Sfałszowali czy nie sfałszowali…

2 grudnia 2020

W poniedziałek, 30 listopada, legły w gruzach śmiałe plany urzędującego prezydenta USA zablokowania certyfikacji wyborów, które zakończyły się 3 listopada. Zakończyły, ponieważ proces wyborczy trwał w większości stanów przez kilka tygodniu pod postacią tzw. „wczesnego głosowania” (early voting). Owo „wczesne głosowanie” nie jest tożsame z głosowanie korespondencyjnym. Odbywa się bowiem zarówno za pośrednictwem poczty, jak i poprzez osobiste stawienie się w wyznaczonych punktach do głosowania. Te i inne szczegóły jakie będziemy niżej przetaczać będą dla nas istotne ze względu na potężną falę dezinformacji, jaka przetoczyła się także przez Polskę. Dezinformacji opowiadającej historię „masowego fałszerstwa wyborczego” w USA.

Katalizatorem owej historii jest sam prezydent Donald Trump. Od wiosny bieżącego roku żmudnie budował fundament narracyjny osadzony na twierdzeniu, że jesienią może dojść do „masowego fałszerstwa” wyborów. Trump mocno krytykował wybory korespondencyjne i namawiał swych wyborców, by głosowali w dniu wyborów, osobiście. Bynajmniej, wybory korespondencyjne w USA, mające silną i tradycję sięgającą Ojców Założycieli, nie odznaczają się skazą wysokiego odsetka różnorakich nieprawidłowości, co zarzucał Trump. Przypadki błędów, lecz nie fałszerstw, zdarzają się, ale stanowią margines. Owa krytyka głosowania korespondencyjnego była również swoistym zerwaniem z ortodoksją republikańską. Owszem, cieszy się ono większą popularnością w stanach „demokratycznych” (głosowanie wyłącznie drogą korespondencyjną obowiązywało dotąd tylko w Colorado, Oregonie, Waszyngtonie, na Hawajach i w republikańskim Utah), prezydenccy kandydaci demokratyczni zwykle uzyskiwali w nich kilkuprocentową przewagę, stanowi wszakże udogodnienie przede wszystkim dla tradycyjnego republikańskiego elektoratu, czyli osób starszych oraz np. mieszkańców środkowych stanów i prerii, gdzie odległości między domostwami a ośrodkami miejskimi są często olbrzymie.

W poniedziałek władze stanowe Wisconsin i Arizony dokonały certyfikacji wyniku wyborczego. Były to ostatnie dwa z sześciu stanów, gdzie Donald Trump, za pośrednictwem grupy prawników pod wodzą Rudolpha Giulianiego, było burmistrza Nowego Jorku, zasypał lokalny system sądowniczy stosem spraw, mających unieważniać głosy, względnie opóźnić certyfikację. W Arizonie i w Georgii Trump wywierał naciski na lojalnych wobec siebie republikańskich gubernatorów, by stanowi sekretarze stanu nie certyfikowali rezultatów, oni zaś nie podpisywali certyfikacji. W Wisconsin, Pensylwanii i Michigan wywierał naciski na lokalnych reprezentantów, senatorów oraz liderów partyjnych, by ją sabotowali. W Georgii, gdzie doszło, ze względu na niewielką przewagę Bidena (wygrał tam, jako pierwszy od prawie trzech dekad demokrata) doszło do automatycznego, ponownego i ręcznego liczenia głosów. W Wisconsin, gdzie Biden wygrał ponad 20-tysiącami głosów, Trump zapłacił ze specjalnego funduszu za ponowne przeliczanie $3 mln. Po próżnicy, bo dzięki ręcznemu liczeniu przybyło Bidenowi 87 głosów. Ale wydawał nie swoje pieniądze, ale wyborców, donorów i sympatyków.

Mimo rzekomej „masowości” zjawiska, prezydent skoncentrował się na domniemanym fałszerstwie w stanach „wahających się” oraz tych „odwróconych” przez Bidena na kolor niebieski, czyli Georgii i Arizonie. W tej drugiej podobnież od prawie trzech dekad nie zwyciężył demokrata. Rezultat „midterm elections” z 2018 r. i ten tegoroczny  można przypisać zarówno zmieniającej się demografii stanu, następnie struktury przedmieść, gdzie dotąd solidnie zwyciężali republikanie, ale i osobistej wojnie, jaką Trump prowadził z popularnym w Arizonie, nieżyjącym już senatorem McCainem. Główna batalia zatem toczyła się w tych stanach, które zadecydowały o zwycięstwie o wygranej Trumpa i przegranej Hillary Clinton w 2016 r.: Wisconsin, Pensylwanii i Michigan, dających łącznie 36 głosów elektorski. Finalnie Biden i bez nich zostałby zwycięzcą głosowania Kolegium Elektorskiego.

Walka z „fałszerstwem” i niedookreślonymi fałszerzami nie polegała, jak mogłoby się polskiemu odbiorcy wydawać, na udowadnianiu, że gdzieś masowo głosowały osoby zmarłe, czyli osoby podszywające się pod nie lub cmentarne spisy nagrobne oraz że gdzieś dosypano setki głosów Bidenowi, względnie ukradziono tyleż samo, albo i więcej Trumpowi. Nie polegała na dowiedzeniu, że Trump w problematycznych stanach wygrywał. Otóż polegała na obstrukcji, czyli na zablokowaniu certyfikacji. Na uniemożliwieniu przyznania Bidenowi głosów elektorskich i przekroczenia przezeń granicy wymaganej liczby 270 głosów. W takiej sytuacji proces głosowania elektorskiego zostałby pominięty, a wybór prezydenta przeszedłby w ręce Kongresu. Ale to wszystko.

Sprawy zaczynają się teraz komplikować, ale zarazem zaczyna się wyłaniać ścieżka, która mogłaby zaprowadzić przegranego w istocie kandydata do reelekcji. To Izba Reprezentantów, obecnie demokratyczna, wybierałaby prezydenta, lecz spośród 3 kandydatów, którzy otrzymali najwięcej głosów elektorskich. Ale co to za głosy elektorskie skoro Electoral College został pominięty?  W nowym głosowaniu delegacja każdego stanu posiadałaby jeden głos i to władze stanowe decydowałyby jak, czyli na kogo zagłosować. Zwycięski kandydat musiałby uzyskać co najmniej 26 głosów, czyli uzyskać poparcie większości stanów. Po wyborach w 2020 r. republikanie posiadają 27 gubernatorów, większość w 29 stanowych legislaturach i rządzą niepodzielnie w 21 stanach.

Równolegle Trump testował drugi wariant. W sytuacji, gdyby prawnikom Trumpa udałoby się opóźnić certyfikację poza termin konstytucyjny, o wyborze elektorów do Kolegium Elektorskiego zadecydowałyby właśnie owe legislatury. Wówczas mogłoby dojść nie tyle do zlekceważenia głosowania elektorskiego, co de facto pominięcia wyników wyborów społecznych (popular vote) w poszczególnych stanach, a więc esencji każdej demokracji. Kiedy Trump dostrzegł, że batalie sądowe oraz presja polityczna i psychologiczna, poprzez swoiste zastraszanie bezpodstawnymi oskarżeniami publikowanymi na koncie tweeterowym, wywierane na stanowych reprezentantach, senatorach i sekretarzach stanów, spełzną na niczym, począł wywierać presję na samych gubernatorów. Epicki obraz takiej sytuacji uchwyciły kamery w Arizonie, gdzie w trakcie uroczystości podpisywania dokumentów certyfikujących wynik wyborczy, zadzwonił telefon gubernatora Douga Ducey’a, trzymającego w ręku pióro. W stronę Ducey’a zwrócone były akurat wszystkie kamery. Poddenerwowany wyraźnie gubernator wyjął z kieszeni telefon, ostentacyjnie wyciszył dzwonek – muzykę z Hail to the Chief, odłożył go i wrócił do podpisywania, kręcąc, poirytowany, na boki głową. W lipcu pochwalił się, że ten dzwonek zarezerwowany jest dla gospodarza Białego Domu. A wspomniana muzyka? Pochodzi z osobistego hymnu prezydenta USA.

Donald Trump wytoczył ponad 40 odrębnych procesów sądowych w pięciu wymienianych wyżej stanach oraz w Newadzie. Wszystkie sprawy przegrał z kretesem. Większość została zakończona na wczesnym ich etapie lub wycofana przez sztabowych prawników. Sądy nie stwierdziły ani jednego przypadku fałszerstwa. Sędziowie federalni orzekający w tych sprawach często pochodzili z nominacji tegoż Donalda Trumpa, a więc republikanów. Z pozostałych 41 spraw, niektórych tylko pośrednio dotykających sytuacji Trumpa, 26 zostało odrzuconych, oddalonych, wycofanych lub doszło do ugody. Pozostałe toczą się dalej. Sędziowie, nawet republikańscy, byli w czasie rozpraw wyraźnie poirytowani poziomem prezentowanych przez team prawniczy Giulianiego dowodów, a jeszcze mocniej artykułowanymi roszczeniami, np. anulowania setek tysięcy głosów oddanych przez żywych jak najbardziej obywateli. W Pensylwanii Giuliani domagał się anulowania 680 tys. głosów oddanych w Filadelfii i Pittsburghu, ponieważ republikańscy obserwatorzy nie zostali rzekomo dopuszczeni do obserwowania etapu liczenia głosów.

Naturalnie w wyborach roku 2020 w USA nie zagłosował żaden duch, ani żadne zombi. Nie potwierdzono sądownie żadnego takiego przypadku. Nie miało też miejsca żadne „dosypywanie” głosów. Wystarczy przypomnieć, że w głosowano nie tylko na prezydenta USA. Były to równocześnie wybory do jednej trzeciej Senatu, do całej Izby Reprezentantów, na gubernatorów oraz do legislatur stanowych. Czyli karty wyborcze zawierały nie tylko nazwiska kandydatów prezydenckich. Gdyby jednemu lub drugiemu dosypano nawet tysiące, powstałaby iście zastanawiająca dysproporcja. Jedna z teorii, powtarzana przez Sidney Powell, prawnik Trumpa a wcześniej adwokat generała Michaela Flynna, oskarżonego przez prokuratorów federalnych o związki agenturalne z reżimami w Rosji i Turcji (Flynn dwukrotnie przyznał się do kłamstw w zeznaniach składanych FBI), ułaskawionego ostatnio przez prezydenta, mówiła o liczeniu głosów poza granicami USA, na co również nie przedstawiono dowodów i co po prostu w amerykańskim systemie wyborczym nie ma miejsca. Głosy Amerykanów liczone są w USA.

Powell podważała również sprawność maszyn i software’u służących do liczenia głosów. Miały te monstra przyznawać Bidenowi horrendalne ilości głosów przynależnych Trumpowi. Jednakże ręczne przeliczanie kart wyborczych w Wisconsin i Georgii, pokazało, po pierwsze, że maszyny nie są ostateczną instancją, są nią fizyczne głosy, oraz, po drugie, że wyniki zliczania manualnego pokrywają się z tymi mechanicznymi. Niemalże, bo margines błędu obowiązywał, tak jak obowiązuje w każdym demokratycznym systemie wyborczym. Kto pracował w komisji wyborczej w Polsce i sporządzał protokoły, ten zrozumie. Najczęstsze błędy objawiają się w rozbieżnościach między liczbą osób zarejestrowanych oraz głosów oddanych. Przyczyna jest prozaiczna. Wynikają przykładowo z „błędu” maszyny zliczającej, która nie odczytała adresu z nadesłanej koperty, ale odczytała oddane głosy lub też, w innym wariancie, z pobrania karty do głosowania przez osobę zarejestrowaną, ale nie wrzucenia jej do urny.

Zresztą o jakości tegorocznych wyborów wypowiedzieli się urzędnicy administracji obecnego prezydenta. Departament Spraw Wewnętrznych, zarządzający i koordynujący ochronę wyborów przed działaniami aktorów zewnętrznych, orzekł, że były, jak nigdy w dziejach, bezpieczne i wolne od fałszerstw. Potwierdzili te słowa na swój sposób politycy kremlowscy, ubolewający, że rząd rosyjski nie pomógł Trumpowi, jak to uczynił w 2016 r. Nie pomógł, bo nie umiał, co nie oznacza, że nie próbował. Przez ostatnie dwa lata szefowie amerykańskich służ informowali o nieustających próbach, przede wszystkim Rosji, ingerowania w infrastrukturę wyborczą, czy szerzej, proces wyborczy w USA. Początkiem grudnia William Barr, sekretarz sprawiedliwości i lojalista Trumpa, który uchronił go przed konsekwencjami tzw. „raportu Muellera”, bardzo skrupulatnie ukazującego powiązania sztabu wyborczego Trumpa z Kremlem oraz obstrukcji przez Trumpa śledztw prowadzonych w tej sprawie, potwierdził brak oznak fałszerstwa. Po wnikliwej analizie problemu, rzecz jasna.

Zatem procesy sądowe sztabu Trumpa sprowadzały się nie do udowadniania „masowego fałszerstwa” wyborczego, lecz do prób masowego unieważniania głosów kontrkandydata Trumpa lub głosów korespondencyjnych, w których kontrkandydat ten miał sporą przewagę. W Pensylwanii Giuliani przekonywał sędziów federalnych do unieważnienia jakichś 1,5 mln. korespondencyjnych głosów z pro-demokratycznych hrabstw. W Pensylwanii Biden wygrał z Trumpem różnicą ponad 80-tysięcy głosów. W Michigan wspomniana Powell domagała się tego samego, powołując się zwyczajowo na wadliwe maszyny, produkowane przez firmę rzekomo powiązaną ze zmarłym dyktatorem Wenezueli, Hugo Chavezem. W Michigan Biden wygrał 155-tysiącami głosów. W wybranych hrabstwach sztab Trumpa próbował unieważniać, na sali sądowej, setki głosów korespondencyjnych, którym brakowało pełnego adresu zamieszkania, np. numeru domu, daty obok podpisu albo głosy w kopertach niedokładnie zalepionych. Tysiące miały odpaść, bo przyszły po zamknięciu punktów wyborczych, mimo prawidłowej daty stempla. Prawnicy Trumpa kwestionowali niedokładne podpisy lub nie w pełni tożsame z pobranymi wzorami, mimo, iż wiadomym jest, że każdy podpis przechodzi w ciągu lat ewolucję.

Konkludując, Biden powtórzył wynik elektorski Trumpa z 2016 r. zdobywając 306 głosów. Trump zdobył tyle, ile zdobyła jego rywalka Hilary Clinton 232. Frekwencja wyborcza była największą od ponad 100 lat, co, wraz z utrudnieniami powodowanymi przez pandemię, wydłużyło okres zliczania głosów, ale nie przyczyniło się do poważnych uchybień. „Masowe fałszerstwa” okazały się fikcją, co potwierdzili sędziowie. Wybory przebiegły spokojnie, a jedyne niepokoje wywoływał sam Donald Trump oskarżając polityków, urzędników, a nawet członków punktów wyborczych, złożonych z demokratów, republikanów i niezależnych, o dokonywanie fałszerstw w czasie rzeczywistym. Skutkowało to obrazami przedstawiającymi zwolenników prezydenta USA dosłownie oblegających „komisje wyborcze” i wznoszącymi hasła, w zależności od stanu, dnia zliczania głosów i podawanych wyników: „Przestańcie liczyć głosy!” lub zachęty: „Liczcie dalej!”.

Konkludując, Biden pobił rekord jeżeli idzie o sumę uzyskanych głosów – ponad 81 mln. Pobił wynik Obamy, a swojego rywala pokonał różnicą prawie 7 mln. głosów. W uczciwej walce pokonał urzędującego prezydenta, co łatwe nie jest. Może jednak problemy leży nie w systemie wyborczym, modelu organizacyjnym państwa czy trzech monteskiuszowskich „władzach”, ale w leży w człowieku.

Paweł Zyzak 

Artykuł został opublikowany w periodyku „Myśl Suwerenna. Przegląd Spraw Publicznych”.

Dodaj komentarz