Ukraina – kilka słów o kwestii niemieckiej

26 lutego 2014
Jose Manuel Barroso i Wiktor Janukowycz. Źródło: ec.europa.eu

Podstawową dla zrozumienia istoty tragedii dzisiejszej sytuacji na Ukrainie jest wyjaśnienie decyzji, podjętej przez Wiktora Janukowycza na szczycie w Wilnie (28-29 XI 2013 r.). To wówczas prezydent Ukrainy ostatecznie zrezygnował z ubiegania się przez jego kraj o członkostwo stowarzyszeniowe z Unią Europejską. W wyniku tej decyzji jeszcze w listopadzie wybuchły w Kijowie protesty, zorganizowane przez opozycyjne wobec Janukowycza partie polityczne. Protesty przekształciły się w krwawe zamieszki, w których zaczęli ginąć ludzie.

Pomimo zawarcia kompromisowego porozumienia, państwo ukraińskie stoi przed realną groźbą wojny domowej, rozpadu państwa i rosyjskiej „interwencji humanitarnej”, podobnej do tej zaaplikowanej Polsce przez Armię Czerwoną 17 XII 1939 r. Czy prezydent Wiktor Janukowycz, dokonując wolty wobec UE na rzecz partnerstwa z Federacją Rosyjską, postąpił prawidłowo – zgodnie z obecną ukraińską racją stanu? Czy można z nią utożsamiać kogokolwiek? Na pewno jedynie polityczni neandertalczycy, ogłupieni rosyjską, niemiecką lub amerykańską propagandą w Polsce, mogą wierzyć, że Ukraina oscylowała pomiędzy jakimś gnostycko-manichejskim dualizmem. Owa manichejska rzeczywistość, oparta na założeniu istnienia w Rzeczywistości bytów i zjawisk moralnie absolutnych, jest własnością właściwą najbardziej ekstremistycznych odmian mentalności protestanckiej.

Unia Europejska, czyli Niemcy

Pamiętać należy, że Unia Europejska (dalej: UE) to, koniec końców, przynajmniej w pierwotnym swoim założeniu, wielkie polityczne kondominium Niemiec i Francji. Jedyne państwo suwerenne – finansowo, gospodarczo, militarnie i politycznie – w Unii względem duopolu Berlin-Paryż to Wielka Brytania. Reszta członków to wasale tandemu Niemcy-Francja. Otóż żaden z tych trzech kluczowych krajów NIE CHCE Ukrainy w UE (tak samo jak wszystkie pozostałe bogate kraje „starej piętnastki”), a głos Rzeszy-Francji jest decydujący, bo to tamtejsze elity dysponują unijną kasą. W realiach dzisiejszego kryzysu finansowo-gospodarczego, jedynym państwem, które teoretycznie mogłoby się pokusić o pokrycie ogromnych kosztów finansowych związanych z przyłączeniem do Unii ukraińskiego bankruta, są Niemcy. Dlatego pobieżna choćby analiza polityki zagranicznej tego kraju jest konieczna dla zrozumienia obecnego położenia geopolitycznego Ukrainy i jej możliwości integracji z Zachodem.

Niemcy, choć bardzo zainteresowane gospodarczą kolonizacją i polityczną wasalizacją Ukrainy, nie zgodzą się, przynajmniej do momentu przezwyciężenia ideologicznego, strukturalnego i gospodarczego kryzysu UE, na wciąganie na jej tonący pokład takiego kolosalnego wraka, jakim jest obecnie nasz wschodni sąsiad. RFN bynajmniej nie po to od 50 lat tworzy z takim mozołem „Zjednoczoną Europę”, w formie gigantycznych socjal-demokratycznych Prus, aby teraz, w momencie wielkiego kryzysu całej „wspólnoty”, ryzykować fiasko owego misternego projektu z powodu byłej sowieckiej republiki.

W sytuacji narastającego sceptycyzmu wobec nieograniczonej imigracji zarobkowej do starych, bogatych państw Zachodu oraz odradzania się w nich, w oparciu o to zjawisko, prawicowych (Francja) i pseudo-prawicowych (Holandia, Austria, Anglia, Skandynawia) sił politycznych, dążących do osłabienia lub nawet rozbicia Unii Europejskiej, a także wobec realnej groźby bankructwa takich potęg gospodarczych, jak Hiszpania, Italia, czy nawet Francja, Niemcy nie wyłożą swoich strategicznych rezerw finansowych w kierunku dalszego rozszerzania granic Unii Europejskiej, ryzykując przy tym dodatkowo konflikt z Rosją. Z tego właśnie powodu Berlin tak jasno opowiedział się już wcześniej przeciw członkostwu Turcji.

RFN jest obecnie największym, a może nawet jedynym, beneficjentem „zjednoczonej Europy”. Niemcy wysysają z niej życiodajne soki za pomocą prusackiego socjaldemokratyzmu w duchu Eduarda Bernsteina (tzw. reformizmu), czyli państwowej, urzędniczej redystrybucji astronomicznych kwot finansowych, zabieranych wcześniej przedsiębiorcom w postaci podatków, a także dzieki ideologii pan-ekologizmu i forsowania – na wzór anglosaski marksizmu kulturowego nakierowanego na zniszczenie Kościoła Katolickiego w krajach dawniej katolickich. Niemcy niszczą w ten sposób niemal wszystkie pomniejsze społeczeństwa i gospodarki Europy Wschodniej i Południowej, ku chwale niemieckich koncernów i banków.

Czynią tak, na miarę swych możliwości, pozostałe wysoko rozwinięte technologicznie gospodarki bogatych państw protestanckich. Europejscy tubylcy z małych i średnich państw Europy Wschodniej i Południowej, w dużej mierze już zdegenerowani i zdechrystianizowani odgórnie forsowanym pornograficznym zniewoleniem umysłów, zamieszkują silnie zdeindustrializowane kraje, których gospodarki nie posiadają w większości przypadków nawet ułamka innowacyjności i jakości technologicznej gospodarki Niemiec i pozostałych krajów bogatej “Północy”. Są oni przy tym odcięci prze cła UE od możliwości kupowania – może i gorszych jakościowo od niemieckich, ale za to znacznie od nich tańszych – technologii z innych części świata.

Narzucone przez UE, na wzór niemiecko-skandynawski, horrendalne podatki, pobierane w celu opłacania bizantyńskiej biurokracji, imputowanej kwotowo z Berlina poprzez „neuroprzekaźnik” brukselski, nie pozwalają tym krajom na jakąkolwiek konkurencyjność czy szybszy rozwój gospodarczy. To dlatego (a nie w wyniku mitycznego „kryzysu”) Polska rozwija się dziś w tempie rzędu 1% rocznego przyrostu PKB, czyli na poziomie przysłowiowego błędu statystycznego, kiedy przed akcesją było to ok. 5% rocznie.

Stagnacja ta, połączona z otwartymi granicami wewnątrz UE, daje z kolei efekt implozji demograficznej słabeuszy, w postaci ucieczki do wysoko rozwiniętych technologicznie i bogatych krajów protestanckich wielu najzdolniejszych, najbardziej przedsiębiorczych i innowacyjnych, oraz najlepiej wykształconych ludzi, co tylko pogłębia niekonkurencyjność gospodarek krajów neokolonialnych wobec Niemiec et consortes. Dodajmy do tego – chyba największy w historii ludzkości – system korumpowania lokalnych elit politycznych małych państw narodowych, za pomocą ogromnych ilości sowicie opłacanych europejskich synekur dla usłużnych Brukseli polityków. A każe im się dokonywać (o ile jeszcze jest to konieczne) odgórnej dechrystianizacji, demoralizacji, a w konsekwencji dezintegracji małych narodów, w celu przekształcenia ich w pan-europejski agregat wykorzenionych, hedonistycznych materialistów.

Ci sami skorumpowani politycy, choć nie mają na to funduszy w budżecie zarządzanych przez siebie państw, kupują za brukselskie pożyczki drogie niemieckie produkty i niemieckie technologie, w ramach europejskich inwestycji, co prowadzi do dalszego drenażu ich gospodarek i powstawania olbrzymiego długu publicznego. Nie inaczej postępują przy tym pozostali członkowie owych zdemoralizowanych i zdezintegrowanych, wyludniających się i wymierających narodów, którzy, sprowadzeni do roli konsumentów, kupują niemieckie samochody, niemieckie obrabiarki, niemiecką chemię, a nawet niemieckie produkty spożywcze. Takiego drenażu ekonomicznego i degradacji moralnej ujarzmionych „podludzi” nie powstydziliby się „aryjscy” planiści i ekonomiści z czasów Adolfa Hitlera. Jedyna różnica jest taka, że dziś nie robi się tego za pomocą terroru i eksterminacji podbitych elit, ale za pomocą psychomanipulacji (dla której warunkiem sine qua non jest zniszczenia tradycyjnej katolickiej kultury), propagandy i gigantycznej korupcji elit.

System ten jednak, jak każdy socjalizm, musi się zakończyć bankructwem. I dzieje się to właśnie na naszych oczach. Obecny kryzys finansowy UE nie ma bynajmniej charakteru koniunkturalnego, ale trwały, procesualny, i który będzie się tylko pogłębiał. Niemcy, i inne post-protestanckie państwa, za wszelką cenę będą próbowały utrzymać obecny status quo, poprzez „stabilizację stagnacji” sytuacji gospodarczej Unii i szukanie oszczędności na tych polach, które dotkną „przeciętnego obywatela” UE. Nie osłabią jednak w żadnym wypadku brukselskich Super-Prus, ani nie naruszą dominacji wielkich koncernów, które żyją i mają się tak dobrze jedynie dzięki niszczeniu ich potencjalnej konkurencji przeregulowaniem ustawami działalności gospodarczej.

W sytuacji obecnego kryzysu starania Ukrainy o przystąpienie do „Europy” zostały odłożone „ad acta”, do czasu rzekomego uleczenia sytuacji kryzysowej na Zachodzie. Ukraina, choć stanowi dla Niemiec bardzo łakomy kąsek dla ich ekonomiczno-kulturowej kolonizacji, najprawdopodobniej nigdy nie dostanie zgody na przystąpienie do UE pod niemiecką egidą, bowiem ta raczej już nie upora się ze swoimi problemami ekonomiczno-społecznymi. Trzeba by było zanegować cały jej prusacki – socjaldemokratyczny gospodarczo i neo-marksistowski kulturowo – charakter, a na to nigdy nie zgodzą się Niemcy i rządzona przez masońską finansjerę Francja.

Kwestia rosyjska

Bardzo ważne jest tu także stanowisko RFN względem Rosji. W takich krajach, jak Polska czy Ukraina, niemiecką czy francuską powolność względem Kremla tłumaczy się zazwyczaj, jako wyraz strachu lub słabości tamtejszych politycznych elit. To kompletne nieporozumienie. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że dziś Niemcy mają nad Rosją przewagę nie tylko gospodarczą, finansową, czy technologiczną, ale nawet i militarną. Niemcy formalnie broni atomowej nie posiadają. Formalnie. RFN ma bowiem potencjał, zarówno technologiczny, jak i intelektualny, by samodzielnie taką broń wyprodukować w relatywnie krótkim czasie.

Nie przypadkiem raczej niemieckie stocznie wojenne specjalizują się choćby w produkcji małych, idealnych na płytkie akweny Bałtyku, łodzi podwodnych typu Dolphin, które są w stanie operować rakietami krótkiego zasięgu uzbrojonymi w broń jądrowa. Są to jednostki, które od Niemiec zakupuje nawet taka potęga w produkcji zbrojeniowej, jak Izrael. Nie kwestia militarna jest tu więc kluczowa. Rola Rosji w długoterminowych planach strategicznych Niemiec zadziwiająco przypomina tą, jaką wyznaczali jej kiedyś pruscy junkrzy, podczas negocjacji pokojowych w Brześciu Litewskim (XII 1917-III 1918 r.), po rozsypaniu się rosyjskich struktur państwowych w wyniku rewolucji bolszewickiej.

Według tego planu Rosja miała być wielkim zapleczem surowcowym niemieckiej gospodarki i rynkiem zbytu dla przyszłej niemieckiej Mitteleuropy. Tak samo jest i dziś. Rosja ma być jedynie dostarczycielem tanich, nieprzetworzonych surowców, zwłaszcza energetycznych, dla niemieckiej machiny gospodarczej, oraz rynkiem zbytu dla niemieckich produktów wysokiej jakości. Nawet taka kwestia, jak mafijny charakter rosyjskiego państwa, i złodziejskie zagrabienie przez post-sowieckie “elity” lwiej części istniejącego w tym kraju bogactwa, leży w gestii niemieckiej racji stanu.

Taka bowiem akumulacja kapitału pozwala rosyjskim złodziejom z wierchuszki, ich kochankom, rodzinom i pomagierom, kupować najdroższe, najbardziej ekskluzywne zachodnie produkty, których rosyjska gospodarka nie wytwarza. To powoduje odpływ astronomicznych kwot pieniężnych z Rosji do protestanckiej czołówki gospodarczj EU. Tak, jak kiedyś Lenin i jego gang kupowali zachodnią broń i technologie, płacąc zrabowanym złotem, dziełami sztuki z monasterów, oraz zbożem zagrabionym rosyjskim i ukraińskim chłopom, tak i teraz zachodnie, protestanckie elity, skupione w różnorakich lożach masońskich, doskonale zarabiają na kremlowskiej mafii i koncesjonowanym przez FSB systemie oligarchicznym. Nikomu w Berlinie, czy Paryżu nie zależy, aby na granicy Unii Europejskiej i Rosji istniały jakiekolwiek elementy polityczne zakłócające tak lukratywną dla elit krajów protestancko-masońskich symbiozę gospodarczą obu światów. Parafrazując Williama Ockhama, tworzenie na tym pograniczu “zbędnych” bytów politycznych “ponad miarę” nie leży w interesie elit Zachodu.

Od czasu niesławnego pokoju w Brześciu Niemcy przegrały dwie wojny światowe, w konsekwencji czego Rosja pozostała szczęśliwie państwem suwerennym i na tyle silnym, by nawet dziś próbować odtworzać dawne carskie i sowieckie imperium. Niemcy, nauczone dwoma konfliktami światowymi, nie mają zamiaru jej w tym przeszkadzać i wolą nawiązywać do klasycznej prusackiej tradycji pozornej uległosci wobec wschodniego „sąsiada”, gdyż taka polityka była dla Prus fundamentem wszystkich jej sukcesów.

Konflikt o Ukrainę, która dla Rosji stanowi niezbywalny rdzeń wszystkich projektów imperialnych, byłby więc dla Niemiec po prostu bardzo ryzykowny. Rosja nie jest dziś w stanie zagrozić Niemcom militarnie, ale może to czynić na polu gospodarczym, osłabiajac konkurencyjność niemieckiej gospodarki. Ewentualne zyski z gospodarczej kolonizacji Ukrainy na wzór kolonizacji Polski (przejęcie agentury, korupcja polityków, deindustrializacja kraju w ramach “reform”, demoralizacja i atomizacja społeczeństwa) będzie o wiele trudniejsze i wymagałoby wielkich nakładów finansowych.

Ukraina

Ukraina jest państwem pękniętym cywilizacyjnie, niestabilnym politycznie, pełnym nieokrzesanych politycznie ekstremistów i populistów. To państwo neo-fudalne, rządzone przez postkomunistycznych magnatów, na wzór schyłkowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów z epoki saskiej, dla których jedyną poważną alternatywą są neo-banderowcy. Kraj jest uzależniony od gospodarki rosyjskiej w kolosalnym stopniu.

We wschodniej, industrialnej części kraju istnieją koncerny przemysłowe, które produkują komponenty tego samego produktu jednoczśnie po obu stronach granicy ukraińsko-rosyjskiej. Eksport surowców i niskoprzetworzonych wyrobów metalowych dostarczał w ostatnich latach nawet 70% dochodów dla budżetu centralnego w Kijowie. Przemysł ten w ogromnej części eksportuje właśnie do Rosji.

Ukraina jest gospodarczym pariasem Europy, przy którym nawet Białoruś, czy Albania wydają się mieć mieć sprawne gospodarki. Obecnie ma najniższy wskaźnik wolności gospodarczej w Europie i jeden z najniższych na świecie . Już dziś zadłużanie tylko wobec Rosji wynosi 30 mld dolarów. Sam ukraiński Naftohaz ma zaległości względem Gazpromu (styczeń 2014) rzędu 3,35 mld, których nie ma jak spłacić. Tymczasem całe rezerwy walutowe Ukrainy to jedynie… 16 mld dolarów. Jednym słowem: bez pomocy z zewnątrz kraj ten zbankrutuje, zanim dokona ewentualnych przekształceń, aby wyjść na prostą.

Do czerwca 2014 r., oprócz opłat surowcowych, Ukraina musi dokonać zakupu transzy obligacji wartości 5 mld dolarów. Obecnie obligacje te mają rekordowy wskaźnik rentowności (tzn. nikt nie chce ich już kupować), wynoszący 35%. To wskaźnik, który w krajach UE uznawany jest za wyraz niewypłacalności kraju. Aby Zachód (czytaj: Niemcy) mógł mysleć o dołączeniu tego kraju do swojej strefy wpływów, musiłby tam na wstępie “zainwestować” 150 mld dolarów. W przeciwnym razie, wskutek wojny celnej i surowcowej z Rosją, Ukraina całkowicie zbankrutuje, a pracę stracą tam miliony ludzi, żyjacych w przemysłowych regionach centralnych (Krzywy Róg, Dniepropietrowsk) i wschodnich (Charków, Donbas).

Dla Kremla byłby to wymarzony moment do rozbudzenia dążeń separatystycznych, a nawet, jak w przypadku Krymu, prób Anschlussu. To z koleji byłby wstęp do wojny domowej, rozpadu państwa i “interwencji humanitarnej” Rosji “w obronie uciśnionych”. Niemcy (czyli Unia) nie mogą, ani nie chcą pompować kolejnych miliardów w kolejnego bankruta, tym bardziej, że ryzyko „utopienia” ich jest bardzo duże, a koszty obligatoryjnego konfliktu z Rosją, swoistej drugiej “zimnej wojny”, zbyt wysokie.

Niemcy najchętniej widziałyby więc taki scenariusz, w którym Ukraińcy sami dokonają niezbędnych reform, narażając się przy tym na agesję Rosji, przy braku jakichkolwiek wiążących zobowiązań ze strony Zachodu. Bakructwo Ukrainy mogłoby być na rękę stronie niemieckiej, bo wtedy można by powtórzyć polski model przekształceniowy, i wykupić cały industrialny majątek Ukrainy za bezcen, a potem dokonać jego ewetualnej dekompozycji. To właśnie dlatego na ostatnim szczycie w Wilnie Ukrainie nie zaproponowano dosłownie nic, poza kilkoma komunałami. Nie wyznaczono żadnego planu pomocowego i osłonowego dla ukraińskiej przestarzałej gospodarki na ewentualność konfliktu gospodarczego z Rosją. Nie podano żadnej wiążącej daty, choćby bardzo odległej, wejścia Ukrainy do Unii. Nic nie poczyniono w kwestii jakichkolwiek gwarancji bezpieczeństwa energetycznego i integralności terytorialnej tego państwa.

To pokazuje dobitnie, jak ogromną rolę w tej części świata mają nadal do wypełnienia Stany Zjednoczone. Po ich wycofaniu się z aktywnej działalności w Europie, w wyniku krachu agresywnej polityki zagranicznej gabinetu George’a Busha juniora i elekcji na prezydenta Baracka Obamy, powstała w Europie Wschodniej geopolityczna próżnia. W sytuacji braku jakiejkolwiek asertywnej polityki Niemiec wobec Rosji, z powodów wymienionych powyżej, próżnię tę wypełniać zaczęło państwo Władymira Putina. Najbardziej tego spektakularnym, i w pewnym sensie symbolicznym, przejawem była katastrofa lotnicza w Smoleńsku (10 IV 2010 r.), w wyniku której uśmiercono prezydenta Polski, Lecha Kaczyńskiego, oraz prawie 100 innych osób, w tym niemal wszystkich członków polskiego sztabu generalnego.

Dopóki USA nie powrócą do aktywnej, agresywnej wzgledem Rosji polityki w Europie Wschodniej, szanse na zmianę tej patowej sytuacji są niewielkie. Ostatnia deklaracja Niemiec o bardziej asertywym działaniu na arenie miedzynarodowej, czy wysłanie przez Amerykanów dwóch okrętów wojennych na Morze Czarne[1] może świadczyć o tym, że niedługo mogą nastąpić w tej kwestii znaczące zmiany paradygmatu. Póki co jednak, Ukraina pozostawiona jest wobec rosyjskiego zagrożnia odwetem zupłnie sama, zarówno na polu gospodarczym, bezpieczeństwa energetycznego, jak i w aspekcie militarnym. I jest to kluczowa kwestia w ocenie polityki zagranicznej, prowadzonej przez prezydenta Janukowycza. Nie można jej więc w żadnym wypadku jednoznacznie potępiać.

Oligarchia

Tutaj też zaznacza się zasadnicza różnica między polską, a ukraińską elitą polityczną. Na Ukrainie istnieje – w przeciwieństwie do Polski – wielka oligarchia przemysłowa, która jednocześnie realnie rządzi całym tym państwem, biorąc otwarcie udział w polityce. W przeciwieństwie do Polski, istnieje tam nadal wielki, po upadku ZSRR nie zniszczony, lecz nomenklaturowo „sprywatyzowany” (a więc będący w ukraińskich rękach prywatnych) przemysł, będący dla jego włascicieli źródłem ogromnego bogactwa.

Owi prominenci nie dostają – jak polskie polityczne szmaciaki wszelkiej obediencji „ideowej” – odruchu psa Pawłowa na widok śmierdzących $10 tys., bo tyle to oni wydają na jedną kochankę miesięcznie. Ukraińskich elit, w przeciwieństwie do elit polskich, nie interesują jakieś śmieszne stołeczki w Brukseli i śmieszne 8 tys. euro miesięcznie, w zamian za zdradę racji stanu własnego (w bardzo dosłownym, neo-feudalnym tego słowa znaczeniu) państwa. Za dużo mają do stracenia – i jako bonzowie, i jako właściciele tak wewnętrznie podzielonego cywilizacyjnie państwa, jakim jest Ukraina.

Wobec braku realnych propozycji finansowych ze strony UE (w grubych setkach mld euro) Janukowycz, podobnie jak Orban, zrobił to, co musiał. Wybrał Rosję. Alternatywą była i jest wojna gospodarcza ze strategicznym sąsiadem przy braku jakiejkolwiek pomocy z Zachodu, bankructwo wschodniej, industrialnej części kraju i całego państwa, sterowana z Kremla secesja połowy kraju, wojna domowa i „interwencja humanitarna” Rosji.

Jeśli Janukowycz wybrał kurs na Azję i azjatyckie, autorytarne metody rządzenia, to winien jednak, wedle tamtejszych standardów, być brutalny i bezwzględnie dążyć do celu. Stąd pogardliwa uwaga rosyjskiego premiera Miedwiediewa, że władza na Ukrainie powinna być „legalna, efektywna, a nie taka o którą wycierają nogi”.

W realiach państw azjatyckich, a takim przynajmniej połowicznie jest Ukraina, w których alternatywą dla autorytaryzmu jest anarchistyczny, zbrodniczy chaos w duchu koliwszczyzny, UPA, czy Nestora Machno, miękkie rządy “twardej ręki” kończą się zawsze jakąś formą katastrofy.

W chwili próby Janukowycz okazał się być produktem własnej, oligarchicznej klasy społecznej, niezdolnym do odcięcia się od jej wpływów i zakulisowych, koteryjnych układów. To właśnie weto ze strony części oligarchów wobec zdecydowanego użycia siły spowodowało zwłokę w działaniu, która przyniosła eskalację konfliktu, a w konsekwencji pełzającą wojnę z własnym narodem. Niezdecydowanie i połowiczność podjętych prób stłumienia rebelii spowodowały skutek odwrotny od zmierzonego. Po czterech miesiącach sytuacja wymknęła się spod kontroli, a kraj stanął na krawędzi wojny domowej.

[1] Są to niszczyciel USS Ramage i okręt flagowy amerykańskiej VI Floty, USS Mount Whitney. Na ich pokładzie znajdować ma się około 600 żołnierzy Piechoty Morskiej. Oficjalnie okręty te mają pomagać Rosji w “zabezpieczeniu antytrrorystycznym” zimowych igrzysk olimpijskich, odbywających się w Soczi, co jest oczywiście bzdurą.

Filip Bauman
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim; interesuje się dziejami krajów bałkańskich i Turcji oraz problematyką etyki i kultury w ujęciu globalnym.

Dodaj komentarz

One thought on “Ukraina – kilka słów o kwestii niemieckiej

  1. adam

    Artykuł zawiera wiele bardzo interesujących i w większości trafnych spostrzeżeń. Autor pisze ciekawiej niż niejeden tzw. zawodowy publicysta. Przy czym mógłby unikać zbitek w rodzaju „gnostycko-manichejski dualizm” (por. drugi akapit tekstu), tak aby ludzie prości, tacy jak ja, również mogli coś zrozumieć :)