„Stadna odporność” czyli dokąd zabiera nas pasterz

19 maja 2020
Źródło: Wikipedia

Nie milkną głosy nawołujące do budowania „stadnej odporności” na wirusa SARS-CoV-19. Nie tylko nie milkną, ale wydają się coraz liczniejsze. Jesteśmy bogatsi o doświadczenie naszych przodków, mimo to dajemy się zwodzić popularnym teoriom, którym, jeśli spojrzeć na nie pod mikroskopem, brakuje stabilnej, nie tylko empirycznej, podstawy. Mówi się, że pamięć ludzka jest krótka i zawodna. Uczymy się szybko, często na własnych błędach, ale wiedza ta staje się coraz bledsza i w każdym kolejnym pokoleniu. Nawet w czasach zarazy „hiszpanki” nie było rządu, który wyznaczyłby sobie za cel osiągnięcie „stadnej odporności” swego społeczeństwa. Zadziała się on w wielu miejscach globu „spontanicznie”, w okresie tzw. „drugiej fali”, mocno podnosząc statystykę zgonów. Dziś jesteśmy dopiero na początku pandemii.

Oczy ciekawskich zwrócone są na przebieg eksperymentu szwedzkiego. Uznano go powszechnie pierwszą próbę zbudowania „odporności stadnej” na szalejącego wirusa. Szwecja w debacie politycznej uchodziła dotąd za państwo, gdzie z powodzeniem realizowano inny ważny eksperyment, tzw. „socjalistyczny”. Oczywiście spór zaczynał się dopiero na etapie rezultatów owego eksperymentu. Wedle przedstawicieli progresywnej lewicy amerykańskiej, w Szwecji zbudowano „demokratyczny socjalizm”, tryskający prawdziwym, pozbawionym sztucznych konserwantów mlekiem i miodem. „Model Szwedzki”, stanowi po dziś dzień ideologiczną szalupę ratunkową tejże lewicy, po niepowodzeniu eksperymentów: sowieckiego, kubańskiego czy wenezuelskiego. Z kolei, zmarginalizowana obecnie w USA, prawica konserwatywna chętnie porównywała ów socjalizm do, kolektywistyczno-etatystycznych w swej istocie, eksperymentów faszystowskich, gdzie wszechobecne państwo ukryło się za fasadą narzuconej jedności i pozornej wolności.

Dziś obserwator amerykańskiej sceny politycznej może doznać pewnego szoku. Bernie Sanders może się czuć okradziony z pomysłu na transformację Ameryki. Szwecję chcieliby transplantować za Wielką Wodą tamtejsi libertarianie, wolnościowcy bez podziału na kategorie i zwolennicy charyzmatycznej jednostki, czyli trumpiści. By się o tym przekonać, wystarczy odwiedzając strony magazynów „National Review” lub „Reason”, albo też włączają kanał „Fox News” i wsłuchując się w wywody takich osobowości, jak Tucker Carlson czy Laura Ingraham. Tymczasem związany z Partią Demokratyczną progresywiści dosłownie zamilkli. Nie tylko dlatego, że zwycięstwo Bidena w prawyborach pogrzebało chwilową projekt budowy superpaństwa opiekuńczego. Polityka socjaldemokratycznego rządu w Szwecji pokrywa się z polityką aktualnego przywódcy republikanów. Wymienione wyżej ośrodki światopoglądowe, rozpychające się mocno na amerykańskiej prawicy, chwalą rząd szwedzki za to, iż nie wprowadził „lockdownu”, a kwestię dystansowania się społecznego pozostawiła obywatelom. I tyle. W tym miejscu kończy się analiza szwedzkiego eksperymentu… Ot tak, strony sporu, „trumpiści” i „sandersowcy”, na forach piszący do siebie per „faszyści” i „komuniści”, zamienili się miejscami.

Owszem, w Szwecji szkoły i sklepy pozostają otwarte, a w kawiarniach jest tłoczno. Rząd natomiast, miast nakazów i zakazów, publikuje głównie rekomendacje. Jednakże pewne obostrzenia w Szwecji obowiązują, a te najnowsze ustalają np. limit zgromadzeń do 50 osób. Jeśli nawet przyjąć, że Szwedzi otrzymali taryfę ulgową w czasie epidemii, na tle innych państw, wszystkie nakazy i zakazy, na które utyskiwali przeciwnicy „modelu szwedzkiego”, a które determinują ich codzienne życie, pozostały w mocy. W rzeczywistości szwedzkie podejście do epidemii ma niewiele wspólnego w wolnością jednostki, więcej zaś z tradycją „społecznego konsensusu” i „społecznej kontroli”.

Główny rządowy ekspert, epidemiolog Anders Tegnell i jego współpracownicy założyli, że walka z epidemią nie ma sensu. Uzyskanie „stadnej odporności” jest rzeczą nieuniknioną i nie można jej przeszkadzać. By nie psuć obywatelom samopoczucia, jak przyznaje Tegell, władze nie stosują pojęcia „stadna odporność”, starają się używać bardziej neutralnych zamienników. Nie mówi się również o przewidywanych konsekwencjach owej strategii, a raczej abdykacji z tejże. Krytyków takiej polityki przybywa z każdym dniem. Obostrzenia dotyczące wolnego słowa, polegające na stosowaniu nowomowy i autocenzurze, ośrodki monitorujące demokrację z powodzeniem mogłyby zaliczyć do działań nie-demokratycznych, a państwowego rodzica uznać za „nadopiekuńczego”. Zresztą owa wręcz instytucjonalna cenzura dotyka krytyków polityki Tegella i socjaldemokratycznego rządu. Kontestatorzy są sekowani w środowisku, pozbawia się ich dostępu do szerszych łam prasowych. Uciekają więc do Sieci i zakładają blogi. Do „podziemia” wraz z nimi schodzi m. in. dyskusja na temat rekordowej wśród państw nordyckich śmiertelności, nad scenariuszami rozwoju epidemii i skutkami kolejnych „fal”.

Wracając do liberalnego jakoby podejścia do obostrzeń. Weźmy na warsztat szkoły. Wbrew przekonaniu wspomnianych wolnościowych zwolenników eksperymentu szkoły pozostały otwarte nie dlatego, iżby chciano uszanować czyjąś wolę. Uczęszczanie do szkoły w Szwecji jest obowiązkowe. Państwo egzekwuje w ten sposób de facto swą rodzicielską kontrolę nad dziećmi oraz społeczną nad… rodzicami. Nauczanie domowe jest nielegalne. Jedynie chore dzieci są zwolnione od tego obowiązku i pozwala się im pozostać w domu. Domowe nauczanie uznawane jest przez państwo za atak na prawo dziecka do partycypowania w życiu publicznym oraz za domniemanie znęcania się nad nim. Zatem nie posyłając dziecka do szkoły w dobie pandemii szwedzcy rodzice mogą stracić prawa rodzicielskie. Obecnie ważą się losy wielu rodzin, które w obawie przed zarazą pozostawiły dzieci w domach. Możemy wymienić wiele innych dobrodziejstw „modelu szwedzkiego”, nadających się na senny koszmar każdego wolnościowca i libertarianina. Przykładowo postępującą właśnie na oczach Szwedów ekspansję sektora państwowego, mającego już wcześniej opinię monstrualnego, oraz wzrastające uprawnienia rządu czy związków zawodowych. Ale nie zaprzątajmy sobie tym głowy.

Zanim przystąpimy do naszego, historycznego eksperymentu, zastanówmy się, czy fundament położony pod eksperyment szwedzki, składa się z solidnego budulca danych. Czytamy dziś o licznych i różnych od siebie objawach choroby Covid-19. Wiemy jakie są najbardziej zagrożone grupy, choć liczba wyjątków od tej prawidłowości rośnie. Znamy szacunkowy odsetek zgonów, dla różnych populacji i dla światowej, choć jesteśmy dopiero na początku pandemii. Wiemy, które prognozy się sprawdziły, a które chybiły. Dziś wiemy więcej niż politycy szwedzcy, gdy implementowali swój eksperyment. Lecz nawet dziś nie wiemy na co się Szwedzi uodparniają. Owym budulcem są zatem pewne przypuszczenia i szacunki, z grubsza zakładające, że „wirus” będzie „się zachowywał” tak jak teraz, na konkretnym terytorium. Eksperyment zasadza się zatem na teorii dostosowanej do konkretnego szczepu, co wyklucza jej uniwersalizm. Bo czy nawet w Szwecji znalazłby się odważny, który rzuci hasło uodpornienia wielomilionowej populacji na wirusa Ebola, MERS lub Marburg? Wątpliwe, by znalazł się śmiałek, który postanowiłby uodpornić swych rodaków na wirusa podobnego do A/H1N1, czyli „hiszpanki”, uwięzionego i pilnie strzeżonego obecnie w laboratorium w Atlancie, w Georgii. Osiągi zbliżone do wirusa Eboli posiada „ptasi” szczep A/H5N1, zbierający żniwo rzędu 60%. Wirus uważany jest za jedno z największych pandemicznych niebezpieczeństw.

Przenieśmy się teraz w przeszłość i raz jeszcze spróbujmy wyciągnąć wnioski z historycznej lekcji „hiszpanki”. Rząd Szwecji rzucił bowiem wyzwanie również „nauczycielce życia”. W 1918 r., gdy mierzono się z pandemią, rządy sięgały po sprawdzone wielowiekowe rozwiązania. Ogniska epidemiczne otaczano tzw. kordonem sanitarnym. Termin ów wywodzi się z XVII-wiecznej Francji. W praktyce dotkniętą zarazą miejscowość odgradzano fizycznie od reszty danej prowincji, region zaś od reszty państwa. Dookoła ogniska ustawiono posterunki pilnujące szczelności pierścienia sanitarnego. Kordonem sanitarnym obejmowano także granice całych państw. Władze II RP objęły kordonami sanitarnymi wschodnie połacie państwa, chroniąc swych obywateli przed epidemią chorób przenoszonych przez przybywających do Polski repatriantów z Rosji i wschodniej Ukrainy. Skutecznie zdławiono tym sposobem m. in. epidemię tyfusa brzusznego i tyfusa plamistego, szalejących ramię w ramię z „hiszpańską grypą” . Przykładowo na tyfusa plamistego chorowało w 1919 r. ok. 220 tys. obywateli, w 1923 r. zaledwie ok. 11 tys.

W drugiej połowie XX w. kordony sanitarne uznawane zostały na Zachodzie za swoisty anachronizm. Wróciły gwałtownie w 2014 r., za pełną aprobatą tegoż Zachodu, w Zachodniej Afryce, gdy trzy dotknięte wirusem Eboli państwa odcięły od świata region uznawany za źródło powodowanej przezeń „gorączki krwotocznej”. Szwecja należała do wiodących aktorów walczących z tą epidemią. Zachód skorzystał z metody „prymitywnych” kordonów przed kilkoma miesiącami, walcząc u siebie z pandemią „wuhanki”. Polska otoczyła kordonem swe granice 15 marca bieżącego roku.

Kolejnym sposobem walki z „hiszpanką” było zastosowanie tzw. kwarantanny. „Wynalezienie” słowa kwarantanna przypisuje się XV-wiecznej, europejskiej potędze handlowej, Wenecji. Pochodzi ono od włoskiego słowa quarantena. Sam zabieg jest znacznie starszy. Wenecjanie obejmowali kwarantanną statki przybywające z Lewantu, mogące przewozić dodatkowy ładunek w postaci niewidzialnego wroga. Pod burtą, w zakamarkach czaiły się gryzonie doskwierające każdej flocie gryzonie. Szczury. Po szczurach hasały wszy, nosiciele np. bakterii rzeczonego tyfusu. Statki zarzucały w porcie kotwicę przechodząc na 40-dniową drzemkę. Po jej ustaniu, marynarze i pozostali pasażerowie mogli zejść na ląd. Tak było w średniowiecznej Wenecji. Kwarantanna wieków nowożytnych polegała na izolowaniu chorujących osób i rodzin od reszty wspólnoty, w konkretnym miejscu i przez czas dłuższy, aniżeli okres trwania stanu zakaźnego choroby.

Zdarzały się bardziej niekonwencjonalne metody, bardziej skrajne. Druga fala choroby mocno wystawiła raczkującą opiekę zdrowotną państw rozwijających się na wielką próbę. Przepełnione chilijskie szpitale na przełomie 1918 i 1919 r. odsyłały pacjentów do domu. Jako, że pierwsza fala generalnie ominęła Południową Amerykę, władze parlamentarnej republiki zostały zaskoczone od razu epidemicznym tsunami. Przekonane, że walczą z epidemią tyfusu, sformowały tzw. „sanitarne brygady”. Pierwsze symptomy tyfusu rzeczywiście przypominały objawy grypy: gorączka, ból głowy, nudności. Brygady wdzierały się do domów objętych kwarantanną, zmuszały mieszkańców do rozebrania się, a następnie mycia się i golenia ciała. W niektórych zakątkach eksmitowały ludność całych miejscowości, przystępując do dezynfekcji. Walcząc z wszawicą, narażały gromadzące się przed domami skupiska ludzkie na wydostającego się z jam ustnych i nosowych wirusa.

„Hiszpanka” zaatakował świat, który posiadał już zręby państwowych systemów nadzoru epidemiologicznego. Była to zasługa rozwoju medycyny konwencjonalnej, nauki jako takiej, wreszcie doświadczeń pandemicznych drugiej połowy XIX w., m. in. „rosyjskiej grypy”. W owym 1918 r. lekarz, który zdiagnozował zakaźną chorobę był zobowiązany poinformować władze lokalne, prowincjonalne lub rządowe organa odpowiedzialne za opiekę zdrowotną.  „Hiszpanka” zaatakowała nagle, w trakcie trwającego jeszcze konfliktu zbrojnego. Władze, a ściślej działający w ich imieniu urzędnicy, nie byli w stanie ewaluować napływających z prowincji informacji o nowych ogniskach chorobowych, zarówno tych, pochodzących od co bardziej przytomnych lekarzy, jak i tych podawanych w lokalnej prasie. To wpływało na szybkość reakcji.

Ba, powstały odpowiednie organa międzynarodowe, dedykowane temu problemowi. W 1907 r. państwa europejskie powołały do życia Międzynarodowe Biuro Higieny Publicznej z siedzibą w Paryżu. Pełniło ono rolę centralnego magazynu danych o chorobach, a zarazem nadzorcy międzynarodowych przepisów naówczas jeszcze dotyczących kwarantanny statków. W czasach sprzed samolotów porty stanowiły główne międzykontynentalne węzły komunikacyjne. Od wieków to właśnie w pobliżu portów lub na pobliskich wyspach powstawały szpitale zakaźne i lazarety dla gorączkujących, z zewnątrz przypominające zresztą więzienia.

Obok kordonów sanitarnych i kwarantanny, rządy podejmowały się działań prewencyjnych, wprowadzając liczne obostrzenia. Wiedziano wtedy, że niewidzialny wróg, drobnoustrój, czy coś znacznie bardziej złowieszczego, przenosi się drogą kropelkową. Wdrażały, z mniejszą lub większą konsekwencją, w zależności od posiadanych narzędzi, środki społecznego dystansu. Zamykano szkoły, teatry i miejsca modlitwy. Odwoływano masowe imprezy i pomniejsze wydarzenia. Wprowadzano ograniczenia w transporcie publicznym, a w portach i na dworcach kwarantannę. Te ostatnie starannie dezynfekowano. Wreszcie władze różnych szczebli rekomendowały, z różną stanowczością, noszenie maseczek ochronnych. Sam obyczaj noszenia maseczek z kilku warstw gazy narodził się w Japonii. Maseczka miała odcinać drogę zarazkom, ale zdania na to, czy spełnia tę rolę, były podzielone. Tym niemniej zaczęto je nosić na całym świcie.

W USA nakazy takie wprowadzano na poziomie lokalnym. A mowa tu o USA, bo wszelkie obostrzenia przeciw-epidemiczne budziły tam spore emocje, prowadząc nierzadko do scen paralelnych dla tych współczesnych. Obrońcy przyrodzonej im „wolności” mieli zasadniczy wpływ na późniejsze statystyki zachorowań i zgonów. Jesienią 1918 r. z takim właśnie dylematem musiał zmierzyć się władze San Francisco. Uległy niezadowolonej mniejszości. W mieście powstała nawet… Liga Anty-Maseczkowa. Zniosły więc ten uciążliwy dla niektórych obowiązek i „otworzyły miasto”. Była to wszakże, nawet na tle dość liberalnej w kwestii obostrzeń Kalifornii, unikatowa decyzja. Skutki tej decyzji nie kazały na siebie długo czekać. Tuż po Nowym Roku przyrost zachorowań wynosił 600 przypadków dziennie. Gorsza była statystyka śmierci, bo San Francisco poniosło w tym względzie olbrzymie straty. W rankingu najbardziej dotkniętych epidemią miast, plasowało się w samej czołówce. Na 500 tys. mieszkańców, 45 tys. zachorowało, a 3 tys. zmarło.

Tego rodzaju historycznych danych porównawczych, potwierdzających, iż obostrzenia spełniają swoją rolę, można przytoczyć więcej. Najdobitniej oddają swą istotę w świecie kolonialnym, pozbawionym wzmiankowanych wyżej rozwiązań systemowych. Tam zresztą odsetek śmierci był największy. Na Filipinach, zamieszkałych przez szacunkowe 10 mln. ludzi zginęło 80 tys. Statystyki śmierci były drastycznie niższe na terenach, gdzie stacjonowały kolonialne wojska amerykańskie. Tam Filipińczycy obejmowani byli kwarantanną, aczkolwiek Amerykanom zależało przede wszystkim na zdrowiu filipińskich poborowych. Przez cały czas przekonani byli, że nowa choroba jest lokalną grypą. Nazywali ją miejscowym odpowiednikiem tego słowa – tranzano. Nie powiązali epidemii z pierwszym ogniskiem w porcie Manila. Nie przedsiębrali też żadnych środków, by ochronić ludność.

Na Samoa Amerykanie szybciej zdali sobie sprawę, że mają do czynienia ze zjawiskiem „importowym”. Wywnioskowali wręcz, że autochtoniczna ludność, w wyniku wielowiekowej izolacji, jest bardziej zagrożona jego następstwami, od białej, osadniczej ludności. Odrobili lekcję z historii wypraw Wielkich Odkrywców. Wprowadzili na okupowanych przez siebie terenach ścisłą kwarantannę. W skutek tego miejscowa ludność nie poniosła praktycznie żadnych strat. Jednakże ten sam błąd, co ich rodacy na Filipinach, popełnili sąsiedzi, okupujący ówczesne Zachodnie Samoa. „Hiszpankę” przywiózł tam parowiec płynący z portowego Auckland w Nowej Zelandii. Nowozelandczycy nie zdusili ogniska w zarodków. Uznali grypę za lokalne zjawisko, czego konsekwencje były dramatyczne. Zginął jeden na czterech Samoańczyków. W dwa miesiące. A tragedia znacząco wpłynęła na losy tej części archipelagu.

Przesuwając się w kierunku północnym i zatrzymując w Chinach, gdzie noga kolonistów nie stała wciąż pewnie, obostrzenia nie miały scentralizowanego charakteru. Chory organizm państwowy z konieczności scedował działania przeciw-epidemiczne na lokalnych włodarzy. Ci z pomocą znanych im i tradycyjnych raczej środków próbowali walczyć z zarazą. Odsetek ofiar mimo to był gigantyczny i miał wynosić miliony, między 4 a 9. Percy Wattson, Amerykanin prowadzący szpital w dzisiejszym Fenyangu wspominał, że „całe rodziny były ofiarami” nowej choroby. „Żadna rodzina, którą dotknęła choroba, nie umknęła śmiertelności niższej, niż 80 lub 90 procent. Uratowały się głównie małe dzieci”.

Społeczeństwo chińskie, jeżeli idzie o poziom świadomości w obszarze medycyny, było w głębokim europejskim średniowieczu. W całej prowincji Shanxi, liczącej 11 milionów, miała być garstka kilkunastu osób, które wątpiły w możliwości chińskich znachorów. Na statystyce śmiertelności zaważył zatem m. in. poziom medycyny, opartej na tradycyjnych wierzeniach. Pacjentów leczono np. biciem w bębny, skutkiem czego „smoczy bóg” miał wypędzać z całej wioski chorobowe „diabły”. Zaważyła również wrogość wobec Zachodu, który kojarzył się z okupacją i deprawacją. To z kolei rzutowało na pracę misjonarzy, którzy byli jedynymi nośnika konwencjonalnej, na ówczesne czasy, medycyny. Wielu z nich padło ofiarami tzw. „powstania bokserów” z l. 1899-1901, buntu wszczętego przez ezoteryczną tajną organizację Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju, wymierzonego we wpływy mocarstw kolonialnych, Japonii i słabej rodzimej dynastii, choć głównym obiektem wrogości byli chrześcijanie. Rewoltę stłumiły oddziały ekspedycyjne tychże zachodnich mocarstw…

Historyczne odniesienia pokazują, że decydenci, ale i obywatele, mogą mieć wpływ na to, jaka będzie liczba chorych, a co za tym idzie odsetek śmierci. W czasach „hiszpanki” były oczywiście miejsca, gdzie odsetek zachorowań spełniał kryteria procentowe tzw. „odporności stada”, między 65 i 70%. Były miejsca, gdzie poziom zachorowań wynosił i 95%, ale były to miejsca, gdzie świadomość pochodzenia nowej choroby, jej charakteru, był nikła.

Łącznie na zabójczy szczep A/H1N1, tzw. „hiszpanki”, zachorowało, wedle szacunków, ok. 500 mln ludzi, czyli 1/3 ówczesnej populacji świata. Zginęło między 21 a 100 mln. ludzi. Wedle szacunków. Właśnie dlatego, m. in., że część populacji zaraziła się „stadnie”. Analizując liczby i tabele łatwo zgubić to, co się za nimi kryje. Człowieka. Instytut Pasteura szacuje obecnie, że 4,4%. ludności Francji, czyli ok. 2,8 mln osób, zostało zakażonych SARS-CoV-2 – Francja posiada piąty najwyższy wskaźnik śmierci na świecie. Z kolei w badaniu opublikowanym w magazynie „Science” podano, że wskaźnik infekcji w najbardziej dotkniętych częściach Francji wynosi średnio od 9 do 10%. Jak widać, do potrzebnych dla uzyskania „odporności stada”, dwóch trzecich społeczeństwa, jeszcze daleko. Naukowcy ci uważają, że „bez szczepionki sama odporność stadna nie wystarczy, aby uniknąć drugiej fali”. Obostrzenia wprowadzone we Francji 17 marca doprowadziły, według Instytutu, do drastycznego spadku wskaźnika replikacji „wirusa z Wuhan”, z 2,9 do 0,67 w ciągu 55 dni. W Hiszpanii, równie mocno dotkniętej zarazą, opublikowano podobne wyniki.

Najpewniej nawet jeśli część społeczeństwa dałaby się dobrowolnie zarazić, to i tak zwolennikom „stadnej odporności” musiałaby przyjść z pomocą druga, a może i trzecia fala. Im starsze, im bardziej niezdrowe społeczeństwo, tym większe będą towarzyszące zakażeniom wskaźniki śmierci. Statystyki pomogłaby wyśrubować jakaś „niespodzianka” w którejś z fal. Jak pamiętamy, dopiero druga, jesienna fala „hiszpanki” okazała się właściwym masowym mordercą. Właśnie ta, która zdziesiątkowała mieszkańców San Francisco, Filipin i Samoa. Z drugiej strony liczbę zgonów mogą obniżyć, dobrodziejstwa medycyny konwencjonalnej i tej nie będącej szarlatanerią, leki ratujące życie oraz – gdyby jednak zliberalizować eksperyment zarażania stada – będące zawsze pod ręką dobrodziejstwa spuścizny dziejowej, omawiane w tekście rozwiązania systemowe i przemyślane obostrzenia.

Szwedzi “uodpornili” lub wciąż “uodparniają” ponad zarejestrowanych 30 tys. przypadków, przy liczbie ok. 3700 zgonów. Biorąc pod uwagę populację Szwecji, ok. 10 mln., na efekt „odporności stadnej” przyjdzie tam jeszcze poczekać. Czy się ten eksperyment powiedzie czy nie, czy się okaże, że szwedzcy politycy byli dalekowzroczni czy też głusi i ślepi, my przynajmniej będziemy mogli swobodnie osądzić, czy Szwedom warto było iść własną drogą, czy należało iść z resztą „stada”, z Danią, Norwegią lub porównywalnym populacyjnie Izraelem. Może stosowne trybunały wywalczą to prawo również samym Szwedom…

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz