Symboliczny czerwiec

7 sierpnia 2014
obama

W trakcie obchodów 25. rocznicy „wyborów czerwcowych” w Polsce, mieliśmy tak wiele symboli, do tego tak ze sobą sprzecznych, że same obchody urosną z pewnością do rangi symbolu. Symbolu bezwstydu i hipokryzji lub zowiąc go bardziej technokratycznie, zwycięstwa propagandy nad rzeczywistością.

Symboliczne było niezaproszenie na obchody rocznicy NSZZ „Solidarność”, związku, który uczestniczył w tych wyborach pod nazwą Komitet Obywatelski „Solidarność”. Sumiennie natomiast postarano się o obecność byłych komunistów, takich jak Kwaśniewski, który w czerwcu 1989 r. ubiegał się o mandat, zresztą bezskutecznie. „Solidarność” ukarano, a uczynili to, wolni oczywiście od małostkowości, jej byli członkowie, którzy przetransformowali się kiedyś ze związkowców w neo-liberałów i liberałów.

Wolno przypuszczać, że w gronie świętujących znalazłby się i Wojciech Jaruzelski, gdyby tylko stąpał jeszcze po tym padole. Skorzystałaby na tym symbolika „pojednania”, a straciły jeszcze bardziej małostkowość i mściwość.

Neo-Obama

Barack Obama wybrał rocznicę „wyborów czerwcowych”, aby poinformować świat, że „czasy imperiów i stref wpływów się skończyły”. Obama znany jest z pewnych talentów aktorskich i oratorskich, którymi nadrabia m. in. słabą znajomość geografii i historii. Wprawdzie jego deklaracja nas cieszy, bo leży w interesie Polski, niemniej okoliczności „wyborów czerwcowych” nie pasują do niej zupełnie.

„Wybory czerwcowe” to nie sam wyborczy wynik. Wybory, jak wiemy, zadały sowieckiemu systemowi w Polsce sromotną klęskę. W szeregach komunistycznych zapanowała konsternacja, ale w otoczeniu Wałęsy przerażenie. Zwrócono komunistom ich głosy i pozwolono zbudować rząd. Kiedy ci nawet do tego nie byli zdolni, we wrześniu Mazowiecki zaprosił ich do objęcia kluczowych, siłowych resortów w swym własnym. Nieco wcześniej, w lipcu 1989 r. tegoroczni organizatorzy 25-lecia „wyborów czerwcowych” z otoczenia Komorowskiego pomogli Jaruzelskiemu zostać prezydentem „odświeżonej” (odpicowanej?) III RP.
Wszystkie te decyzje zapadały zgodnie z wolą, czy wręcz za namową administracji George’a Busha. USA potwierdzały w ten sposób zasięg sowieckiej strefy wpływów i sowiecką mocarstwowość. Takie były efekty neo-nixonowskiej polityki odprężenia i akceptacji stref wpływów.

Inland Empire

Media i rządzący przenieśli mnie 4 czerwca w świat filmów Davida Lyncha. Było podobnie jak w Inland Empire, gdzie opowieść kryje w sobie następną opowieści, obrazy nasycone są symboliką, bohaterowie mają różne tożsamości, słowa zdają się nic nie znaczyć, narratorem są gesty i mimika twarzy, rzeczywistość jest jakby zaklęta, panuje pozorny bezład, a całość, jeśli się zastanowimy, spaja żelazna logika.

Głównymi bohaterami obchodów byli ludzie, którzy odpowiadają politycznie za to, że świat stanął w tym roku na krawędzi III wojny światowej. Jeszcze niedawno Obama prowadził w tej części Europy politykę bezładu i bezwładu, która doprowadziła do kryzysu gruzińskiego, estońskiego i ukraińskiego oraz pozwoliła Rosji na kamuflowanie przyczyn katastrofy samolotu z polskim prezydentem na pokładzie.

Obama „wybielał” się w Warszawie przy pomocy Tuska i Komorowskiego, z którymi wspólnie utrącił projekt „tarczy rakietowej”. Aż do momentu krwawych zajść na Majdanie, w połowie kryzysu ukraińskiego, myśliciele ci, z porównywalną do Obamy erudycją, wschodnią politykę zagraniczną sprowadzali do poziomu kontemplacji białej ściany.
Pokusie „wybielania” Tuska i Komorowskiego uległy w Polsce media, historycy, socjologowie, politolodzy oraz politycy spragnieni etatów i akceptacji. Doktor Paweł Kowal uznał 4 czerwca za „najlepszy dzień prezydentury [Komorowskiego], który go pokazał jako polityka, który gra na arenie międzynarodowej, a nie tylko celebruje”. Niech mi wolno będzie zauważyć, że „pokazywanie”, że się gra to jest właśnie celebrowanie. Albo się gra, albo się pokazuje, że się gra.

Nagroda Imienia

Gdybym dostał przemówienie Obamy do ręki bez podania autora, pomyślałbym, że napisali je wspólnie Tusk i Henryka Krzywonos. Związanie przez Obamę spontanicznego protestu narodu z sierpnia 1980 r. z kontrolowanym podziałem władzy przez komunistów i okrągłostołowych „związkowców” w 1989 r., jest elementem mitu założycielskiego III RP.

Wałęsę Obama nazwał „człowiekiem, który przeskoczył mur stoczni, żeby poprowadzić naród do wolności”. Kto zagłębia się w „prowadzenie” Wałęsy zauważy, że ów rozbroił „Solidarność” przed „stanem wojennym” i przygotował ją komunistom na pożarcie, zaś jego prezydentura to okres m. in. tuszowania, jak to faktycznie było z tym „murem”.

Opinia: „zwycięstwo wyborów 1989 roku było ukoronowaniem stuleci walki Polaków”, to znany nam zabieg mieszania wyniku wyborczego z następstwem wyborów już „poprawionych”, zresztą na wniosek samej opozycji.

Powyższe manipulacje leżą nie w interesie Obamy, ale w interesie przedstawicieli „prawdziwej” „Solidarności”, tej Wałęsy, Krzywonos, Komorowskiego, Lityńskiego, Tuska, Niesiołowskiego, itd. Ciągłość polityki zagranicznej w USA nie polega na legitymizowaniu wszystkich decyzji poprzedników, ale na afirmacji interesów USA. Obama mówił więc do konkretnych słuchaczy. W imieniu Ameryki wyraził poparcie dla aktualnego obozu rządzącego w Polsce.
Sztab, który przygotowywał wizytę Obamy, wielkiego orędownika związkowców z AFL-CIO, mógł przeoczyć w planach uścisk dłoni z jakimś aktualnym związkowcem z „Solidarności”. Nie mógł jednak nie zauważyć, że idąca w Polsce po władzę partia opozycyjna sprzeciwia się „okrągłostołowej” narracji i odrzucana mity założycielskie III RP.

Jeśli chodzi o samego Obamę oraz to, ile wie o Polsce, myślę, że całą swą wiedzę zawarł w tym jednym zdaniu: „Organizujemy paradę z okazji dnia Konstytucji 3 Maja, każdego lata jest festiwal »Smaki Polonii«, jemy kiełbasę, pierogi i tego dnia wszyscy jesteśmy trochę Polakami”.

Złapali Tatarzyna

Zupełnie schizofrenicznym zabiegiem ze strony obozu władzy była uroczystość wręczenia Nagrody Solidarności im. Lecha Wałęsy. Jej nazwa dobrze oddaje intencje twórcy, który straszcie się z Wałęsą solidaryzuje: Nagroda im. Solidarności im. Wałęsy. Nagrodę otrzymał Mustafa Dżemilew, przywódca Tatarów krymskich. I to właśnie z Tatarami wiąże się jedyny, moim zdaniem, istotny punkt przemówienia Obamy. Prezydent USA wyartykułował wreszcie brak akceptacji dla aneksji Krymu, choć, co prawda, trafniejszym terminem, bardziej proukraińskim, byłaby „okupacja”.

Dżemilew porównuje mentalność Putina do mentalności Stalina i Hitlera. Ale nie czyni tego od kilku tygodni, tylko od lat. Krótko po otrzymaniu Nagrody im. Solidarności im. Wałęsy, w wywiadzie dla „Gazety Polskiej”, Dżemilew wyraził swe przekonanie, iż za katastrofą, w której zginął Lech Kaczyński i jego otoczenie, stoi osobiście Putin. Postawił więc tezę absolutnie nie do przyjęcia dla drugiego patrona Nagrody, nie mówiąc już o odpowiedzialnych moralnie i politycznie za okoliczności tragedii Tusku i Komorowskim.

Na koniec, prorosyjskiemu kiedyś prezydentowi USA oraz autorom polskiej, prorosyjskiej polityki z lat 2007-2013 dedykuję komentarz ukształtowanego przez kremlowskie media Rosjanina, jaki ukazał się 31 maja na Facebook-u Obamy:
„Alexander Renker: хотел бы видеть тебя и твою семью,да еще цру в газовой камере, я был бы счастлив!!!!”.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz