Starsi i młodsi partnerzy

11 sierpnia 2020
Źródło: Wikipedia

W wyborach, które zakończyły się w ostatnią niedzielę, bo trwały aż od 4 sierpnia, wedle białoruskiej, reżimowej Centralnej Komisji Wyborczej, zwyciężył Aleksandr Łukaszenka. Raczej spodziewanie. Równie spodziewanie wiadomość ta wywołała protesty w większych, a w końcu i w mniejszych białoruskich miastach. Spodziewała się ich władza, która doświadczała protestów już w trakcie kampanii wyborczej, w której nie brakowało nagłych zwrotów akcji, takich jak aresztowań  kandydatów i pracowników sztabów wyborczych czy odmowa rejestracji list. Wreszcie podobnego rezultatu wyborczego spodziewał się tzw. „świat zachodni”, dysponujący instytucjami, organizacjami i zasobami, mogącymi uczynić to, czego reżim Łukaszenki akurat się nie spodziewa.

Bo spodziewa się, a na pewno liczy na bierność Zachodu. Bierność okraszoną oświadczeniami i wezwaniami do poszanowania „standardów demokratycznych”, o których na Białorusi (lub „w Białorusi”, jak karzą pisać i mówić co bardziej wrażliwi Białorusini) nigdy nie słyszano. Z gratulacjami dla białoruskiego autokraty pospieszyli dwaj inni prezydenci mający problem z legitymacją swej władzy, rosyjski, Władimir Putin i chiński, Xi Jinping. Obydwaj niedawno uporali się z problemem, który pętał ich ambicje i rozbudzał wyobraźnię rywali – kadencyjności. Problemem obcym akurat dla Łukaszenki.

W międzyczasie Putin i Jinping przetestowali, z wynikiem dla siebie pozytywnym, spoistość międzynarodowych sojuszy polityczno-wojskowych, pokazując zarazem wyższość tych finansowych i gospodarczych. Faktyczna aneksja Hong Kongu  przez ChRL, będąca pogwałceniem bilateralnej umowy brytyjsko-chińskiej z 1984 r. sankcjonującej autonomię wyspy, spotkała się z nieskoordynowanym, delikatnie mówiąc: symbolicznym, odwetem ze strony „zachodnich” potęg zasiadających  w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

USA, zgodnie z linią polityki zagranicznej obowiązującej aktualnie w Waszyngtonie, w gruncie rzeczy odizolowały się od wyspy, bo tak należy ocenić wagę sankcji nałożonych na ChRL, na co zresztą Pekin odpowiedział własnymi. Senatorowie Ted Cruz i Marco Rubio nie wjadą przez czas jakiś na teren „czerwonego smoka”… Z kolei strona owego układu, definiującego ustrój Hong Kongu, bodaj najlepiej zobrazowała reakcję „świata zachodniego”, Również za pomocą sankcji. Zawiesiła, podkreślmy, układ ekstradycyjny z wyspą i obwieściła, że rozszerzy na nią embargo na broń nałożone na ChRL w 1989 r. Brzmi nieźle, gdyby nie pewna drobna kwestia. W obszarze polityki zagranicznej i wojskowości Hong Kong, w myśl wzmiankowanego układu, i tak pozostawał przez cały czas pod kontrolą Chin.

Bruksela sprowokowana przede wszystkim reakcją Waszyngtonu, nałożyła własne sankcje, obliczone przede wszystkim na „ograniczenie eksportu sprzętu mogącego służyć represjom”… Również postanowiła zweryfikować swe stanowisko wobec umów ekstradycyjnych. Konkludując: Jinping pokazał, że po aneksji Krymu, „świat zachodni” nie wypracował żadnych mechanizmów samego nawet reagowania na tego rodzaju działania. Zachował się niemalże tak samo. Włącznie z tym, że pozostał w praktyce głuchy na wieści o represjach, jakie trwają w Hong Kongu w nowych dlań okolicznościach prawnych, podobnież, jak pozostawał i pozostaje głuchy na okrutne represje dokonujące się na Krymie.

Bierność, a następnie głuchota „świata zachodniego” w obliczu tak jaskrawy gwałtów dokonanych na tzw. „prawie międzynarodowym”, stanowi bezcenne źródło informacji dla reżimów, takich jakich jak białoruski, krążących po orbicie rosyjskiej i chińskiej. Reżim białoruski można bowiem, podobnie jak ten panujący w Korei Północnej (mając świadomość ułomności takich porównań), określić mianem „junior partner” dla reżimu dominującego, w tym wypadku Rosji. Dla Korei „senior partner” pozostają Chiny, aczkolwiek, choć uzależniona odeń surowcowo i gospodarczo, w przeciwieństwie do Białorusi, graniczy z Rosją, dzięki czemu reżim od dekad uprawia politykę balansowania oraz przede wszystkim posiada ważki argument pozwalający na projekcję globalnego szantażu – broń jądrową. W tym sensie reżim Białoruski znajduje się w gorszym nawet położeniu, aniżeli postsowieckie republiki Azji Centralnej, często zasobne w surowce i graniczące z drugim „senior partner”. W praktyce zmuszony reżim Łukaszenki jest balansować między „senior partner” a „światem zachodnim”, nie posiadając żadnych imponujących narzędzi szantażu (nie licząc infrastruktury przesyłowej ropy i gazu).

Lekcja dla autokraty brzmi: „świat zachodni” przegrał kolejny pojedynek ergo jest słaby. „Junior partner” usztywnia stanowisko. Właśnie m. in dlatego reżim białoruski pozwala sobie na obserwowane w czasie rzeczywistym akty pewności siebie, czyli dość śmiały wynik wyborczy mówiący: nic się nie zmieniło oraz nadzwyczajną przemoc wobec powyborczych protestów, które w skutek tego przerodziły się w bitwy uliczne. Oficjalny wynik ok. 80% jest zbliżony do wyników z poprzednich wyborów prezydenckich i niemalże tożsamy z tym, jaki Łukaszenka otrzymał, gdy po raz pierwszy zwyciężył w 1994 r.

Reżim zatem nie może okazać słabości wobec społeczeństwa, tej aktywnej części, której siłę jeszcze lekceważy, ryzykując jedynie koszty usztywnienia stanowiska wobec „świata zachodniego”. „Świata zachodniego”, który nie chce przecież, żeby Białoruś wpadła w Rosyjskie ręce, jak gdyby wyszła z tych objęć. Który, we własnym przekonaniu, jest świadkiem „otwierania się” od kilku lat Białorusi na Zachód, partycypując w transformacji gospodarczej, czyli prywatyzacji i inwestowaniu w niektórych sektorach białoruskiej gospodarki. Jedyną niewiadomą dla autokraty, jak pokazują wypadki, żeby nie szukać daleko, na Ukrainie, jest permanentna utrata ulicy, bo wówczas czas zaczyna grać na jego niekorzyść i potęgować ryzyko. A wówczas o bezpieczeństwo białoruskich obywateli zatroszczyć się może zechcieć „senior partner”.

Jeśli reżim przed wyborami, najpewniej słusznie, oskarżał Kreml o prowokacje wyborcze, aktualnie skierował ostrze swej propagandy przeciwko swoim zachodnim sąsiadom. M. in. przeciwko Polsce. Trochę niesłusznie. W regionie politykę sensu stricte wobec Białorusi oraz wobec białoruskiego społeczeństwa realizuje Litwa, współspadkobierca kulturowy dawnego Księstwa Litewskiego, gdzie zresztą schroniła się po wyborach, wcześniej wywożąc tam dzieci, Swiatłana Ciachonouska, główna kontrkandydatka Łukaszenki. Litwa prędko poparła propozycję Polski odnośnie zwołania specjalnego posiedzenia Rady Europejskiej w sprawie sytuacji na Białorusi. Ale Litwa nie stanowi żadnego zagrożenia dla reżimu w Mińsku. W sensie en block „Zachód”, który mógłby takie stanowić, prowadzi działania improwizowane, jeśli nie rzec chaotyczne. Żeby tylko wspomnieć kreowanie przez rozmaite NGO-sy prześladowanych przez reżim jego byłych przedstawicieli, na ikony walki o prawa obywatelskie (casus Viktara Babaryki), lub pozbawione konkretnych zapowiedzi, terminów i żądań tweeterowe oświadczenia oficjeli rozpoczynające się od: „jesteśmy głęboko zaniepokojeni”.

Jakiego ostrza  zatem Mińsk może spodziewać się ze strony „świata zachodniego”? „Zachód”, szczególnie „zachód” europejski uczynił bardzo wiele, aby zdezawuować znaczenie tzw. „woli społeczeństwa” i „procesów demokratycznych”, przyczyniając się do wygaszenia wewnętrznej swej motywacji do walki o demokrację m. in. na Białorusi. Jeszcze niedawno mieszkaniec „Zachodu” mógł przeczytać w mediach takie tytuły i śródtytuły, jak: Polish opposition challenges outcome of presidential election, OSCE labels election „tarnished” czy Irregularities and media bias, naturalnie odnoszące się do ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce. Ilość tych materiałów, przytłaczająca, w zestawieniu z np. z obecnymi dotyczącymi Białorusi, musi stwarzać u zachodniego odbiorcy  wrażanie, że Warszawa fałszywie troszczy się o stan demokracji u swego wschodniego sąsiada, bo w niej samej obowiązują białoruskie standardy, a rządzi „nacjonalistyczny” reżim. Ta z kolei narracja mediów jest wprost konsekwencją swoistego „bullying”, jakie instytucje nie tylko unijne, uprawiają wobec rządu polskiego, ale i poniekąd wobec Węgier.

Sytuacja na Białorusi nabrała potężnej dynamiki i jeżeli nawet reżimowi Łukaszenki uda się stłumić tymczasowo protesty, wyjdzie z wyborów A. D. 2020 mocno osłabiony, przede wszystkim wobec swego „senior partner”. Część polskich analityków wciąż przekonuje, że Łukaszenka ocalił Białoruś od bycia zjedzoną przez „senior partner”. W rzeczywistości prowadząc wieloletnią sowietyzację i rusyfikację własnego społeczeństwa, uzależniając Białoruś gospodarczo i wojskowo od Rosji, przygotował ją – żeby pozostać przy trawieniu – na talerzu, gotową na bycie zjedzoną, gdy tylko okoliczności i czas Kremlowi na to pozwolą. Białoruś znalazła się w dziejowej pułapce, z której wydostać ją może splot okoliczności o doniosłym znaczeniu. Te zaś przybliżyć mogą coraz liczniejsze generacje świadomych Białorusinów, pozbawione postsowieckich kompleksów, ogrzane blaskiem „Zachodu” oraz liderzy regionalni, na których głos czekają nie tylko zbuntowani Białorusini, ale i inne państwa, także i te mające klucze do dziejowego skarbca tradycji Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wszyscy czekają na głos Polski.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz