Symboliczny szczyt

1 lipca 2021

Fiona Hill, amerykańska kremlinolog, była dyrektor w Radzie Bezpieczeństwa Państwowego (NSC) w poprzedniej administracji, odpowiedzialna obszar Europy i Federacji Rosyjskiej, gościła niedawno w programie „Meet the Press” w związku z genewskim szczytem Biden-Putin. Hill odeszła z NSC przedwcześnie, dołączając do grona  świadków skandalu ukraińskiego, który doprowadził do drugiego impeahmentu urzędującego prezydenta. „Cóż, jeśli chodzi o symbolikę spotkania z amerykańskim prezydentem, absolutnie. To bardzo ważne zwycięstwo Putina” – oznajmiła prowadzącemu, Chuckowi Toddowi.

„Ale to nie jest wygrana, jeśli nic się z tego nie wydarzy” – dodała po chwili. Właśnie, sukces np. wizerunkowy, a sukces nawet taktyczny, to nie o samo. Hill tłumaczyła, że Putin potrzebuje tego spotkania przede wszystkim w celach propagandowych. W Rosji odbędą się w tym roku wybory parlamentarne, które będą naturalnie plebiscytem dotyczącym rządów i prezydentury Putina.

Większość amerykańskiego świata eksperckiego, ale i politycznego oglądała przygotowania do szczytu, potem jego przebieg, z zapartym tchem. Poprzedni, w Helsinkach w lipcu 2018 r. spowodował poważną traumę. Uczucie upokorzenia, po tym, jak własna głowa państwa, w obecności historycznego adwersarza podważyła wiarygodność własnego aparatu państwowego, zdominowało nastroje od prawa do lewa, czyli ponad podziałami politycznymi. Zresztą Donald Trump, jeszcze przed wyjazdem Bidena do Europy, sam przypomniał o swym szczycie i opublikował na emeryckim blogu osobliwy wpis:

„Jako prezydent miałem wspaniałe i bardzo owocne spotkanie w Helsinkach w Finlandii z prezydentem Rosji Putinem. […] Życzę powodzenia Bidenowi w kontaktach z prezydentem Putinem — nie zaśnij podczas spotkania i proszę przekaż mu moje serdeczne pozdrowienia!”.

Obserwatorzy obawiali się zarówno treści rozmów, jak i samej oprawy. Otoczeniu Bidena zależało więc na tym, aby prezydent wrócił z Europy jako przywódca zrestartowanego sojuszu transatlantyckiego i – w aspekcie polityki krajowej – mąż stanu. Stąd mocno zabiegano o to, by nic nie zakłóciło przedsięwzięcia, także po stronie partnerów europejskich. Jednakże wizyta Bidena, poza aspektem czysto wizerunkowym, była elementem pewnego strategicznego planu. Ów plan zasadza się budowie przyjaznego, a przynajmniej neutralnego, otoczenia międzynarodowego USA, w kontekście rywalizacji dwóch mocarstw. I Rosja jednym z tych mocarstw nie jest.

Ostatecznie Biden za przebieg szczytu w Genewie zebrał bardzo dobre recenzje wśród analityków i ekspertów. Zarówno zwolenników „jastrzębiego”, jak i „gołębiego” podejścia względem Kremla. Ekspertów ale niekoniecznie komentatorów politycznych. Wśród tych ostatnich często oceniano spotkanie liderów wycinkowo, przez pryzmat lokalnych interesów i właśnie owej symboliki. Podejście wyjątkowo w tym przypadku zwodnicze. Administracja bowiem ową doraźną symbolikę podporządkowała długofalowemu planowi, czyniąc zeń swoiste ustępstwo wobec strony przeciwnej. Obama w trakcie swego urzędowania podkreślał, że Rosja jest „regionalnym mocarstwem”, względnie „militarnym superpocarstwem”, czym zaznaczał, że Kreml nie jest dla USA równorzędnym partnerem. Okazywał mu lekceważenie, nie prowadząc zdecydowanej polityki ograniczania jego agresywnych zapędów. Zwrot „na Chiny” okazał się tedy, m. in. wskutek tych zaniechań i wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej w 2014 r., problematyczny.

Podejście administracji Bidena jest odwrotne. Rozpoczęła od mocnego tupnięcia, wprowadzenia szeregu sankcji, w tym zaległych, względem Kremla, m. in. za ingerencje w wybory w USA oraz prześladowanie opozycji, nazwania Putina „mordercą” i ponownie człowiekiem „bez duszy”, po czym rozpoczęła proces normalizacji roboczych stosunków. Biden w czasie szczytu, zrywając z praktyką swego dawnego szefa, mówił o Rosji z respektem jako o „wielkim mocarstwie”, sugerując równy status obydwu państw. Jakkolwiek by to nie brzmiało protekcjonalnie, mając świadomość, że w kategoriach parytetu siły nabywczej (PPP) gospodarka Federacji Rosyjskiej znajduje się nieco powyżej gospodarek Brazylii i Indonezji, zaś wydatki na obronność stanowią jedną piątą amerykańskich…

Biden wrócił do USA po szczycie wzmocniony. Nie było publicznego upokorzenia i faux-pas. Pomogła temu niewątpliwie rezygnacja, na wniosek strony amerykańskiej, ze wspólnej konferencji prasowej. Prezydenci nie zjedli także wspólnego posiłku. Spotkanie trwało zaledwie niespełna trzygodzinny. Krócej niż planowano. Nie oznacza to, że nie było owocne. Inaczej niż przedłużające się zwykle, ale bezowocne, spotkania Trump-Putin, było podobno bardzo konkretne i „konstruktywne”. Nie marnowano zatem czasu na spektakl kurtuazji i pogróżek. Biden w przeciwieństwie do Trumpa pojechał zresztą na spotkanie z Putinem przygotowany.  

W efekcie nawet u wspomnianego wyżej Trumpa pojawiły się tuż po szczycie „second thoughts” odnośnie rezultatu ostatnich wyborów prezydenckich w USA. Jakby przyznawał, że nie jest już amerykańskim prezydentem… W wywiadzie dla Seana Hannity’ego w „Fox News” stwierdził: „Szokujące, mieliśmy wygrać z łatwością 64-milionami głosów i dostaliśmy 75 milionów głosów. Nie wygraliśmy, ale zobaczmy, co się z tym stanie. Całość była szokująca”. Ale ostatecznie nie. Wkrótce powrócił bowiem do twierdzeń o „sfałszowanych wyborach”.

Biden po szczycie wyglądał rzeczywiście na wyczerpanego, Putin natomiast na pełnego energii. Sprawny medialnie rosyjski prezydent założył po prostu odpowiednią maskę. Wewnętrznie wyraźnie się gotował. Spotkanie z dziennikarzami po rozmowach z Bidenem było jeszcze jednym dowodem na to, że wcześniej nie spotkali się bynajmniej równorzędni partnerzy. W pojedynkę musiał się teraz tłumaczyć i sam rozgrzeszać. Odpowiadał zgryźliwie na pytania dotyczące sfery „praw człowieka”, posiłkując się taktyką erystyczną „tu quoque” czy „whatabout-yzmu”, czyli wypominania przede wszystkim rządowi USA jego przewin.

Jeżeli mowa o wysokokalibrowych efektach, spotkanie nie przyniosło żadnego istotnego zwrotu w relacjach. Biden nie poszedł w ślady Obamy i nie mówił o „resecie”, ani w ślady Busha, który zaprosił Putina do siebie na grilla.  Członkowie administracji jeszcze przed szczytem pomniejszali jego znaczenie. Jak Sullivan, doradca Bidena ds. bezpieczeństwa narodowego, stwierdził, że Biden chciał po prostu „spojrzeć prezydentowi Putinowi w oczy i powiedzieć mu: »oto amerykańskie oczekiwania«”. Słowem, pokazać mu, gdzie są granice w relacjach bilateralnych oraz zaprosić do koegzystencji i współpracy w obszarach wspólnych strategicznych interesów, m. in. reżimu kontroli zbrojeń. Reżim ten od lat się rozpada. W 2002 r. George W. Bush wycofał USA z traktatu ABM, ograniczającego systemy obrony przeciwrakietowej, w 2007 r. Putin Rosję z traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie, natomiast w 2019 r. Trump USA z INFT, ograniczającego broń jądrową średniego zasięgu oraz w 2021 r. z traktatu o otwartych przestworzach.

Spójrzmy na bilans wymiernych korzyści dla obydwu stron uczestniczących w genewskim szczycie. Przywódcy zgodzili się przywrócić swych ambasadorów wezwanych w marcu przez Kreml i w kwietniu przez Waszyngton na konsultacje oraz rozpocząć negocjacje nad przedłużeniem New START, wygasającym w 2026 r. I w sumie tyle. Miano rozpocząć dialog w kwestii cyberbezpieczeństwa, ale w to, iż Rosja zrezygnuje ze swojego głównego, obok argumentu w postaci broni jądrowej, asymetrycznego atutu, wierzyć trudno. Zresztą tuż po zakończeniu szczytu Putin stwierdził, że większość cyberataków dokonuje się z terytorium Ameryki…

Spotkanie przypominało raczej rozmowy statecznego władcy z szefem pirackiego państewka na Antylach i ostrzeżenie, by ten powstrzymał swe zasoby ludzkie od łupienia i nękania swoich podopiecznych oraz obywateli innych regionów. Biden zasugerował interlokutorowi, że jeśli ten nie przestanie go kąsać, zdenerwuje się i wyruszy nań z ekspedycją karną. Biden przekazał Putinowi listę 16 obiektów krytycznej infrastruktury USA, które mają mieć status nietykalnych.  

Wertując niedawno jedną z rodzimych ekspertyz dotyczącą szczytu Biden-Putin przeczytałem w podsumowaniu, że „sukcesem” Kremla był już samo spotkanie. Jego przebieg Kreml zinterpretuje jako oznakę słabości USA i zachętę do wzmożenia agresywnej polityki. Ta ostatnia jest immanentną cechą reżimu putinowskiego. Trudno by z niej zrezygnował. Ocena wydarzenia zależy zarówno od perspektywy, z której analizuje się problem, a często również od bieżących zapotrzebowań odbiorcy czy zlecającego. Jeśli ma być skuteczna, powinno wiać z niej chłodem…

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz