Ręce opadają

30 marca 2016
Źródło: www.fakt.pl

Czterdzieści mniej więcej lat temu zapisałam się do Amnesty International. Działałam w grupie koordynującej pomoc więźniom w Sowietach. Amnesty była jakoś tam lewicowa, ale przymykała na nas oczy. Niedługo potem założyliśmy wschodnio-europejską grupę koordynującą do której chciałam dołączyć Kubę, uważając, że ważniejsze są ustroje polityczne, niż granice geograficzne. Centrala nie tylko nie dała nam Kuby, ale stwierdziła, że nie mogę takiej grupy zakładać, bo sama pochodzę z rejonu komunistycznego. Wyjaśniło się, że chodzi o miejsce urodzenia, a nie miejsce odsiadywania kary, więc jako urodzona w kapitalistycznej Europie, grupę założyliśmy.

Niedługo potem centrala w Londynie mianowała na stanowisko szefa działu badań całej Amnesty dziekana wydziału prawa na uniwersytecie w Tasmanii, autora wielu książek, Dereka Roebucka. Bardzo sympatyczny, przystojny, miał w moich – i moich przyjaciół – jedną tylko wadę: był aktywnym członkiem partii komunistycznej. Gdy podniosła się wokół tego (niewielka) wrzawa, Roebuck wielkodusznie zaproponował, że może wystąpić z partii. Na nic zdały się nasze listy tłumaczące dlaczego komunista nie jest najlepszym człowiekiem na tym stanowisku. Roebuck został, a ja, demonstracyjnie odeszłam. Może rok później zadzwonił do mnie znajomy z Londynu: „możesz wracać do Amnesty – powiedział – Roebucka już nie ma, został wyrzucony”. – „Szpiegował”? – spytałam – „Nie, jeszcze gorzej, spał z żoną swojego kolegi”.

Przyznaję, że ogromnie mi zawsze przeszkadza zarówno mianowanie kogoś na jakieś stanowisko bez uzasadnionego powodu, jak i zwalnianie kogoś nie za to, co jest jego głównym przewinieniem. Ten zwyczaj, przeniesiony ze Związku Sowieckiego, zaczął się w Polsce po 1945 roku. Najpierw był bardzo widoczny i przeszkadzał, potem większość ludzi się do tego przyzwyczaiła, niektórzy to polubili, a potem stał się częścią życia i nie uległ likwidacji po 1989 roku. Czasami mam nawet wrażenie, że się nasilił.

Demokracja, antykomunizm, pluralizm, opierają się i muszą się opierać na konkursach, na wyborach najlepszych ludzi na dane stanowisko. Strach przed konkursami, obawy, że przyjdzie ktoś obcy, „nie nasz”, i zostanie dyrektorem „naszej” placówki jest chorobą polityków, nawet tych, a może zwłaszcza tych, którzy głoszą, że są przeciwko nepotyzmowi, kumoterstwu czy świeckiej symonii.

To, że tak postępowała „Solidarność”, SDKPiL (czy jaki mają teraz skrót) czy PO, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla PiS-u.

Ręce opadają, kiedy czytam artykuł w „wpolityce.pl”, którego autor, Ryszard Makowski, choć określony jako satyryk, napisał artykuł wyglądający poważnie. Autor stawia kilka tez: że Polskę ośmiesza spotkanie Mateusza Kijowskiego z amerykańskimi senatorami, którzy nie  wiedzą o kłopotach alimentacyjnych szefa KOD; że ambasador RP w Waszyngtonie Ryszard Schnepf powinien zostać odwołany, bo nie zorganizował spotkania prezydenta Andrzeja Dudy z prezydentem Barakiem Obamą, gdyż „tego wymaga prestiż Polski”.

Nie bronię tu ani Kijowskiego, ani ambasadora Schnepfa, ani nawet prezydenta Obamy. Twierdzę tylko, że przyjazd Kijowskiego do Waszyngtonu ośmiesza Polskę, nie przez alimenty, ale przez to, że jest przedstawiany, jako szef największej opozycji demokratycznej w Polsce.  Można, a nawet trzeba pytać go i neo-demokratów, czemu nie protestowali przeciwko czystkom w mediach czy skandalicznej sytuacji w sądownictwie przed grudniem zeszłego roku. Można ich pytać, jak się organizują, czy mają – i skąd mają pieniądze, jak bliskie są ich kontakty z politykami poprzednich ekip i z „Gazetą Wyborczą”. Ale alimenty?

 Prezydent Obama będzie miał kilkanaście godzin, by przyjąć kilkadziesiąt głów państw, na tak zwanym „szczycie”. Zdecydował się tylko na jedno intymne spotkanie – w sprawie Korei Północnej. Ani prestiż Polski, ani Francji, ani Niemiec czy Bułgarii nie będzie naruszony przez to, że prezydent Obama nie spotka się z ich głowami. A jeśli ambasadora Schnepfa należy odwołać, to nie za grzech nie zorganizowania spotkania z prezydentem Obamą.

Nie pomoże natomiast prestiżowi Polski tajemnicze zdanie autora artykułu o „wpływowych środowiskach żydowskich” , które stoją za ambasadorem Schnepfem. Czyżby był to przytyk do ministra Waszczykowskiego? Chyba nie do ambasadora, którego babcia i matka są nagrodzone tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Irena Lasota

Dodaj komentarz