Układ zamknięty, ze słoniami w środku

2 października 2015
Układ zamknięty, ze słoniami w środku 
Irena Lasota

Pojęcie, że wszystko jest normalne, bo tak zawsze było i inaczej nie było, więc i być nie może, jest rozpowszechnione w krajach komunistycznych i często postkomunistycznych. Jest to też myślenie charakterystyczne dla zacofanego chłopstwa (nie rolników i nie farmerów). Niedługo po wyborach 1989 roku, czyli gdy kończył się komunizm, spotkałam przedstawiciela McDonalda, który właśnie, smutny, leciał z Polski na Węgry. Powiedział mi, że chciał się dogadać „z polskim rolnictwem”, żeby zakupywać w Polsce kartofle na cała konsumpcję europejską, ale „Polacy” (nie udało mi się ustalić, kto dokładnie, ministerstwo? partia chłopska?) nie chcą sadzić kartofli w wymaganej przez McDonalda odległości, bo zawsze sadzili po swojemu, to znaczy bliżej siebie, normalnie.

Chłopi chłopami, ale gdy pytam znajomych, wykształconych, z Polski, jak to jest możliwe by polityk, który zdążył w ciągu swojej kariery politycznej być w kilku partiach, sprzecznych ze sobą, nawet jeśli nie w programie, to w słowach – i dalej startować w wyborach – to część rozmówców krzywi się, ale inna część zaczyna faceta bronić. Jeśli już go broni, to zazwyczaj podając przykłady innych, którzy też przechodzili lub powołując się na złe potraktowanie osobnika przez jego własną partię.

Nie mam na to czasu, a i dane nie są zawsze łatwo dostępne, ale może jakiś student nauk politycznych ze słabością do statystyki mógłby podliczyć średnią przynależności partyjnej posłów i senatorów. Najlepiej ostatniej lub najbliższej kadencji. Podejrzewam, że średnia wahałaby się w okolicach 3 partii, a jeśli liczyć też partie które tylko zmieniły nazwę, nie zapomnieć o PZPR, SD i ZSL, i dodać Solidarność  – to średnia może się podnieść i powyżej 4.

Mam kilka podejrzeń co do tej powszechności tolerowania transferów partyjnych. Jedno, że właściwie wszyscy już do tego przywykli, tak już jest, taka jest norma. Zmiana partii nie oznacza zmiany poglądów, zwłaszcza, że często partie mają lub niejasne programy, lub co gorzej – programy zewnętrznie do siebie podobne. Nie ma programów popierających korupcję, biedę, czy dyktaturę. Jeśli czasem ktoś wyskoczy z jakimś programem odbiegającym od normy (i często zdrowego rozsądku) – to natychmiast zdobywa jakieś tam poparcie, bo jest inny.

Po drugie, ważne sś sympatie – osobiste lub dominujące w jakimś ugrupowaniu lub gazecie. Weźmy na przykład casus Lecha Wałęsy. Śmiano się kiedyś z niego, że powiedział, że „jest za, a nawet przeciw”. Rzeczywiście zabawne. Ale też i dominująca większość polityków w Polsce była kiedyś i za i przeciw Wałęsie, a niekiedy nawet kilka razy za i kilka razy przeciw.

Po trzecie, piłka nożna. Globalizacja zmieniła poczucie wierności. W obecnym sezonie prawie stu Polaków (dokładnie: 94) gra w zagranicznych ligach. Jest normalnym, że są kupowani lub sami, poprzez swoich agentów, wystawiają się na sprzedaż. Kto da lepsze miejsce na liście, przepraszam, na boisku, może mnie mieć. Im lepszy gracz, tym większe ma możliwości zmiany drużyny. Jeśli Lewandowski raz grał w Lechu, a teraz w Bayernie, to i Iksiński, może przejść z jednej partii do drugiej i ciągle być postrzegany jako wierny kapitan polskiej sprawy.

Różnica między Polską, a na przykład Wielka Brytanią, Francją czy USA jest taka, że o ile we wszystkich czterech krajach sportowcy zmieniają barwy klubowe, o tyle tylko w Polsce tolerowane jest łazikowanie polityków miedzy partiami. W demokracjach (zachodnich, które ciągle różnią się od tych wschodnich i południowych), niezależnie od tego czy system wyborczy jest proporcjonalny czy większościowy, politycy albo siedzą w swojej partii, albo – bardzo rzadko zakładają nowe, a już super-rzadko przechodzą do konkurencji.

W wydanym co dopiero teraz tomie „25 lat po 1989 roku. Rozmyślania nad niedokończonymi rewolucjami” [ang. „25 Years After 1989: Reflections on Unfinished Revolutions”] kilku uczestników sympozjum pod tą samą nazwą zwróciło uwagę, że w większości krajów postkomunistycznych partie polityczne są raczej słabe, w większości tworzone odgórnie, bez rozwiniętych struktur i bardziej nastawione na władzę jako taką, niż na obronę pewnych wartości. W Rosji, ale nie tylko, sprawdza się przepowiednia Wiktora Czerenomydina, że jakąkolwiek partię nie będzie się próbować zbudować, będzie to w gruncie rzeczy partia komunistyczna.

Partie polityczne w Europie Środkowo-Wschodniej są w większości inne od partii władzy w Rosji, ale widać często dziedzictwo komunistyczne. Niektórzy próbują twierdzić, że partie, które wyszły z opozycji czy dysydencji są zazwyczaj bardziej demokratyczne, ale nie jest to regułą. W opozycji, z wyjątkiem Karty 77, gdzie pluralizm był jedną z wartości, nie było zazwyczaj pociągu do demokracji. Winne były temu nie tylko warunki zewnętrzne w postaci komunistów. Na przykład Solidarność była w stanie wypracować do grudnia 1981 roku struktury demokratyczne i przeprowadzić wybory do swoich władz. Między „stanem wojennym” i 1988 rokiem toczyła się wewnętrzna walka między centralizmem i pluralizmem. Wygrał nurt centralistyczny i nie ma znaczenia, że ten centralistyczny ruch rozbił się potem na wiele wojujących ze sobą frakcji, a potem partii. Podstawy dzisiejszej demokracji w Polsce opierają się na kilku niedemokratycznych fundamentach: jednym z nich było zrezygnowanie z demokratycznej formuły Solidarności i powołanie „Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Lechu Wałęsie”. Polska jest Polską, więc nie udało się stworzyć jednej partii zgody narodowej pod jednym niekwestionowanym przywódcą, ale do dziś partie są naznaczone tym, że są „przy kimś”. Postać Przewodniczącego leży cieniem na wszystkich partiach. Ciekawe, że jeśli jakaś partia ma jakąś ogólną nazwę, np. socjaldemokratyczna, prawicowa, czy narodowa, to dość szybko rozpada się na partie o podobnych nazwach, ale z innymi nazwiskami liderów i ludzie się głowią czy ten jest od tego czy od tamtego.

I tak w Polsce jest dużo lepiej niż w niektórych innych krajach. Na przykład w Bułgarii, według niezależnej dziennikarki Tatiany Vaksberg: „istniejące dziś w Bułgarii partie polityczne są po prostu drogą dla kryminalistów by wejść w struktury państwa i zdobyć jeszcze więcej możliwości działania”. Ale wybory w Bułgarii są w miarę demokratyczne. „Może już czas zmienić nie tylko polityków, ale i wyborców”, pytał inny dziennikarz.

Ale nie wszędzie jest tez tak źle. W tym samym tomie „25 lat po 1989 roku. Rozmyślania nad niedokończonymi rewolucjami” można znaleźć wypowiedź Isy Gambara, niekwestionowanego lidera opozycyjnej partii „Musawat” w Azerbejdżanie. Gambar był od ponad dwudziestu lat wybierany „baszkanem” czyli liderem swojej partii w jak najbardziej demokratycznych wyborach wewnątrzpartyjnych. Gdy jednak prezydent Azerbejdżanu sfałszował referendum pozwalające mu na nieograniczone przedłużanie swojej władzy, Gambar przeprowadził w statucie swojej partii zmianę zabraniającą sprawowania funkcji lidera partii dłużej niż dwie kadencje i podał się do dymisji. Zrobił to wieku 56 lat. I dodajmy, gwoli dokuczenia co niektórym, że Gambar jest muzułmaninem, i choć przyjaźnimy się od dawna, nie mam pojęcia czy jest sunnitą czy szyitą, bo na to mało kto zwraca uwagę w Azerbejdżanie

Mówi się, że ludzie, a zwłaszcza politycy, kierują się zazwyczaj czterema pragnieniami. Są to seks, pieniądze, władza i sława. Udało mi się w życiu poznać polityków o innej moralności i wartościach, ale trzeba przyznać, że najczęściej kończyli jako przegrani.

Z seksem jest chyba najtrudniejsza odpowiedź. Kiedyś, zważywszy na średnią wieku polityków w Polsce, można byłoby założyć, że bardziej im w głowie prostaty i klimakteria. Ale z tabloidów i internetu widzimy, że nawet bywa na odwrót. Może to władza jednak podnieca, albo działają nowe wynalazki farmakologiczne.

Ze sławą z kolei jest sprawa najprostsza. W dzisiejszych czasach byle kto, albo jeszcze i gorzej, może stać się sławny. Nie trzeba pchać się do polityki, można nauczyć się twittować.

Chęć władzy, poczucie władzy, umiejętność posługiwania się władzą są bardzo normalne i w polityce i w życiu prywatnym, problem jest bardziej z nadużywaniem władzy. Przyznaję, że nie przeszkadza mi lider, który ma władzę, póki ta władza jest ograniczona przepisami, prawem i przejrzystością. Przeszkadzają mi natomiast ludzie, którzy lubią się kręcić koło władzy, udawać władzę, posługiwać się czyjąś władzą. Tacy ludzie są zazwyczaj sykofantami, a wedle definicji Słownika Języka Polskiego, sykofant to: „1. w antycznej Grecji: obywatel Aten trudniący się zawodowo szpiegostwem, donosicielstwem; 2. intrygant, oszczerca, szantażysta. Od siebie dodam, że te charakterystyki idą często ze skłonnością do korupcji.

I tak doszliśmy do czwartego elementu, czyli pieniędzy. Tu wrócę do pierwszej części moich rozważań, czyli do tego, że wielu polityków w Polsce było już w tylu partiach. Oznacza to, że w tej samej partii mogą być politycy wojujący kiedyś (i dziś) z sobą i i w przeciwnych partiach mogą być ludzie związani więzami lojalności, ludzkiej bądź finansowej.

Mówi się często o układzie zamkniętym. Film Ryszarda Bugajskiego pod tym tytułem żyje podwójnym życiem: z jednej strony wielu ludzi jest nim głęboko poruszonych i widzi w nim elementy obecnej rzeczywistości, z drugiej strony prokurator generalny uznał za stosowne powiedzieć o tym filmie: „Najbezpieczniejsze jest odwoływanie się do faktów, a nie do artystycznej wizji reżysera niemającej związku z rzeczywistością”.

Gdy próbuję nadać życiu politycznemu w Polsce jakąś postać, nie powiem artystyczną, ale co najmniej alegoryczną, to myślę o stadzie słoni, splatanych z sobą trąbami, z których każdy ciągnie w inna stronę, usiłuje zadeptać sąsiada, ale splatanymi trąbami piją z tego samego jeziora. Obraz okropny, na pewno jakoś przesadzony, ale i poparty niestety przez różne raporty instytucji międzynarodowych, życzliwych zazwyczaj Polsce.

World Economic Forum (Światowe Forum Ekonomiczne) – takie szwajcarskie Forum Krynickie –  (Ta uwaga jest w hołdzie Januszowi Szpotańskiemu, który jako student w czasach stalinowskich nazwał Szekspira „Gribojedowem angielskiej literatury”) wydało doroczny raport o konkurencyjności stu czterdziestu czterech państw [The Global Competitiveness Report 2014–2015. © 2014 World Economic Forum]. Raport jest oczywiście dostępny na internecie. Nie jest to takie sobie ustawienie państw, jak lubi na przykład robić Transparency International, mierząc postrzegalność korupcji, a nie same elementy korupcji. Kilkusetstronicowy raport posługuje się kilkudziesięcioma wskaźnikami, by ocenić konkurencyjność danego państwa i w niektórych kategoriach Polska jest na bardzo niskim miejscu. Wydawałoby się, że w przeddzień wyborów parlamentarnych obywatele powinni interesować się takimi danymi. Wygląda jednak na to, że w zależności od sympatii politycznych danej gazety czy portalu można znaleźć ogólne informacje, że Polska jest, a to na 110 miejscu, a to na 34.

Nie znalazłam za to nigdzie konkretnych idei i propozycji, jak zaradzić tym najbardziej bolącym problemom. W zaufaniu publicznym do polityków Polska jest na 101 miejscu. Warto zobaczyć jakie 43 kraje znajdują się niżej od Polski. Faworytyzm w podejmowaniu decyzji przez urzędników państwowych – 67 miejsce; rozrzutność w wydawaniu pieniędzy publicznych – 85; ciężar przepisów prawnych – 117; skuteczność sądownictwa w rozstrzyganiu sporów – 118; przejrzystość działań rządu – 110; skuteczność zarządów spółek – 87; stan dróg – 89; wpływ podatków na chęć inwestowania – 102; zdolność utrzymania talentów w kraju – 117; zdolność kraju do przyciągania talentów – 124.

Ilość dni potrzebnych na założenie biznesu – 111. I na koniec, ponieważ to jednak związek zawodowy „Solidarność” wszystko to wywalczył: we współpracy między pracodawcami a pracownikami Polska jest na setnym miejscu. I należy dodać, że partnerem World Economic Forum w tej mozolnej pracy nie był ani Kukiz, ani Korwin Mikke, tylko Narodowy Bank Polski.

Chyba wskaźnikiem tego, co uważa się za normalne w życiu politycznym jest, że gdyby przysłowiowy Marsjanin (a propos, Rosjanie oznajmili, że o odkryciu wody na Marsie Amerykanie ogłosili specjalnie w dniu przemówienia Putina w ONZ, żeby oczywiście go zaćmić) wylądował dziś w Polsce i popatrzył na tytuły gazet i wpisy na Internecie, to byłby przekonany, że Polska jest w przededniu referendum czy cały naród ma przejść na Islam. Jakie tam wybory parlamentarne.

Oczywiście sytuacja nie jest beznadziejna. Prawie wszystkie wskaźniki, które wymieniłam można zmienić i to nawet szybko. Przejrzystość działań rządu zaczyna się od prawdziwych konkursów na różne stanowiska – od najniższego po najwyższe. Konkursy służą między innymi temu, żeby zmniejszyć nepotyzm i faworytyzm. Oczywiście konkursy należy zacząć od najważniejszych instytucji. To może być niełatwe, ale może NIK by zajął się audytem CBA, a CBA dostało wolną rękę w kontroli NIK-u. Nie wszyscy mogą, albo muszą ogłaszać konkursy, ale nawet najwyżsi urzędnicy państwowi powinni uzasadniać w przekonujący sposób, dlaczego tą czy inną panię mianował na stanowisko wymagające zaufania.

Poza ludźmi odpowiedzialnymi za dziedzinę prawną, mało kto ma coś dobrego do powiedzenia o sądownictwie. Już te przysłowiowe 25 lat temu mówiło się o radykalnych zmianach w sądownictwie. I można podejrzewać, że gdzieś jeszcze leżą zakurzone projekty zmian sądownictwa i szkolenia prawników. Może warto je znaleźć.

Różne polskie instytucje lubią pouczać inne narody jak lepiej rządzić i budować demokrację. Oczywiście za pieniądze podatnika, bo Polska upodobniła się do Zachodu w tym, nazywa fundacjami lub organizacjami pozarządowymi organizacje utrzymujące się, i to na wysoką stopę, z pieniędzy z budżetu. Pisałam już o tym wielokrotnie. Można by bardzo pomóc demokracji w Polsce, gdyby zabronić różnym Fundacjom Solidarności Międzynarodowej, Fundacji Edukacji dla Demokracji czy Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności wydawania pieniędzy na pouczanie krajów mających lepsze wskaźniki niż Polska. I oczywiście prowadzić w Polsce, to co się już powszechnie nazywa warsztatami, na temat tego, jak kontrolować polityków, jak prowadzić dialog między pracodawcami i pracownikami, no i oczywiście – jak zwalczać korupcję.

Tu tez można wziąć przykład z Azerbejdżanu, tyle, że nie dzisiejszego. W 1992 roku prezydentem tego kraju został, w demokratycznych i wolnych wyborach Abulfaz Elczibey. Oczywiście, ponieważ był bardzo porządnym człowiekiem, został obalony przez sponsorowany przez Moskwę pucz. Uznawał korupcję za jedną z okropniejszych plag swojego kraju i w pierwszym swoim oficjalnym wystąpieniu powiedział: „Nie będę brać łapówek. To nie znaczy, że łapownictwo od razu zniknie, ale jeśli od jutra zaczniecie dawać o 10% mniej łapówek – a ja ze swojej strony będę usuwał skorumpowanych urzędników państwowych – po jakimś czasie, pod presją z dołu i z góry, łapownictwo zamrze.” Oczywiście życie nie jest takie proste, ale już wiele lat po obaleniu Elczibey’a, młodzi demokraci proponowali akcje antykorupcyjną polegająca na tym, że jedni by nosili tabliczki z napisem: „nazywam się tak a tak, jestem urzędnikiem miejskim i nie przyjmuję łapówek”, a inni z napisem „Nie daję łapówek”.

Czasami można za darmo dostać dobre rady z innych krajów, nawet muzułmańskich.

Irena Lasota

Dodaj komentarz