„Realiści” walczą z globalistami

27 lutego 2017
Od prawej: Reince Priebus, Steve Bannon, Ivanka Trump, Jared Kushner, gen. Mikel Flynn, obecni na konferencji prasowej w Białym Domu, 10 lutego 2017 r. Źródło: AP Photo / Carolyn Kaster.

W administracji prezydenta Donalda Trumpa, w każdej niemal sztandarowej dziedzinie, od reformy służby zdrowia, po ochronę środowiska, ścierają się ze sobą przeróżne wizje i stojące za nimi grupy. W obszarze polityki zagranicznej wyklarowały się dwa główne nurty. Jeden reprezentowany przez sojusz Trump – Bannon – Tillerson, drugi przez tandem Mike Pence – Nikki Haley i luźniej z nim związanego Jamesa Mattisa. Mattis nie jest klasycznym politykiem, ale wojskowym. Można by go więc uznać za osobny nurt. Obydwa w każdym razie główne nurty reprezentują odmienne podejście względem Unii Europejskiej, NATO oraz Rosji.

Zwracam uwagę na ten aspekt, bo niezmiennie intryguje mnie sposób, w jaki opisuje się politykę zagraniczną – jak to się mówi u nas w uproszczeniu – „Ameryki”, a obecnie również „administracji Trumpa”. Najwięksi analitycy w USA, o ile są tacy, zgodnie potwierdzają, że takiej kampanii wyborczej w USA, jak ta ostatnia, dotąd nie było. Zgadzają się, i ci z prawa, i ci z lewa, że nie było dotąd tak „ekscentrycznego” prezydenta. Komentatorzy i politycy zarzekają się, że jeszcze początkiem 2016 r. nie brali nawet pod uwagę, że Trump może wygrać wybory. Nie ma w USA odważnego, który powiedziałby: „A ja przewidziałem!”. Brakuje śmiałków, gotowych zaryzykować swą reputację i przewidywać, jaką trajektorię obierze m. in. polityka zagraniczna Trumpa lub precyzując, wypadkowa szeregu wielu polityk całej administracji.

W Polsce są tacy mężowie. Jeden z polityków, człowiek, którego sposób bycia zdradza absolutne zaufanie we własne możliwości umysłowe, odpowiednio skategoryzował wszystkich sceptyków. Przemówił po wizycie w Monachium, gdzie na 53. Konferencji Bezpieczeństwa, zjawił się wiceprezydent Pence. Orzekł mianowicie, oczywiście w imieniu polskiego rządu, że rząd ów, jak i on osobiście, od początku stali na stanowisku, że „nie należy zwracać uwagi na komentarze i plotki”, iżby polityka zagraniczna USA miała ulec zmianie. Donald Trump, jeden z autorów tych „komentarzy i plotek”, mógłby się poczuć niesprawiedliwie oceniony. Polityk wyjaśnił nieświadomym „wielkiej polityki” Polakom:

„Jasne, że czyny są najważniejsze i najważniejsze są decyzje personalne, kształtujące zwłaszcza sferę bezpieczeństwa. Gdy usłyszałem o nominacji pana generała Mattisa [na szefa Departamentu Obrony – P. Z.], przestałem mieć jakiekolwiek wątpliwości co do rzeczywistego kierunku administracji prezydenta Trumpa”.

(170220) -- BRUSSELS, Feb. 20, 2017 (Xinhua) -- U.S. Vice President Mike Pence (L) and European Commission President Jean-Claude Juncker attend a press conference in Brussels, Belgium, Feb. 20, 2017. U.S. Vice President Mike Pence on Monday reaffirmed "strong commitments" to the European Union (EU), in a bid to allay the bloc's doubts on the new U.S. administration's stance towards it. (Xinhua/Gong Bing) (djj)

Wiceprezydent Mike Pence i szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker na konferencji prasowej 20 lutego 2017 r. Źródło: news.xinhuanet.com.

Pence w Monachium – jak zaznaczył polityk – przemawiał w imieniu tegoż Trumpa, czym postawił „kropkę nad i”. Wszystko nam uprościł. Trump = Pence = Mattis.  W Brukseli, na spotkaniu z urzędnikami unijnymi Mike Pence potwierdzał swe oraz Trumpa „oddanie” „zobowiązaniom USA w kwestii kontynuacji współpracy i partnerstwa z Unią Europejską”. Abstrahując od pojemności tej deklaracji, zgodnie z powyżej zarysowaną logiką, Trump nawet odgrażając się UE, wspólnie np. Nigelem Faragem, znalazł oryginalny sposób na ocieplanie wzajemnych relacji.

Nie wiadomo czy, w opinii owego polityka, Trump bierze w ogóle udział w podejmowaniu „decyzji personalnych” i czy nasz polityk uznaje, że Trump jest owocem „decyzji personalnej” amerykańskich wyborców. Nie wiadomo, czy polityk słyszał o innych „decyzjach personalnych”. Na przykład o „decyzjach”, które wprowadziły do administracji Bannona, Tillersona, Henry’ego Kissingera, aktywnego ostatnio doradcy Trumpa Stephena Millera oraz gen. Michaela Flynna.

Trump co prawda odwołał tego ostatniego, ale był wielce niepocieszony. O powstałe zamieszanie obwinił, bynajmniej nie kolaborujących ze sobą Flynna i Siergieja Kisljaka, względnie Władimira Putina, ale „podrobione media” i stojące na „wyciekami” FBI oraz NSA, czyli podległe sobie służby. Zasugerował odwet. Z kolei wspomniany Bannon, zanim jeszcze cytowany wyżej polityk wydał z siebie po Monachium jasny strumień świadomości, spotkał się w Waszyngtonie z Peterem Wittingiem, ambasadorem przewodzących UE Niemiec. Bannon wytłumaczył dyplomacie, że USA stawiały będą raczej na bilateralne relacje z państwami Europy, aniżeli z całą unią. Tę ostatnią nazwał „wadliwym” tworem. Znakomicie wpisał się tą enuncjacją w poglądy Trumpa, wyrażone niedawno choćby na łamach „Times of London”.

No więc zmieniają się te kierunki polityki zagranicznej, czy nie? Naszego polityka usprawiedliwia fakt, że problematyką wojskową parał się dotąd, w przeciwieństwie do Mattisa, hobbystycznie, a stosunki międzynarodowe układał i analizował raczej amatorsko. Mniej usprawiedliwiony winien być jego kolega, „zawodowy dyplomata”. Dyplomata po rozmowach z prokremlowskimi doradcami Trumpa, gen. Flynnem i Kissingerem, postanowił podzielić się ze społeczeństwem swym optymizmem i zakomunikować nam, że administracja Trumpa „będzie dbała o interesy naszej części Europy” i wpłynie na Rosję, by ta powstrzymywała się od najeżdżania i anektowania ościennych terytoriów. Warto przypomnieć naszemu dyplomacie, że od czasu kampanii wyborczej Trump nie pogodził się jeszcze z myślą, że Krym nie jest rosyjski…

Ale adresatem niniejszego tekstu nie jest żaden polityk. Politycy są różni i mówią różne rzeczy, np. że coś zrobią lub wyjaśnią. Swe działania mierzą nie skutecznością, ale swymi lustrzanymi odbiciami i elukubracjami. Powiadają np. że „już wkrótce” coś się stanie lub „już wkrótce” coś zrozumiemy. Albo że coś jest elementem większej, im tylko pojętej strategii albo – już post factum – że przewidywali dobrze, tylko realia okazały się kłamliwe, nieszczere, nielogiczne i antypolskie. Boję się wymienić nazwisko obydwu polityków, bo boję się oskarżeń o to, że chcę ich zastąpić, lub, że zostałem „zwiedziony” przez wrogie im, czyli Polsce siły.

Adresatem chcę uczynić osoby wszystkich stojących za owymi „komentarzami i plotkami”, iżby polityka zagraniczna USA miała ulec zmianie, jak i tych, którzy uważają, iżby nie miała ulec metamorfozie. Niektórzy komentatorzy postępują bowiem, jak gdyby ulegli presji owego popularnego polityka już przed rokiem. Już sposób komentowania kampanii wyborczej w USA był – krótko mówiąc – wybiórczy. Dokładnie taki, jaki zaprezentował polityk, wybierając z całej administracji Trumpa, tylko te nazwiska, które pasują do umiłowanej narracji oraz te cytaty, które narracji tej dodają kolorytu. Nie ma dotąd ani jednej, jednoznacznej i osobistej wypowiedzi Donalda Trumpa, potępiającej politykę Rosji czy jej politycznych elit. Wszystkie, którymi politycy i sprzyjające im media wzajem się motywują, wypowiedział albo rzecznik Białego Domu Sean Spicer, albo też wspomniani Mattis, Pence i Nikki Haley, ambasador USA przy ONZ, była gubernator Południowej Karoliny.

A co mówi sam ich szef, czyli prezydent Donald Trump?  Początkiem lutego, w trakcie Super Bowl wystąpił w stacji Fox News. Wywiad przeprowadził zaprzyjaźniony z milionerem, Bill O’Reilley. Minęła już kampania wyborcza, w czasie której Trump nie szczędził słów uznania Putinowi, często stają w obronie reżimu stworzonego przez FSB. Przypomnijmy, że zaczął z przytupem już w grudniu 2015 r., w stacji MSNBC, komentując uwagę Joe’a Scarborough, że Putin „zabija dziennikarzy, którzy się z nim nie zgadzają”, dość szokującym wnioskiem: „Wiesz Joe, nasz kraj też dokonuje wielu mordów”.

O’Reilley wrócił do sprawy, by pozwolić Trumpowi rozwiać obawy polityków i dziennikarzy. Trump nie wykorzystał dobrze tej oferty. Potwierdził, że wciąż „ma szacunek do Putina”. „Czy się dogadamy? – dodał uspokajająco – Nie mam pojęcia. Bardzo prawdopodobne, że nie”. „Ale to morderca. Putin jest mordercą” – skomentował O’Reilly. “Jest wielu morderców – wzdrygnął się Trump – My też mamy wielu morderców. Co, uważasz, że nasz kraj jest taki niewinny?”. O’Reilly utrzymał polemiczny ton. Stwierdził, że nie był świadom, że są wśród „czołowych polityków [w USA], jacyś mordercy”. W tym momencie Trump przypomniał wojnę w Iraku. Słowem, począł zrównywać postępowanie George’a W. Busha z dorobkiem Putina. Mówił tajemniczo o „wielu pomyłkach”, o tym, że „wielu ginęło” i przestrzegał: „Zatem wśród nas jest wielu morderców. Uwierz mi”.

Zanim spróbujemy zgłębić źródło tajemniczych poglądów Trumpa, warto zdać sobie sprawę z konsekwencji tych słów. W znaczący sposób przyczynił się oto do relatywizacji poczynań Kremlu i relatywizacji jego natury, co do tej pory próbował czynić jedynie sam Kreml i marginalne, pozarządowe środowiska w USA. Trump bezdyskusyjnie przyczynił się do tego, że już 82% dorosłych Amerykanów uważa Rosję za główne zagrożenie USA – 84% demokratów i 82% republikanów (dane ze stycznia 2017 r.). Jeśli nawet, „twardy” elektorat Trumpa, stanowi przynajmniej 20% jego wyborców. Ok. 20 milionów ludzi. Ale największe szkody Trump wyrządził nie swoim rodakom, ale Rosjanom. Tamtejsze, reżimowe media bombardują społeczeństwo anty-amerykańskimi cytatami z Trumpa. „Widzicie? – mówi reżimowy przekaz – To wy, Rosjanie żyjecie w prawdziwej demokracji. Liberalne i zdeprawowane elity Zachodu atakują człowieka, który chce pokoju i sprzeciwia się upadkowi moralnemu”. Trump zaszkodził, a nawet ubliżył wszystkim tym społeczeństwom, które zmagają się z rosyjską agresją propagandową, gospodarczą, cybernetyczną, wreszcie militarną.

W połowie lutego, już po wybuchu sprawy Flynna media amerykańskie podały, że FBI zlustrowało otoczenie Trumpa i wykryło dwie inne osoby, które najpewniej stanowiły, czy stanowią „kanały”, przez które ten kontaktował się z Rosjanami. Nazwisko Cartera Page’a, co nie było żadną rewelacją. W czasie kampanii wyborczej Trump uczynił go swym głównym doradcą w sprawach europejskich i Rosji. Już wówczas media informowały o związkach Page’a z Gazpromem. Drugim „posłańcem” okazał się być Roger Stone, postać mniej znana, ale bynajmniej nie schowana w cieniu. To ten sam Stone, który w 1987 r. stał za pro-sowiecką i anty-reaganowską kampanią Trumpa toczoną w największych, krajowych mediach. Trump wrócił dopiero co ze swej kilkudniowej wizyty w ZSRS, podczas której spotkał się m. in. z Gorbaczowem. Z kim jeszcze? „Nixonowskie” skrzydło, które Stone wówczas reprezentował, neutralizowało różnymi sposobami anty-sowiecką linię Reagana. Wszak to Nixon i Breżniew byli inicjatorami epoko detente we wzajemnych relacjach.

Stone’a można dziś oglądać w roli współgospodarza programu Info Wars, należącego do charyzmatycznej osobowości Internetu, Alexa Jonesa. Kanał Jonesa to zlewnia najróżniejszej maści teorii spiskowych. Wszyscy słyszeliśmy o kolonizujących naszą planetę „reptilianach”, prawda? Jedną z naczelnych teorii, analizowanych w programie, jest udział władz USA w ataku na World Trade Center, a przynajmniej w tuszowaniu faktycznych przyczyn tegoż (tak zwani „truthers”).

Dawniej, gościem programu Jonesa był Trump. Ostatnim razem w grudniu 2015 r. Trump od 2011 r. budował swą rozpoznawalność w polityce właśnie na zamieszaniu wokół „certyfikatu urodzenia” Baracka Obamy. Wspierał go w tym portal Breitbat.com Bannona. Ale w 2015 r. występował, jako kandydat w wyborach, stojący na czele prawyborczych sondaży. Nie musiał specjalnie zabiegać o poparcie Jonesa, który już wówczas tytułował go mianem człowieka, który „mówi jak jest”.

„Masz wspaniałą reputację. – rewanżował się Trump – Nie zawiodę cię. Będziesz pod dużym, dużym wrażeniem. Mam nadzieję. Myślę, że często będziemy rozmawiać”. Nie kłamał. Trump nie tylko nie odciął się od Jonesa. Jones wyznał w drugiej połowie lutego 2017 r. w „The New York Times”, że od czasu do czasu panowie faktycznie dzwonią do siebie… Mają np. zadziwiająco zgodny pogląd, że demokraci ukradli Trumpowi w czasie wyborów „od 5 do 30 milionów głosów”.

Oto widzimy teraz podłoże zagadkowego sceptycyzmu Trumpa względem administracji Busha „juniora”. Ale nie to niepokoi. Wiarę w UFO i „reptilian” można jeszcze łato zweryfikować, np. sięgając do źródeł. Gorzej z politycznymi afektacjami. Info Wars Jonesa są pasmem prokremlowskim, aczkolwiek nie należy ich zawężać do roli narzędzia Moskwy. Jest to oręże środowisk spiskowych, które od lat stają się bazą dla środowisk  politycznych o profilu nacjonalistyczno-populistycznych, z odcieniem zarówno socjalistycznym lub bardziej „tradycyjnym”, powstających w Zachodniej Europie, np. we Francji i Holandii. W USA rodzi sią taka formacja pod nazwą Alt-Right Movement, a do ideologów ruchu należy Steve Bannon, obecnie „główny strateg” prezydenta Trumpa. Aleksander Dugin, główny ideolog Kremla, formalnie „doradca Putina”, nazwał sympatyków takich grup „realistami”. „Ruch” Putina, czyli Jedinaja Rossija, jest takim właśnie ruchem „realistów”. „Realistą” jest również główny ideolog detente, czyli Henry Kissinger, obecnie doradca Trumpa. Dugin, dobrze władający językiem angielskim, mówił o „realistach” w lutym 2017 r. w programie…

Info Wart Alexa Jonesa możemy tedy śmiało uznać za jeszcze jeden „kanał” Trumpa z Kremlem. Steve Bannon zna się dobrze z Duginem. Obydwu ideologów łączy wspólny pogląd na kilka spaw. Są zwolennikami „czwartej drogi”. Uważają, że należy wybrać z „faszyzmu”, „komunizmu” i „kapitalizmu”, to, co najlepsze. Nie będzie łatwo na tę drogę wkroczyć. Na horyzoncie czai się wielu wrogów, m. in. tradycyjny establishment prawicowy w USA. Ale jak powiedział „doktor Dugin”, „całym sercem wspierający agendę Trumpa”, Donald Trump „ma szansę uratować świat przed globalizmem”.

Bannon_Priebus_CPAC_2017„Nie tylko nie będzie z każdym dniem lepiej, z każdym dniem będzie gorzej – mówił 23 lutego podczas Conservative Political Action Conference Steve Bannon, komentując „wojnę” między mediami a administracją Trumpa – To są korporacyjne, globalistyczne media, zdecydowanie sprzeciwiające się narodowemu, ekonomicznemu [w oryg. economic nationalist] programowi Donalda Trumpa”.

Warto wspomnieć, że w Polsce mamy odpowiednik i strony internetowej, i kanału Youtube Alexa Jonesa. Mówi się tam nie tylko o reptilianach, broni psychotronicznej, „mind cotrol”, organizuje seanse spirytystyczne, buduje perpetuum mobile na bazie „cewki Tesli” i reaktor „Magrav Keshe’a”, medytuje, wróży i czaruje, ale również popiera Trumpa. Kącik publicystyczno-obywatelski prowadzi w tym medium niejaki „doktor Kękuś”.

Spróbujmy być „realistami”. Donald Trump przed wyborami miał stałe poglądy zaledwie w kilku sprawach. Wycofywał się nawet z budowy muru na granicy z Meksykiem. Ale zdania o gospodarzu Kremla nie zmienił. Jeśli coś go przed tą zmianą powstrzymuje, to nie są to sondaże zaufania, a dwa podstawowe czynniki: machina administracyjna USA, w tym służby specjalne oraz Partia Republikańska. Jak na razie. Trump nie pozostaje bierny. Nie jest w ciemię bity. Początkiem lutego administracja zniosła niektóre sankcje nałożone w grudniu 2016 r. przez Obamę na FSB w związku z ingerencją Kremla w proces wyborczy w USA. Stało się to kilka dni po tym, jak w Rosji FSB znalazło w swych szeregach „szpiegów CIA”, którzy stać mieli na wyciekiem raportu zawierającego informacje kompromitujące Trumpa. Autentyczność potencjalnego źródła szantażu badają służby amerykańskie.

maxresdefaultNie jest powiedziane, które stronnictwo zwycięży. W Efekcie domina próbowałem zobrazować, jak zażarte, ale i długotrwałe potrafią być to boje. W latach 80., w administracji Reagana stały naprzeciw siebie stały fronty, Reagana – Johna Poindextera – Caspara Wainbergera oraz z drugiej strony, Busha – George’a Shultza – Jamesa Bakera. Wygrało to drugie, wydawałoby się słabsze. Oznaczałoby to, że przegra również Trump. Obecny aparat administracyjny USA jest nastawiony do Rosji wrogo. Reagan musiał zmagać się z czymś zupełnie przeciwnym – parciem do porozumienia z Sowietami. Ale nie lekceważmy Trumpa. Wkrótce to on odda strzał do przeciwnego obozu. Skoro o „wróżbitach” mowa: strzelam, że ofiarą będzie… Reince Preibus, szef personelu Białego Domu. Byłego szefa Partii Republikański, przez stronników Trumpa, określanu jest mianem „agenta Paula Ryana”.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz