. Jej czołowi założyciele odmawiali w l. 50. różaniec przed podjęciem każdej strategicznej decyzji dotyczącej jednoczenia Europy. Flaga Unii to flaga Maryi, z 12 gwiazdami symbolizującymi plemiona Izraela skupione wokół swojej Królowej, Matki Bożej, na wzór gwiazd z Lourd. Idea zjednoczenia Europy Ojczyzn jest więc wizją szlachetną i konieczną dla dalszego istnienia Europy. Tyle, że jeden z ojców założycieli Zjednoczonej Europy, Konrad Adenauer okazał się bardziej Prusakiem niż katolikiem, a jego następcy w coraz mniejszym stopniu mieli cokolwiek wspólnego z chrześcijaństwem. Ostatecznym przełomem była tutaj eksplozja okultystycznej rewolucji neo-marksistowskiej z przełomu lat 60. i 70. XX w, będącej kumulacją najgorszych cech marksizmu bolszewickiego i nazistowskiego w jednym. Dla przypomnienia: ojczyzną marksizmu, nazizmu jak i neomarksizmu (l. 20 XX w.) był ten sam kraj: prusacka Rzesza Niemiecka, dla nas – Prusy.

Wtedy to do głosu w RFN dochodzą „czyści Prusacy” w postaci socjaldemokratów, duchowe dzieci Gramsciego i Lukacsa, w rodzaju kanclerza Willy Brandta. Formalnie Brandt podpisał umowy z ZSRR, PRL i NRD, uznające powojenny ład graniczny i etniczny w Europie Wschodniej. Na Zachodzie natomiast rozpoczął program, który obecnie, na naszych oczach bankrutuje. Zaczął przekształcać katolicką, zjednoczoną Europę wolnych narodów w neo-marksistowskie superpaństwo pruskie, zwane dziś Unią Europejską.

Unia Europejska to nic innego, jak odwzorowanie prusackiej Rzeszy Niemieckiej z 1871 r. na poziomie całej Europy. Mało kto dziś pamięta, że organizmy składowe Rzeszy (tak jak państwa – states! – składowe USA w jej formule założycielskiej) formalnie były odrębnymi państwami. Do 1918 r. – czyli do samego końca bismarckowskiej Rzeszy – cztery królestwa wchodzące w jej skład miały wewnątrz tego tworu swoje własne ambasady: saskie w Berlinie, Stuttgarcie i Monachium; wirtemberskie w Dreźnie, Monachium i Berlinie; pruskie w Dreźnie, Stuttgarcie, itd. Czy Saksonia faktycznie była jednak nadal niepodległym krajem, tak jak przed rokiem 1871? To oczywiście pytanie retoryczne. Na papierze istniał niemiecki związek państw, faktycznie były to Wielkie Prusy. W przyszłym – uchowaj nas Panie – Związku Socjaldemokratycznych Republik Europy, Polska też będzie miała swoje ambasady…

Dalsze wzmocnienie Prus przyszło po zakończeniu zimnej wojny. Klęska gospodarcza i upadek polityczny ZSRR oraz jego satelitów spowodował powstanie w Europie Wschodniej geopolitycznej próżni, którą wypełniły w ogromnej mierze, z nadania USA, właśnie Pruskie Niemcy. Wchłonęły one (znów nie ma mowy o jakimkolwiek „zjednoczeniu”) Berlin Zachodni i NRD, całkowicie zdominowały gospodarczo Polskę, kraje pohabsburskie, bałtyckie i znaczną część Bałkanów. To RFN pierwsze uznało niepodległość Słowenii i Chorwacji, doprowadzając do atomizacji Wielkiej Serbii, czyli Jugosławii. Do pełni szczęścia zabrakło już tylko aneksji połowy terytorium Polski (jeśli ktoś myśli, że Niemcy zatrzymają się na granicach z 1937 r., zostawiając Polsce skrawek Górnego Śląska i „korytarz pomorski”, to jest naiwny). Ale tutaj solidarne weto Wielkiej Brytanii, Francji, USA i ZSRR zmusiło kanclerza Helmuta Kohla do „pojednania” z Polską w Krzyżowej, oraz „uznania” powojennych granic. Lata 90. XX w. to dla Prus (RFN) okres koncentracji przede wszystkim na odbudowie swojego matecznika (NRD), który Rosjanie oddali Niemcom w formie nieomalże cywilizacyjnego zgliszcza.

Przed wojną ziemie byłego NRD to była niemiecka i europejska potęga gospodarcza. Po wojnie ogromna część tego obszaru została nieomal wyjałowiona z przemysłu. Przedwojenna potęga gospodarcza Saksonii została w znacznej mierze zniszczona. Niemal cały powojenny sowiecki, cywilny przemysł samochodowy to dziedzictwo wywiezione w całości z Saksonii do Rosji. Obrazu katastrofy gospodarczej i moralnej dopełnił powojenny exodus Niemców do RFN, co doprowadziło do zapaści demograficznej tej części świata. Dzisiejszy Magdeburg, po ćwierćwieczu obecności w RFN, liczy około 200 tys. mieszkańców. Przed wojną miasto to liczyło ponad 350 tys. Ludzi. W latach 90. XX w. Prusy wpompowały w obszar NRD ponad 1000 mld dolarów (!), a mimo to wschodnie landy nadal są najbiedniejsze, wyludnione i społecznie zdegenerowane. Gdyby NRD było dziś niepodległe, byłby to najbardziej ateistyczny kraj świata, odsetkiem niewierzących wyprzedzający dziś obecnego pod tym względem czempiona, Czechy. Owo właśnie fiasko procesu rekultywacji byłego NRD spowodowało, że kwestia polska musiała na długo pozostawać dla berlińskich decydentów w zawieszeniu.

Żaden symbol nie ukazuje tego, że RFN jest zakamuflowanym tworem pruskim, tak dobrze, jak fakt ponownego przeniesienia stolicy tego państwa z nadreńskiego Bonn do Berlina. Berlin stał się z powrotem potężną europejską metropolią, liczącą ponad 4 mln mieszkańców. To stąd duch pruski ma zamiar dyrygować Europą „zjednoczoną” na modłę kajzerowskiej Rzeszy. Tyle, że klątwa wewnętrznej sprzeczności bytu nadal obowiązuje. Tak jak wcześniej Prusy wyniosły Niemcy do potęgi po to tylko, by je ostatecznie zniszczyć, tak i dziś próbują powtórzyć to na poziomie ogólnoeuropejskim. Już obecnie wszystkie patologie, które dręczą obecną Unię Europejską i doprowadzą ją w niedalekiej przyszłości do rozpadu, mają proweniencję prusacką: skrajny przerost biurokracji, skrajne przeregulowanie gospodarki, skrajny antykatolicyzm ustawodawstwa brukselskiego i propagowanie odgórnie narzucanej rewolucji kulturowej, czy wreszcie niedawne próby narzucania kwot islamistów, które mają przyjmować do siebie poszczególne „landy” Europy. Główny motor zjednoczeniowy Europy jest (ot, taka wewnętrzna sprzeczność pruskiego bytu) jednocześnie jej główną siłą destrukcyjną.

Obecna ucieczka Wielkiej Brytanii spod opiekuńczych skrzydeł Wielkich Prus jest bez wątpienia początkiem końca Unii Europejskiej. Będzie to w niedalekiej przyszłości skutkować ze strony berlińskich decydentów coraz bardziej nachalnym narzucaniem wizji superpaństwa, które z kolei doprowadzić może jedynie do dalszej dezintegracji Euro-kołchozu. Wtedy to najpewniej dojdzie do niemieckiego „skoku do przodu” i próby ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej (polnishe frage.).

Filip Bauman

Dodaj komentarz