The Troublemaker

5 kwietnia 2015
The Troublemaker 
Paweł Zyzak

23 marca swój start w wyborach prezydenckich w 2016 r. zapowiedział Ted Cruz, polityk z prawego skrzydła Partii Republikańskiej (GOP) i od razu przeszedł do historii. Jest pierwszym pierwszoligowym kandydatem, który zapowiedział swój strat w przyszłorocznych wyborach. Jeśli mu się powiedzie, będzie pierwszym od 1952 r. „pierwszym” deklarującym, którego wybrano głową państwa.

Zdarzyło się, że w październiku 2011 r. bawiąc w Waszyngtonie uczestniczyłem w Values Voters Summit, konserwatywnej konferencji, na której cyklicznie publikuje się wyniki sondaży prezydenckich. Organizatorem jest uchodząca za „ultrakonserwatywną” Family Research Council. W ciągu niespełna dziesięciu lat corocznych zjazdów znaczenie konferencji osiągnęło najwyższy pułap w środowisku konserwatystów amerykańskich. Nie powstydzi się wystąpić na niej żaden kandydat w wyścigu przedwyborczym. Jesienią 2011 r. na konferencji zjawili się prawie wszyscy.

Sondaż prezydencki zwyciężył wówczas Ron Paul, z kretesem przegrał go Newt Gingrich. Paul wcale nie był wtedy najlepszym performerem, zresztą żaden kandydat z prezydenckiej stawki. Mitt Romney wypadł zbyt dostojnie, Gingrich nieszczerze, Rick Perry sztucznie, a Michele Bachman sztywno. Jedynie Rick Santorum dość swobodnie. Gdzieś między tymi występami na trybunę wszedł facet, który zepchnął stremowane gwiazdy wieczoru do cienia. Zachowywał się jakby ten wieczór należał do niego. Reszta to jego asystentura.

Lekko zszokował mnie ten „przerywnik”. Facet był znakomity. Takiego retora jeszcze nie widziałem. Mówił językiem prostym, intonował bez szwanku i „zgrzytu”, pauzy robił optymalne. Doskonale czuł atmosferę sali, a sala czuła jego. Sposobem mówienia, gestykulacją ciała i mimiką podkreślał, że zwraca się do niej, a nie do obrazu namalowanego w wyobraźni albo „ostatniego rzędu”. Wówczas nie wyczułem tego, co później, zaczęło mnie w nim razić: symptomów kaznodziejskiego tonu.

Z konferencji wyniosłem tylko jeden wyrazisty obraz. Właśnie ten występ. Nie zapamiętałem nazwiska mówcy. Nie dosłyszałem, ani nazwiska, ani stanu, a na dobrą sprawę zawodu. Na pewno polityk, ale skąd? Nie był klasyfikowany w żadnym sondażu. Dwa lata później Tez Cruz opuszczał Values Voters Summit jako zwycięzca, zdobywca 42% głosów uczestników konferencji, pokonując Bena Carsona, Ricka Santorum, Randa Paula oraz innego latynoskiego polityka, Marco Rubio. W tymże 2013 r. roku magazyn “The Hill” uczynił Cruza osobowością roku, a za nim szereg lokalnych pism. Laur osobowości roku 2013 przyznał mu wreszcie sam magazyn „Time”.

Między 2008 a 2011 r. Cruz znajdował się poza głównym obiegiem politycznym, pracując dla jednej z firm prawniczych w Houston. Udzielał się tylko w „oddolnym” ruchu Tea Party. Wszakże jego udział Values Voters Summit nie był aż takim przypadkiem. W początkach tegoż 2011 r. Cruz ogłosił chęć ubiegania się o stanowisko senatora z Teksasu, które zwolnić postanowiła Kay Hutchison. Mało kto wówczas traktował możliwości Cruza poważnie. Cruz udowodnił, że niesłusznie. Zdolnościami oratorskimi, pracowitością i rosnąca popularnością dosłownie wyrył sobie ścieżkę do fotela senatorskiego. Poskromił w prawyborach swego partyjnego rywala i ładnym wynikiem, 56% do 41%, podsuwał wyborczy bieg, pokonując bardziej doświadczonego demokratę Paula Dadlera.

Sukces Cruza z końca 2012 r. uznano za bodaj największą sensację tamtych wyborów, w których stawką było 33 miejsc senatorskich i wszystkie w Izbie Reprezentantów. Cruz wstrząsnął lokalnym aparatem. Oto zwyciężył przedstawiciel ruchu oddolnego, człowiek spoza partyjnego establishmentu.

Anty-Obama

Różnice, ale przede wszystkim podobieństwa, czynią z Cruza swoiste alter ego Obamy. Senator jest znakomitym mówcą, za młodu championem studenckich zawodów oratorskich o zasięgu krajowym. Talentem w pełni dorównuje umiejętnościom prezydenta USA. Jeden i drugi postanowi wystartować w wyborach prezydenckich w relatywnie młodym wieku. Obama ogłosił swoją kandydaturę w wieku zaledwie lat 46, Cruz jest dziś 44-latkiem.

Media, oponenci, partyjni rywale, wszyscy zgodnie zarzucają Cruzowi, że posiada zbyt małe doświadczenie parlamentarne. Senatorem jest od niespełna dwóch lat, ale Obama też był nim niecałą kadencję. Cruz sam odpowiada na ten zarzut. Stwierdza, że w przeciwieństwie do Obamy nie był „backbencherem”, jeszcze jednym posłem na synekurze, ale udowodnił, że jest kompetentny i ma charakter lidera. Tego nikt nie podważa. Cruzowi faktycznie brakuje pokory „świeżaka” i poszanowania partyjnej hierarchii. Stąd partyjny establishment ukuł mu przezwisko „troublemakera”.

Wreszcie kwestia urodzenia. Ojciec Cruza jest emigrantem kubańskim, matka Amerykanką irlandzko-włoskiego pochodzenia z Delaware, a syna urodziła… w Kanadzie. Rodzice Cruza pracowali w Albercie dla firmy naftowej. Do niedawna posiadał podwójne obywatelstwo. Wszystko to stawia jego wyborczy start pod konstytucyjnym znakiem zapytania.

Wielu republikanów wciąż sugeruje, że poza terytorium USA urodził się Obama, w Kenii, skąd pochodził jego ojciec, w związku z czym doszło do złamania prawa. Media amerykańskie zarzucają im teraz hipokryzję. „Znowu ten troublemaker” – cedzą przez zęby liderzy GOP.

Podobieństwo do Obamy jest tylko pozorne. Życiorys Cruza, od zarania politycznej kariery obecnego senatora, jest przejrzysty, życiorys Obamy transparentny nie jest. Pośrednio dokumenty kenijskie i amerykańskie dowodzą kenijskiego miejsca narodzin prezydenta USA. Wyjaśnianie sprawy samego „aktu urodzenia” prezydenta trwało 4 lata. Opublikowany został dopiero w 2011 r., wyłącznie w formie elektronicznej. Jego autentyczność podważają nie tylko conspirationists. Wyjaśnianie sprawy narodzin wciąż więc trwa. Ale pomijając to, bo niemal cały życiorys Obamy skrywa zasłona tajemnicy

Nie sposób powiedzieć, kim był ojciec Obamy. Potencjalnie mógł być nawet sowieckim szpiegiem – nie stanowiłoby to pośród ówczesnych Afrykańczyków, wędrujących po amerykańskich uniwersytetach, odosobnionego przypadku. Jak przez mgłę poznajemy środowisko ideowo-polityczne, w jakim Barack Obama wyrastał. Jego autobiografia potwierdza, że byli to i komuniści, i grupy czarnoskórych ksenofobów – jedni i drudzy – infiltrowani i finansowani przez rezydenturę KGB.

Cruz, w przeciwieństwie do Obamy, mówi o swoich rodzicach bardzo dużo. Może nawet za dużo, bo przynudza. Zwłaszcza o ojcu. Nim w 1957 r. wyjechał na studia do Teksasu, związał się z partyzantką Castro, i walczył w szeregach guerrilli przeciwko dyktaturze Fulgencio Bartisty. Został złapany i trafił do więzienia. Wyszedł, po czym zdecydował się na emigrację. Kiedy totalitaryzm na wyspie okrzepł, a Cruz senior się ustatkował się, nawrócił się w kościele baptystów, pożałował swego partyzanckiego okresu życia. Utrzymywał relacje z antykomunistycznymi grupami emigracyjnymi. W takich oparach politycznych wyrastał młody Cruz.

Ostatnio odniósł się do tych porównań z Obamą. W dość zresztą zabawny sposób. Podczas swego inaugurującego wystąpienia na Liberty University począł rozprawiać o młodej Amerykance mieszkającej w Kenii. Dziewczyna wróciła w końcu z Afryki, i na stałe zamieszkała Kalifornii. Mówił o swojej żonie…

Niekonwencjonalny polityk

Cruz ma najmniejsze, spośród całego peletonu potencjalnych kandydatów GOP, szanse na wygranie nominacji. Przynajmniej tak mówią sondaże. W peletonie natomiast znajdują się senator Marco Rubio, gubernator Scott Walker, Mike Huckabee, Jeb Bush, senator Rand Paul, Rick Perry oraz Ben Carson. W takiej mniej więcej kolejności rozkładają się ich szanse.

Co obiecuje Cruz? Pracę dla młodzieży, rozwój technologiczny, surowcową samowystarczalność, lepszą ochronę granic. Mówi też o systemie imigracyjnym otwartym dla każdego, kto w legalny sposób chce się w USA osiedlić i pracować. Standardowy, republikański pakiet wyborczy z wisienką. Jest też pakiet teksański: sprzeciw wobec aborcji, wzmacnianie instytucji rodziny, ochrona prawa do posiadania broni oraz prywatności korespondencji przed rządową inwigilacją. Wreszcie pakiet konserwatywny: odwoływanie się do legendy Ronalda Reagana, czyli cięcia w podatkach i zdecydowane ruchy na arenie międzynarodowej.

W polityce zagranicznej Cruz jest zwolennikiem umiarkowanego interwencjonizmu. Najpewniej czuje się na Bliskim Wschodzie. Podobnie jak Reagan czy młodszy Bush, lubi stosować wyrazistą retorykę. Państwo Islamskie nazywa „twarzą zła”. Cruz krytykował Obamę za dozbrajanie „umiarkowanych rebeliantów” syryjskich, którzy zbudowali potem szatański przybytek, jaki zawładnął wielkimi połaciami Iraku i Syrii. Jest zagorzałym zwolennikiem – to trzeba podkreślić – braterskich stosunków z Izraelem. Sceptycznie tedy odnosi się do regionalnych ambicji Iranu. Krytykuje Obamę za politykę wobec Kuby. Nie godzi się na normalizację stosunków z reżimem braci Castro. Interesuje go kapitulacja reżimu.

Wystąpienie na Liberty University miało jeszcze jeden podtekst. Uczelnia jest jednym z wiodących instytucjonalnych przeciwników ObamaCare. Jej władze „na własną rękę” zaskarżyły do sądu zapisy tej ustawy. Cruz obiecuje jeszcze w 2017 r. się z nią rozprawić, jak zaznacza, z „każdym jej słowem”. Proponuje w to miejsce – co się chwali – nowe prawo. Tu ukłon w stronę social conservatives. Przetnie ono ingerencję rządu, natomiast ubezpieczenie uczyni dla zwykłego obywatela „osiągalnym”. Senator deklaruje również zniesienie IRS, amerykańskiego urzędu podatkowego. Tu ukłon w stronę libertarian, choć może jednak w stronę ogółu…

Ulubieniec mediów

Komicy i dziennikarze ponaigrawali się z konwencji Cruza. Owszem, była ona, delikatnie mówiąc, skromna. Owszem, na konwencji zabrakło znaczących polityków, zbiegła się z uczelnianą konwokacją, a na widowni znaleźli się zwolennicy Randa Paula… Nie da się zaprzeczyć. Jona Stewarta rozbawiło jeszcze, że Cruz przed konwencją, trenował na scenie gestykulację i pocałunki z żoną. Takie prawo komików. Nawet tych nieśmiesznych, czytających z telepromptera i nie nagrywających swego programu „na żywo”.

W oczy rzuca się jednak, że Cruz jest atakowany wyjątkowo wściekle. Nie cechuje go ani wyniosłość, ani agresywny sposób wymiany zdań, a jest przez mainstream medialny autentycznie znienawidzony. Mainstream denerwują energia i zaradność Cruza, prostota artykułowania przezeń problemów, tendencja do utożsamiania się z każdym Amerykaninem i zaufanie, które budzi swoim sposobem wyrażania się i bycia. Irytują go nie tyle zapędy reformatorskie senatora, ile domniemany mesjanizm i ostentacyjna wręcz bogobojność. Mnie również, gwoli prawdy, przychodzi czasem na myśl, kiedy słucham publicznych wystąpień Cruza, że równocześnie odprawia egzorcyzm o uwolnienie miejsca…

Mainstream oskarża go o „ignorancję” czy „falsyfikacje”, ale w sprawach dyskusyjnych, choćby w kwestii efektu cieplarnianego. Cruz po prostu bardziej ceni sobie wiarę w Boga, niże w zawrotne tempo zmian klimatycznych. Eksperci takiej MS NBC dawno już orzekli, że błędny pogląd na efekt cieplarniany dyskwalifikuje go, jako kandydata w wyborach prezydenckich.

Brać Cruza?

Cruz jest namacalnym dowodem przełomu cywilizacyjnego w USA. Katolicka, latynoska społeczność wpływa już nie tylko na wynik wyborów, ale i na skład osobowy peletonów głównych partii politycznych. Szczególnie to widać w GOP. Dawna partia białych, protestanckich przedsiębiorców i bankierów z północy, na naszych oczach staje się partią prawicową w katolickim znaczeniu tego słowa, choć jak wiemy, sam Cruz jest baptystą.

Osobiście wolę polityków z mniejszą dawką ekscentryzmu, jakiej dostarcza południowy protestantyzm. Jednak gdybym jakimś sposobem, mógł wziąć udział w wyborach prezydenckich w USA, dałbym Cruzowi szansę. Jest ciekawym kandydatem. Z naszej perspektywy, kandydat winien może bardziej się koncentrować na sprawach Europy Środkowo-Wschodniej. Ale jak nie można mieć Johna McCaina, co prawda właściciela mało konserwatywnego image, trzeba brać Cruza. Od wyborów w USA w 2016 r. zależą bowiem losy całego świata. Bardziej niż kiedykolwiek po II wojnie światowej.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz