Systemat Becka, czyli o naturze polityki

13 marca 2016
Systemat Becka, czyli o naturze polityki 
Filip Bauman

Józef Beck (1894-1944), ostatni międzywojenny minister spraw zagranicznych RP, w powszechnej opinii po dzień dzisiejszy uznawany jest za jednego głównych – jeśli nie kluczowego – architektów katastrofy wrześniowej z roku 1939. Powszechnie wini się go za dopuszczenie do wojny na dwa fronty – z Niemcami i ZSRR jednocześnie – która musiała doprowadzić do śmierci państwa polskiego, podwójnej okupacji i ludobójczej hekatomby lat 1939-1956. Do tej apokalipsy miały doprowadzić jego osobiste błędy w polityce zagranicznej, które kładzie się niemal zawsze na karb jego piłsudczykowskiej mentalności. A ta miała się rzekomo opierać na insurekcyjnej tradycji poświęcania życia i mienia własnego narodu w imię walki o zasady bez względu na szanse powodzenia, oraz w rzekomej manii wielkości, wyrażającej się w rojeniach o mocarstwowym statusie II RP. Uważam, że obie te diagnozy są błędne.

Beck w mniemaniu większości jego krytyków uchodzi za spadkobiercę piłsudczykowskiej tradycji tzw. neo-romantyzmu insurekcyjnego. Tradycja ta była niewątpliwie zwieńczeniem wybitnie patologicznej – w swej istocie skrajnie antypolskiej – tradycji protestancko-turańskiej, antymonarchistycznej i antykatolickiej duchowości rokoszowej I RP, która u schyłku tejże, odrodziła się w nowoczesnej formule insurekcyjnej, kontynuowanej potem przez lewicowo-masońsko-socjalistyczne tradycje napoleońskie i insurekcyjne w XIX w. To właśnie w imię tejże anarchistycznej i irracjonalnej politycznie tradycji Beck miał położyć los II RP na stosie wyższych ideałów walki „za wolność waszą i naszą”; walki podejmowanej wbrew elementarnym interesom narodu, który miano pchnąć do wojny z przeciwnikiem, z którym z góry nie miało się większych szans.

Piłsudczyzna, była bez wątpienia pewnym kontynuatorem tradycji insurekcyjnego szaleństwa. Ale ta duchowa gangrena w moim mniemaniu wcale nie odniosła największego triumfu w roku 1939, ale w roku 1944, kiedy stronnictwo Piłsudskiego było już na „odstawce”. Tymczasem życiowe dzieło Becka – sojusznicze porozumienie z Wielką Brytanią z 5/6 kwietnia 1939 r. – miało zupełnie inne podglebie ideowe, a co za tym idzie kryło za sobą całkowicie inne intencje, niż to się powszechnie uważa.

Józef Beck był jednym z najulubieńszych pupili Józefa Piłsudskiego. Od początku, tj. do zamachu majowego w 1926 r., był przygotowywany na stanowisko szefa MSZ. Miał na tym stanowisku kontynuować najważniejsze założenia ideowe Marszałka, także po jego ewentualnej śmierci. Stanowisko to objął ostatecznie dopiero w roku 1932. To właśnie opóźnienie związane było z wieloletnim dokształcaniem ulubieńca głowy państwa do jednego z najważniejszych stanowisk. A to kształcenie bynajmniej wcale nie odbywało się w duchu romantycznego idealizmu, humanistycznego uniwersalizmu, czy w idei walki za wszelką cenę o sprawy beznadziejne. Nie miało też nic wspólnego z rzekomym upajaniem się statusem kartonowego mocarstwa, które było raczej domeną elit ówczesnej Italii, niż II RP. To było kształtowanie na modłę cynika w stylu post-protestanckim, germańsko-anglosaskim; jednym słowem: w duchu XIX-wiecznego racjonalisty-nihilisty.

Systemat polityki zagranicznej Becka od samego początku opierał się na – wpajanej mu przez samego Piłsudskiego! – negacji jakichkolwiek wzniosłych idei, czy sentymentów, na tzw. „braku jakichkolwiek złudzeń”. To był wyraz klasycznej myśli oświeceniowej, opartej na Thomasie Hobbesie i jego post-chrześcijańskim „homo homini lupus est”. Świat polityczny w takiej optyce to świat dżungli, w którym zasady ustalają najsilniejsi gracze, czyli mocarstwa. W takim chaosie jedynym elementem organizującym ład jest geniusz tych, którzy stworzyli wielkie mocarstwa. To najsilniejsze państwa mają rację, bo ich siła była pochodną najwyższej rozumności jej mężów stanu.

Taka reguła racjonalności mocarstw to klasyczna, ustalona w XVIII w., a zaprowadzona choćby na Kongresie Wiedeńskim w 1815 r., materialistyczno-mechanistyczna idea „iustum aequilibrium” (sprawiedliwej równowagi). W takim właśnie świecie polityki zagranicznej „pozbawionej złudzeń” (czyli w nomenklaturze oświeceniowej: „pozbawionej wartości chrześcijańskich”) dopiero co odrodzona Polska musiała znaleźć swoje miejsce. Nie będąc mocarstwem, Polska musiała szukać – na wzór zwycięzcy epoki oświecenia, małych fryderycjańskich i bismarckowskich Prus – swojej szansy w ciągłym lawirowaniu między rekinami za pomocą systemów doraźnych sojuszy z wielkimi tego świata i bezwzględnym wykorzystywaniu każdej nadarzającej się okazji do zysku. Właśnie w takim ujęciu polityki moralne jest to, co zwiększa potęgę państwa, np. aneksja Zaolzia poprzez cios w plecy zadany zaszczutym i osamotnionym Czechom w roku 1938. Egoizm interesów i chłodna kalkulacja na wzór Albionu i Królestwa Prus – oto klucz w doszlusowaniu Polski do pierwszej ligi europejskich potęg. To właśnie takimi zasadami zawsze – moim zdaniem – kierował się w swojej pracy na niwie polityki zagranicznej Józef Beck.

Takie też racjonalistyczne zasady przyświecały Beckowi w momencie podpisywania w Londynie układu z 6 kwietnia 1939, oraz w momencie jego przekształcenia w traktat sojuszniczy z 25 sierpnia 1939. Intencją Becka nie było nigdy ani podłożenie się Polski na pierwszej linii niemieckiego ciosu dla ratowania angielskich bankierów czy francuskich fartuszkowców, ani żadne rojenia o możliwości samodzielnego pokonania Niemiec przez Polskę. Celem Becka było uniknięcie wojny. Jednym z ulubionych powiedzeń tegoż ministra w roku 1939 były słowa: „za mojego życia żadnej wojny nie będzie”! Taka pewność siebie nie była niewątpliwie wyrazem ogromnego ego samego zainteresowanego, swoistej pychy. Taka pewność siebie wyrastała nie tylko z ogromnej erudycji i politycznego doświadczenia, ale także z wpojonej za młodu dziewiętnastowiecznej wizji świata, w której w polityce wielkich mocarstw Europy nie ma miejsca na przypadki, lecz jedynie na chłodną kalkulację i racjonalizm jego decydentów; racjonalizm możliwy do przewidzenia. I tutaj tak naprawdę leżała istota błędu systematu Becka.

Otóż polski minister i pułkownik, szachując w 1939 r. Niemcy sojuszem z Wielką Brytanią, w jednej kwestii miał absolutną rację – po 6 kwietnia Hitler mógł już tylko albo spasować i odstąpić od dalszych planów wojennych, albo rozpętać wojnę w takim układzie geopolitycznym, w którym Rzesza skazana była na pewną zagładę. Intencją polskiego dyplomaty było bowiem stworzenie takiego systemu sojuszy – co mu się udało – że dalszy pochód Rzeszy na wschód musiał się zacząć od ataku na Polskę i jej zniszczenia. To musiało z kolei z jednej strony doprowadzić do wojny z Anglią i Francją, a z drugiej do ustanowienia przez Rzeszę wspólnej granicy z ZSRR, a w konsekwencji do spreparowania sojuszu świata anglosaskiego z Rosją, która musiałaby skutkować militarną klęską Rzeszy i realną groźbą komunistycznej apokalipsy. Niemcy mogły wepchnąć Polskę w wojenną przepaść tylko samemu w nią wpadając. I do tego momentu Beck miał rację!

Jednego wszakże nie potrafił przewidzieć. Jego klasycznie XIX-wieczna racjonalistyczna mentalność, oparta na wzorcach Anglii i Prus, nie była w stanie wyobrazić sobie w tych krajach „irracjonalnego idioty na tronie”. I nie chodziło tu bynajmniej o samego Adolfa Hitlera, którym Beck szczerze i słusznie pogardzał (choć bynajmniej nie tyle za moralny nihilizm, ile za polityczny infantylizm). Nawet, jeśli Hitler był głupcem pchającym swój kraj ku zagładzie, nawet jeśli taka była cała szajka NSDAP, to jeszcze przecież pozostawał hamulec bezpieczeństwa w postaci pruskich junkrów, tworzących nadal trzon korpusu oficerskiego niemieckiej armii. To właśnie niemiecka szlachta i arystokracja miała być tym kluczowym nośnikiem klasycznego oświeceniowego i racjonalistycznego instynktu samozachowawczego społecznych elit, które uchronią Niemcy przed samobójczym atakiem na Polskę.

To właśnie ta wiara w rozumność politycznych elit wielkiego mocarstwa, była – obok nieprzewidzenia możności taktycznego sojuszu nazizmu z komunizmem i zignorowania zagrożenia sowieckiego – podstawową przyczyną doprowadzenia Polski do zagłady w roku 1939. Wiara ta oparta była nie tylko na oświeceniowych mitach i zabobonach racjonalizmu, ale i na kompletnym niezrozumieniu prawdziwej natury niemieckiego narodu; na przecenianiu jego elit, i imputowaniu mu cech, których albo on nigdy nie posiadał, albo zostały one w społeczeństwie niemieckim zupełnie stłamszone właśnie przez duchowość pruską. Takie błędne rozumienie natury polityki nie było bynajmniej domeną samego Becka.

Filip Bauman

Dodaj komentarz