Trump – człowiek enigma

18 lutego 2017
Donald_Trump_with_Neil_Gorsuch_01-31-17

Neil Gorsuch, kandydat 45. prezydenta USA na urząd sędziego Sądu Najwyższego skrytykował kontrowersyjne wypowiedzi Trumpa pod adresem trzech sędziów federalnych, którzy postawili veto jego rozporządzeniu dotyczącemu polityki imigracyjnej. Jednego z nich, mianowanego przez George’a W. Busha, Trump nazwał „tak zwanym sędzią”. Gorsuch określił te jego wypowiedzi mianem „przygnębiających” i „demoralizujących”. Niewątpliwie działał świadomie. Swe uwagi przekazał Richardowi Blumenthalowi, demokratycznemu senatorowi z Connecticut. Ten zaś podał je do publicznej wiadomości. Przedstawiciel prasowy Gorsucha niezwłocznie je potwierdził. Jak rozumieć tę grę?

Jak na razie losy owego „travel ban” Trumpa wydają się być przesądzone. Federalny Sąd Apelacyjny podtrzymał decyzję sądów niższej instancji. Biały Dom oznajmił więc, że nie będzie odwoływał się do Sądu Najwyższego. Zamierza napisać lepsze rozporządzenie… Los kandydatury Gorsucha jest równie niepewny. Przed nim przesłuchanie w Senacie. Czeka go tu ciężka przeprawa. Kandydaci na ministrów, by uzyskać akceptację, potrzebowali zwykłej większości. Gorsuch potrzebuje głosów 60 senatorów, a republikanie mają 52 miejsc w Izbie Wyższej.

Gorsuch podoba się republikanom, zarówno centrowcom, jak i konserwatywnemu skrzydłu. Ma bardzo konserwatywne portfolio, znany jest z tradycyjnych poglądów, emanuje wysoką kulturą, i ma pewien walor, który dodaje mu kolorytu przedstawiciela „mniejszości”. Jest mianowicie protestantem… Trzeba oto wiedzieć, że w aktualnym Sądzie Najwyższym USA zasiadają wyłącznie katolicy i żydzi.

Nas znowu interesują intencje Donalda Trumpa. Czy Neil Gorsuch podoba się Trumpowi? Przypomnijmy sobie wpierw, dlaczego w ogóle wysunął kandydaturę „betonowego” konserwatysty. Cofnijmy się zatem do kampanii wyborczej. Metodą „kija i marchewki” oraz stawiania przed faktami dokonanymi, Trump zabiegał o akceptację skrzydła zarówno liberalno-establishmentowego, jak i konserwatywnego GOP. Alians z tym pierwszym, wszak „pragmatykami” wydawał się tylko kwestią czasu. Opóźniał się, bo Trump, zyskując na pewności siebie, podbijał stale stawkę. Większy problem stanowili dlań konserwatyści. Kontestowały go wszystkie ich niemal odcienie. Wytykali mu liberalny populizm, ale przede wszystkim niepokoili się tym, że Trump uwodzi elektorat, który w innych okolicznościach zagłosowałby na konstytucjonalistę lub libertarianina, wywodzącego się z ruchu Tea Party. Tutaj stawkę podbijali konserwatyści. Trump miał duży problem.

Jak duży? Pamiętamy, że drugi w wyścigu Cruz, nie poparła w lipcu 2016 r., na Konwencji GOP, zwycięzcy prawyborów, Trumpa… Za tę odmowę spotkał się ze zmasowanym atakiem Partii Republikańskiej i jej zaplecza. Charles Krauthammer, chłodny zwykle analityk i krytyk Trumpa, ogłosił nawet polityczny koniec Cruza. A Cruz naśladował zaledwie krok Reagana z 1976 r., wobec swego oponenta, prezydenta Gerarda Forda. Reagan uważał, że sztab Forda przekroczył w atakach na jego osobę, granicę przyzwoitości. Trump tymczasem zafundował Cruzowi wielotygodniową mieszankę oszczerstw i inwektyw. Pobił wszystkich „Fordów” razem wziętych.

Trump musiał się zniżyć do negocjacji z Cruzem. Spotkał się z nim i obiecał mu, że w razie zwycięstwa zapełni wakat w Sądzie Najwyższym po świętej pamięci Antoninie Scalii, kimś równie konserwatywnym, jak on. Niewykluczone, że obiecał Cruzowi, że wysunie jego kandydaturę i nie wykluczone, że ten na to przystał. Bo i faktycznie nazwisko „troublemakera” pojawiło się na późniejszej liście kandydatów Trumpa. Cruz zapewne nie wierzył w zwycięstwo Trumpa. Zakładał najpewniej, że wróci odświeżony i wzmocniony w 2020 r., i stanie w szranki z Hillary Clinton.

Oczywiście Trumpowi nie zależało wygaszaniu kampanijnych sporów. Zależało mu na elektoracie, do którego Cruz był kluczem; elektoracie, który w Iowa odrzucił Trumpa – ewangelicals. Mowa o rozsianej po Ameryce rzeszy „biblijnych chrześcijan”, czyli członków kościołów, wspólnot i sekt protestanckich. Wyborcy nieufnym i licznym zarazem. Biznesmen-celebryta i senator z Teksasu porozumieli się. Trump stworzył listę konserwatywnych kandydatów do Sądu Najwyższego i obiecał, że wystawi „drugiego” Scalię. Ewangelicals zagłosowali na Trumpa, a bez ich masowego poparcia – dziś już to wiemy – ów miałby kłopot w takich stanach, jak Iowa, Michigan, Pensylwania, Północna Karolina i Wisconsin, czyli najpewniej przegrałby wybory. Trump rozumie zatem wagę tego zobowiązania. Wie, że skutki niedotrzymania słowa mogą mieć katastrofalne skutki w 2020 r.

Być albo nie być

Dla republikanów sprawa miejsca w Sądzie Najwyższym jest sprawą kluczową. Są przekonani, że dokooptowanie liberalnego sędziego do obecnego jego składu drastycznie zmieniłoby oblicze Ameryki. W tę lewicową stronę rzecz jasna. Zmiany tej obawiają się do tego stopnia, że przez niespełna rok blokowali kandydata Obamy, Merricka Gerlanda, ustanawiając nowy rekord w dziejach Ameryki. Nie dopuścili do przesłuchania w Senacie, co skrytykowali nawet co bardziej pryncypialni konserwatyści-konstytucjonaliści.

W tej chwili w Sądzie Najwyższym utrzymuje się pat. Sądzę, że jest to jedna z przyczyn, dlaczego z wnętrza GOP nie dochodzi więcej uwag krytycznych pod adresem poczynań Trumpa, na przykład za jego politykę personalną, zagraniczną, przede wszystkim wobec Rosji oraz brak transparentności majątkowo-obyczajowej, nepotyzm i brak rozgraniczenia interesów własnych biznesów od interesu państwa. No właśnie, czy Trumpowi tak samo zależy konserwatywnym Sądzie Najwyższym, jak republikanom?

Jak na razie, Trumpa krytykują pozarządowe środowiska konserwatywne, w tym sprzyjający mu kiedyś Drudge Report. Krytykują za spychanie sztandarowych problemów, czyli ObamaCare i cięć w podatkach, do tylnego rzędu załatwianych spraw. Politycy milczą. Wyraźnie obawiają się, że nieobliczalny Trump wyrwie się z ram konsensusu politycznego. Trump, przynajmniej na razie, potrzebuje Partii Republikańskiej, tak jak ona niego. W warunkach systemu politycznego zmuszony jest godzić się na koncesje, zarówno po to, by wykazać się skutecznością – stąd nieodzowna jej zgodna współpraca z republikańskim Kongresem – jak i po to, by skutecznie ubiegać się o reelekcję. W tym drugim wypadku, jak sądzę, wiele nas jeszcze zaskoczy. Jest wielce prawdopodobnym, że w 2020 roku o nominację GOP ubiegać się będą także inni kandydaci. Niskie poparcie społeczne, prawdopodobny, pogłębiający się kryzys w partii, w rządzie, w Kongresie, wreszcie społeczny i w państwie, ośmielą wielu. Trump na pewno kalkuluje.

Z republikanami łączy go wspólnota interesu. Tylko i aż. Zaangażowania Trumpa na rzecz ruchu konserwatywnego nikt nie udowodnił. Nie skaził się ów nawet działalnością charytatywną lub inną aktywnością o charakterze ewangelicznym. Skłonności do absorbowania teorii spiskowych, trudno nazwać konserwatywnymi lub chrześcijańskimi. Trump, przez większość swego życia, prowadził się jak klasyczny, nowojorski liberał. Kobiety, kasyna, wystawny tryb życia, celebryci, członkostwo w Partii Demokratycznej, występy u „programach śniadaniowych”, „maglowych”, filmach fabularnych, własny reality show. Wystąpił nawet w filmie erotycznym, choć odziany i nęcąc widzów do „szampańskiej” zabawy. W jednej ze scen dosłownie otwierał szampana, w towarzystwie żeńskich „gwiazd”, aczkolwiek sam alkoholu nigdy nie pił i gardzi, przynajmniej oficjalnie, innymi, twardszymi używkami. Swoje żony namawiał podobno do sesji rozbieranych w „Playboy’u”. O tyle jest to prawdopodobne, że jedna z nich – dziś pierwsza dama – w podobnych sesjach zdjęciowych występowała.

A Trump dzisiaj? „Dzisiejszy Trump” bynajmniej nie wyzbył się zupełnie swej „demokratycznej” tożsamości. Jeszcze przed dekadą prezydenccy kandydaci z obydwu partii, musieli w sferze obyczajowej świecić przykładem – stała partnerka życiowa, bycie chrześcijaninem, itd. W 2008 r. Barack Obama przyznawał się, że „jako chrześcijanin”, uznaje małżeństwo, „za związek kobiety i mężczyzny”. Jak wiemy, później „ewoluował”, i narzucił swój, szerzej pojęty model rodziny, całej Ameryce. Przemodelował również amerykańską armię. Pomijając rozwody Trumpa – Ronald Reagan został prezydentem, mając drugą żonę. W przeciwieństwie jednak do niego i do Obamy, Trump nigdy nie występował, jako przeciwnik legalizacji małżeństw osób tej samej płci. Ostatnio zresztą zapytano go, czy spróbuje zmienić decyzję Sądu Najwyższego w sprawie legalizacji tego rodzaju związków. Odparł, że temat uznaje za zamknięty.

Trump i Gorbaczow

Wśród większości polskich komentatorów panuje przekonanie – nie wiem, czy bardziej przekonują oni siebie czy swych widzów i czytelników – że Trump jest „prawicowy” i że Trump jest amerykańskim „Kaczyńskim”, „Orbanem” lub „Borisem Johnsonem”. Długo nie mogłem przetworzyć zjawiska, iż autorytetem w sprawach amerykańskich staje się ktoś, kto ma kawałek ziemi w Teksasie lub ktoś, kto od „dwóch lat mówi jak jest”, a jeżeli się bliżej przyjrzeć – mówi jak „Russia Today”.

Myślę, że każdy i na każdym etapie swojego życia może przejść auto-transformację, w tym zmienić poglądy. Im później, tym trudniej. Oddala się perspektywa zmiany ewolucyjnej i potrzebny jest jakiś silny wstrząs. Bardzo często jest to osobista tragedia lub wypadek. W przypadku Trumpa nie było po prostu takiego wstrząsu i takiej przemiany. Jego zapewnienia, że jest „bardzo, bardzo konserwatywny”, mają taką samą moc, jak inne, np.: „Przeczytałem Biblię. Fantastyczna książka”. Trump wyczuł w dobie Tea Party, jak przystało na biznesmena, koniunkturę na konserwatyzm – stąd poparcie dla Mitta Romney’a w 2012 r. – uznał, że to dlań ostatni polityczny gwizdek i począł wydawać „prawicowe” komunikaty, zajadle atakować Obamę oraz odwoływać swe dotychczasowe poglądy, choćby pogląd na aborcję.

Wszystkich 17 kandydatów prezydenckich GOP przedstawiało się jako spadkobiercy Ronalda Reagana. Trump przebił wszystkich. Uznał się wręcz za jego reinkarnację. Slogan kampanii Trumpa: Make America Great Again był dokładną kopią sloganu Let’s Make America Great Again, który w 1980 r. wymyślił sztab rzeczonego Reagana. Upodobnił się tym sposobem Trump do człowieka, którego w latach 80. zawzięcie krytykował. Jego sojusznik, Newt Gingrich w latach 80. również mało pochlebnie oceniał Reagana, ale z pozycji konserwatywnych i za łagodzenie kursu względem imperium sowieckiego. Za co krytykował Reagana milioner?

W 1987 r. Trump odwiedził Leningrad, spotkał się na Kremlu z Michaiłem Gorbaczowem, wrócił do kraju i niezwłocznie – za namową szemranego „nixonowca” Rogera Stone’a – opublikował na łamach “New York Times”, “The Boston Globe” i “The Washington Post”, całostronicowe ogłoszenia, warte prawie $100 000, zatytułowane: „Dlaczego Ameryka powinna przestać inwestować w obronę krajów, które nie potrafią same siebie obronić?”. Trump krytykował zbyt – jego zdaniem – konfrontacyjną politykę Reagana względem Moskwy, pomimo, że w 1986 r. nastąpił w niej powrót do założeń epoki detente. Przekonywał, że „Związek Sowiecki prawdziwie, w sensie otwarcie, stara się współpracować z innymi krajami i także sam się otwiera”. Ba, Trump do tego stopnia chciał naprawiać amerykańsko-sowieckie relacje, że zaoferował się, że poprowadzi negocjacje rozbrojeniowe.

Poza sloganem, Trump w niczym konkretnym nie przypomina Reagana. Wielu jest jednak, także w Polsce, amatorów zestawiania ich obydwu. Argumentują przykładowo, że Reagan, tak jak Trump był w przeszłości demokratą. Sens takiego porównania jest wątpliwy. Pomijając już to, że Partia Demokratyczna z lat 1980. niemalże zupełnie nie przypomina tej z lat 50., a jej ówczesny program wyborczy przejęli de facto republikanie. W związku z powyższym panowie nie pasują do siebie generacyjnie. Co jednak najistotniejsze, Reagan był kalifornijskim demokratą-związkowcem i antykomunistą. Trump był natomiast nowojorskim demokratą-milionerem-celebrytą, a jego stosunek do ZSRS i jego elit, pozostał dwuznaczny.

Mimo to Trump stara się przekonywać, że jest „bardzo, bardzo konserwatywny”. Jednakże w nawet w sferze społeczno-gospodarczej nie jest „bardzo, bardzo konserwatywny”. Obserwujemy raczej zjawisko odwrotne. Sprzyjający Trumpowi, do niedawna ortodoksyjnie wręcz prawicowi komentatorzy, jak Rush Limbaugh i Sean Hannity, stają się coraz mniej i mniej konserwatywni… Ale Ameryka pełna jest takich, nawet środowiskowych transformacji, jak choćby droga, jaką pokonali trockiści Maxa Shachtmana, przez socjaldemokrację do neokonserwatyzmu. Tutaj mamy kierunek odwrotny, od konserwatyzmu do…

Warto o tym wiedzieć, bo także wśród polskich „wolnościowców gospodarczych” Trump ma wielu fanów. Wspominałem już kiedyś, że rolę pierwszej damy odgrywa nie żona Trumpa, ale jego córka, Ivanka. Nikt się nie łudzi, że Trump radzi się Melanii, dlatego też nikt się jej o poglądy nie pyta. Wszyscy wiedzą natomiast, że Trump radzi się córki. A Ivanka Trump i jej mąż Jared Kushner, obecnie doradca (Senior Advisor) prezydenta USA, są demokratami. Demokratami, z dzisiejszej Partii Demokratycznej. Trump radzi się ich w kwestii polityki krajowej: ObamaCare, opieki socjalnej, itd.

Trump zamierza zrealizować gigantyczny „stimulus plan”, szacowany na bilion dolarów. Ogromne środki mają – jak w czasach new dealu – powędrować na budowę i rozbudowę dróg, mostów, tuneli i lotnisk, ale także szkół czy szpitali. Powędrować mają zatem do biznesu, chyba nie przypadkiem takiego, z którego wywodzi się Trump – z branży budowlano-deweloperskiej… Trump ma też słabość do finansistów, co widać po składzie jego rządu. W czasie kampanii wyborczej unikał odpowiedzi na pytanie, czy zamierza przystąpić do reformy Wall Street, czyli systemu finansowego. Niczego też konkretnego nie deklarował. Zresztą w 2008 r. popierał wpompowanie milionów dolarów w banki, które wywołały światowy kryzys. Najpewniej nie zawaha się pójść im na ratunek, kiedy już pęknie kolejna bańka.

Obojętnie, czy jesteśmy keynesianistami czy friedmanistami, trudno uznać za stricte konserwatywny powrót do protekcjonizmu. A w tym kierunku idą zapowiedzi Trumpa narzucania ceł na pewne kategorie wyrobów lub groźby wycofania się z umów o wolnym handlu. Wątpliwie wolnościowym jest kładzenie akcentów na kwestie w rodzaju „muru z Meksykiem”, czyli blokowania wolnego przepływu ludzi. Takoż osobisty interwencjonizm Trumpa, czyli strofowanie z konta na Twitterze szefów koncernów i „odradzanie” im przenoszenia miejsc pracy za granicę. Jeżeli Trump nie jest konserwatystą, to kim?

W poprzednim artykule argumentowałem że, wahadło czasów wskazuje powrót ducha „lat 30” XX w. Ducha lat przełomu, upływających w cieniu wielkiego załamania rynków w 2008 r., lata populizmu, nacjonalizmów, okultyzmu i spirytyzmu, lata ludobójstw, jak to na Bliskim Wschodzie, lata proxy wars, czyli wojen „przez pośredników”, podobnych do wojny hiszpańskiej z 1936 roku, jak ta obecna w Syrii. Jeżeli miałbym się pokusić o zdefiniowanie Trumpa, to jest on prędzej inkarnacją Franklina Roosevelta, niż Reagana.

Trump i Roosevelt wywodzą się z wyższych sfer nowojorskich. Obaj są synami zamożnych biznesmenów, a zarazem wychowankami mocno zliberalizowanego na Wschodnim Wybrzeżu systemu edukacyjnego. Polityki zagranicznej nie postrzegają(li), jako klasycznej walki dobra ze złem, ale łańcuch transakcji handlowych. Stąd właśnie jeszcze w 2015 r. pozwoliłem sobie określić Trumpa, jako „amerykańskiego Berlusconiego”. Oto jak on sam, w 1988 r., a więc jeszcze świeży i śliczny, przedstawił swą filozofię w polityce zagranicznej: „[Tak jak w biznesie, gdzie] zdobywam sobie sojuszników oddając im to, co się im należy”. Roosevelt odznaczał się w polityce krajowej cynizmem, który gorszył nawet amerykańskie związki zawodowe. Instrumentalnie, jak mu się zdawało, posługiwał się „radykałami” do realizacji swych celów. Spoufalał się z komunistami, wykorzystując ich energię, zapał i możliwości mobilizacyjne w czasie np. kampanii wyborczych i np. do „rozgrywania” ruchu związkowego. Trump wykorzystuje do swych celów nacjonalistyczno-populistycznym Alt-right movement, „rozgrywając” GOP i ruch konserwatywny.

Trumpa i Roosevelta łączy „handlowy” stosunek do Rosji oraz lojalność względem „sojuszników Ameryki”… Nawet polityka imigracyjna Trumpa bardziej przypomina politykę Roosevelta, aniżeli Reagana. Reagan był autorem jednej z największych amnestii względem nielegalnych imigrantów. Postępowanie administracji Roosevelta względem wobec mniejszości przybywających z Europy Środkowo-Wschodniej, zarówno słowiańskich, jak i Żydów uciekających z hitlerowskich Niemiec, jest nam znane. Swoją wymowę mają również obozy koncentracyjne dla Japończyków po grudniu 1941 r. Trump obiecał podobno „Polakom”, że w pierwszych tygodniach swej prezydentury zajmie się kwestią wiz. Czy Trump zamykający właśnie amerykańskie granice przed „nielegalnymi imigrantami”; Trump, które służb tropią także polskich „nielegalnych imigrantów”, to ten sam Tramp, którego malowały nam „prawicowe” media w Polsce?

Reasumując, Trumpowi bliżej jest do aksjomatów lewicy amerykańskiej spod znaku „ruchu postępowego”, aniżeli do amerykańskich konserwatystów. Jeżeli demokraci się zreflektują, łatwo się z Trumpem porozumieją. Wystarczy, że przestaną go tak zawzięcie atakować, przestaną traktować, jak swego lobbystę, który ośmielił się wkroczyć do polityki i zaakceptują jako prawowitego prezydenta. Trump atakowany, będzie kontratakował i szukał oparcia wśród republikanów. Z nimi w wielu miejscach jest mu nie po drodze, w wielu nie jest. Jednym z takich miejsc – ośmielę się stwierdzić – jest Neil Gorsuch.

Republikanie, może także sam Gorsuch, wydają się podejrzewać, że upadek tej kandydatury będzie Trumpowi „na rękę”. Toczy się gra. W razie niepomyślnego dla nich rozwoju wypadków, Trump otrzyma sposobność, by stwierdzić: „Spełniłem obietnicę, którą wam dałem; którą dałem Cruzowi i evangelicals. Ale teraz muszę wybrać kandydata strawnego dla demokratów”. A dla demokratów Sąd Najwyższych to dziś ostatni bastion nieformalnej „władzy ustawodawczej”. Na pewno „zapłaciliby” za kompromis dużo. Przed Gorsuchem nie lada zadanie. Jest zdany na siebie, na republikanów, a przeciwko sobie ma paradoksalnie własnego dobrodzieja…

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz