Rząd wobec wyzwań

30 października 2015
Źródło: tvn24.pl

Tuż po ustaniu ciszy wyborczej media zasypały nas komunikatami mówiącymi, co o zwycięstwie prawicy sądzą „media” włoskie, hiszpańskie, amerykańskie oraz szczególnie rosyjskie i niemieckie. Rzekomo „media” zastygły w przerażeniu, że oto w Polsce do władzy doszli „nacjonaliści”, „eurosceptycy”, a nawet krypto-faszyści. Wspomniane zagraniczne „media” niewątpliwie śledzą sytuację w Polsce na bieżąco, znają polskie realia i znakomicie władają językiem polskim, aby dojrzeć zagrożenia, których przypadkiem nie dostrzegli polscy wyborcy…

W rzeczywistości zainteresowanie zachodnich mediów polskimi wyborami było, ujmując to eufemicznie, umiarkowane. Bo właśnie umiarkowane jest zainteresowanie zachodniej opinii publicznej tym, co dzieje się w Europie Środkowo-Wschodniej. Media włoskie, hiszpańskie czy brytyjskie, a nawet niemieckie koncentrują się na sytuacji u siebie, podminowanej ostatnio kryzysem imigracyjnym.

Co innego media, co innego społeczeństwa. Wcale nie maleją na Zachodzie sympatie dla reżimu putinowskiego w Moskwie, zaś sympatia do suwerennościowego rządu Orbana na Węgrzech, do którego porównuje się szefa PiS, nawet rośnie. Trudno inaczej tłumaczyć medialne językowe uproszczenia, jak tylko utrwalonym zwyczajem leksykalnych zapożyczeń z ust redaktora „Gazety Wyborczej” i jemu podobnych redaktorów. Gdyby w Polsce elity opiniotwórcze głównego nurtu chwaliły prawicę, prawica najpewniej chwalona byłaby też np. w Paryżu.

Rosyjskie, rządowe media bez gorączki oczekiwały na oficjalny wynik wyborów w Polsce. Większą uwagę poświęcały amerykańskim prawyborom… Media amerykańskie zaś – zarówno z prawa, jak i lewa – bardziej interesował wynik wyborów prezydenckich w Gwatemali. W świadomości Amerykanów prawie każdy ustrój na świecie, poza tyraniami komunistycznymi, jest ustrojem prezydenckim. Nawet jeśli Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, że w ościennej Kanadzie obowiązuje ustrój monarchiczno-konstytucyjny, wciąż niewielki odsetek dowiedział się, że rządzi tam parlament. W tym więc należy upatrywać większego zainteresowania Gwatemalą, gdzie z 69-procentowym wynikiem zwyciężył Jimmy Morales… telewizyjny komik. Stąd więc większe zainteresowanie, od zwycięstwa PiS – ale tylko odrobinę większe – wzbudziło w USA zwycięstwo Andrzeja Dudy.

Siła spokoju czy siła rozwagi?

Wybory w Polsce bez wątpienia obchodziły polityczny Berlin, Moskwę, Brukselę i Waszyngton. Polska posiada obecnie super-istotne położenie geopolityczne. Stykają się u nas, a zarazem kończą, strefy wpływów Niemiec, Rosji i USA, czyli Rosji, Unii Europejskiej i NATO. Ale sytuacją w Polsce szczególnie zainteresowana jest światowa finansjera, od której świat polityki jest w pełni zależny. Słowem polscy wierzyciele.

Polski dług publiczny wynosi obecnie ponad bilion złotych. W 2005 r. wynosił ponad 466 mld. Zatem od 1989 r., kiedy komuniści przekazywali opozycji w spadku dług blisko $40-miliardowy (waluta polska była niewymienna), najbardziej radykalny wzrost długu przypadł na „gierkowskie” czasy PO. Możemy tylko zarysować skalę problemu, bo jest ona tak samo „niewymienialna” na język polityki. Problem zasadniczy, przed którym stanie rząd prawicowy, wcale nie polega na stawianiu czoła kreowanym na użytek mediów tragediom, skandalom czy kwestiom migracji. Będzie to problem polskiej suwerenności.

Sprawstwo polityczne tzw. rządów „solidarnościowych” z przełomu lat 80. i 90. było tylko sprawstwem nominalnym. Wszystkie niemal problemy zostały podporządkowane spłacie długu. W powietrzu latały wprawdzie polityczne iskry, albowiem zagrożona była prywata i życiorysy, zwłaszcza polityków skompromitowanych współpracą z dawnym reżimem, ale rządy „solidarnościowe” obalały nie teczki, ale Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz „Klub Paryski”.

O pierwszych dwóch rządach, Mazowieckiego i Bieleckiego mówiło się, że faktyczną władzę sprawuje w nich wicepremier Leszek Balcerowicz. Balcerowicz, jako minister finansów, realizował osławiony plan „terapii szokowej”, nakreślony przez Jeffrey’a Sachsa, stypendystę Georga Sorosa, a zaakceptowany zarówno przez Biały Dom, jaki i wspomniane MFW i „Klub Paryski”. „Plan” ten Balcerowicz realizował pilnie i tak bezwzględnie, prowokując katastrofalną depresję gospodarczą, która zniszczyła polski przemysł. Można go więc było odwołać tylko w jeden sposób – w porozumieniu z „ambasadą USA w Warszawie”. Sam Balcerowicz był człowiekiem słabym i zupełnie spolegliwym wobec „niewidzialnej ręki rynku”, czyli międzynarodowej finansjery.

Konkludując, realna władza nowej władzy leżała będzie nie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, czy tam gdzie synekury, czyli Ministerstwie Skarbu, ale właśnie w Ministerstwie Finansów. Władza, a zarazem wielka odpowiedzialność. Nowy minister musi być anty-Balcerowiczem. Musi być odporny na olbrzymie naciski z zagranicy, mądry na tyle, by wdrażać długofalowe plany reformy finansów i spłaty zadłużenia, wrażliwy na tyle, by uzmysłowić Polakom ich konieczność i baczyć na ich byt, wreszcie na tyle bystry, by stabilizować swą sytuację polityczną w partii i rządzie, zarazem stabilizując sytuację rządu.

Musi to być to człowiek z charakterem, a zarazem z klasą. Człowiek, który odciąży szefa rządu na jakże newralgicznym polu. Jeżeli rząd PiS ma sobie zasłużyć kiedyś na miano suwerennościowego, musi prowadzić niezależną politykę finansową. Podobnie, jak czynił to wspomniany Orban. Może to robić mądrze, komunikując się z Polakami, pomagając w odbudowie tożsamości narodowej, niszczonej przez ostatnie lata, a może to robić „po bandzie”. Jeśli wybierze opcję numer „2” wkrótce będzie „po PiS”.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz