Rząd nowego rozdziału

15 czerwca 2021

Prezydent USA niezwłocznie pogratulował Naftali Bennettowi wyboru na stanowisko premiera. W niedzielę 13 czerwca Knesset zatwierdził rząd dwóch premierów-zmienników. Drugim obok Bennetta jest Ja’ir Lapid, lider centrowej partii Jest Przyszłość, w gabinecie Minister Spraw Zagranicznych. Gratulacjom towarzyszyły tradycyjne zapewnienia, że „USA pozostają niezachwiane we wspieraniu bezpieczeństwa Izraela”. Najważniejsze jednakże było wsparcie polityczne, które zadecydowało o powstaniu mocno zróżnicowanego gabinetu.   

Kluczowa była wolta Bennetta, lidera Nowej Prawicy, i wyskoczenie z kręgu partii prawicowych opowiadających się za linią dotychczasowych rządów Likudu. Na orbicie partii okołorządowych Bennett odgrywał role polityka nieprzejednanego wobec aspiracji Palestyńczyków. Sprzeciwiał się niepodległemu państwo palestyńskiemu oraz – co jest warunkiem sine qua non dla materializacji tej idei – wspierał rozbudowę żydowskich osiedli we Wschodniej Jerozolimie i w Strefie Gazy. Ba, Bennett krytykował Netanjahu, gdy ten, pod naciskiem nowej administracji Obamy, mającej ambicje wskrzeszenia negocjacji pokojowych, zgodził się opóźnić rozbudowę osiedli.    

Jednocześnie Bennett znajdował się bardzo blisko Netanjahu. Prędko po wejściu do polityki w 2013 r. znalazł się w rządzie, sprawując funkcje ministrów ds. diaspory, edukacji i obrony. Przez dwa lata był nawet szefem personelu premiera. Odszedł z wewnętrznego „kręgu” po konflikcie z żoną Netanjahu, Sarą. Jeszcze przed ostatnimi, wiosennymi wyborami złożył w publicznej telewizji deklarację, że nie pozwoli na to, aby Lapid, główny wówczas rywal Netanjahu, został premierem.   

W cytowanym wyżej oświadczeniu Joe Biden deklarował również: „Moja administracja w pełni zobowiązuje się współpracować z nowym rządem Izraela w podnoszeniu bezpieczeństwa, stabilności i pokoju dla Izraelczyków, Palestyńczyków i mieszkańców regionu”. Tuż za Bidenem, do swych odpowiedników w gabinecie izraelskim z gratulacjami pospieszyli sekretarz stanu i sekretarz obrony, Blinken i Austin. Gratulacje stanowiły swego rodzaju akceptację dla nowego ładu politycznego, kończącego 12-letnią epokę Benjamina Netanjahu. Epokę, która z perspektywy obecnej administracji w Waszyngtonie była liczącym 144 dni przedłużeniem epoki Donalda Trumpa.

Bennett wyraził swoistą akceptację dla filozofii nowej amerykańskiej administracji, dziękując prezydentowi Bidenowi za jego wsparcie w ostatnim konflikcie z Hamasem. Skrajną pozycję zajął tym razem Netanjahu, który w Knessecie używając ognistego języka przekonywał, że przywódca Izraela „musi umieć powiedzieć prezydentowi USA »nie« w tematach, które stanowią zagrożenie dla naszego istnienia”. W trakcie starcia zbrojnego z Hamasem nie potrafił wszakże powiedzieć „nie”. Mimo deklaracji, że bombardowania Strefy Gazy będą trwały, aż osiągną swój skutek, prędko, po publicznym wezwaniu Bidena do niezwłocznego zakończenia konfliktu, zgodził się na rozmowy rozejmowe.

Rząd USA stał się swoistym żyrantem nowej koalicji rządowej, tzw. rządu jedności, złożonego z partii rozpościerających się od lewicy, przez centrum i prawicę, od świeckich, przez ortodoksyjną, po… islamistyczną partię Ra’am. Jego przetrwanie ma zakończyć ponad 2-letni okres braku stabilności w izraelskiej polityce, będący w istocie ciągłą kampanią wyborczą, znaczoną nieustającą licytacją i brutalizacją języka, mającą swój wpływ również na stabilność w regionie.

W sensie politycznym, zakończenie owej kampanii, pozwala Bidenowi na zneutralizowanie negatywnego efektu wpływu kampanii izraelskiej na sytuację wewnętrzną w USA. Netanjahu używał aparatu państwowego i swej pozycji do wspierania kandydata republikanów w czasie ostatniej elekcji, jesienią 2020 r. Stawiając na jednego polityka zagrał va banque. Stał się wręcz osiowym elementem kampanii skierowanej do bogatych żydowskich donorów i amerykańskich evangelicals, ponieważ strategia sztabu Trumpa zasadzała się na zmobilizowaniu przede wszystkim własnej bazy. Otoczenie Trumpa zrezygnowało w pewnym sensie z przekazu adresowanego do wyborców tzw. niezdecydowanych, licząc, że, podobnie jak stało się to w 2016 r., wystarczy zelektryzować twardy elektorat, demobilizując jego odpowiednik po drugiej stronie barykady. Temu właśnie m. in. służyły  radykalne decyzje Trumpa i Netanjahu podejmowane wobec Iranu. Spokój w izraelskiej polityce ma więc przynieś deeskalację w amerykańskiej. Spokój tam i tu, z kolei postęp w pertraktacjach nuklearnych z Iranem i możliwie spokojne wycofanie wojsk NATO z Afganistanu, przy zachowaniu stabilnego, prozachodniego rządu.  

Obydwaj, Bennett i Jaiir Lapid są dla Amerykanów politykami przewidywalnymi. W poprzednim artykule mowa była o amerykańskich alijah – rodzice Bennetta urodzili się w Ameryce, ukończyli uniwersytet w Berkeley i osiedlili w Hajfie. Mieli lewicowe poglądy. W młodości Naftali podróżował z nimi między Ameryką i Izraelem. Mimo skrajnych, wyrażanych w przeszłości opinii, uważany jest za pragmatyka. Wywodzi się z sektora prywatnego, a ściślej branży hi-tech, w której, dzięki inwestycjom w Ameryce, zarobił miliony. Ot, taki zwolennik polityki osadniczej, mieszkający w luksusie, na bezpiecznych przedmieściach Tel Awiwu…

Bennet stoi na czele grupy zaledwie 7 posłów. Rzecz niespotykana w izraelskiej polityce, świadcząca właśnie o jego uzależnieniu od poprawnych relacji z USA, jak i od dynamiki wewnątrz koalicji. Bennettowi, ale i pozostałym liderom zależeć będzie na przetrwaniu rządu, w który zainwestowali swój wizerunek. Mieli będą świadomość, że człowiek, którego odsunęli od władzy, stoi na czele – przynajmniej dopóki nie wyklaruje się jego sytuacja prawna –  silnej opozycji, rozjątrzonej utratą wpływów.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz