Reakcyjne karły w kinie

24 lutego 2014
"Olbrzym i zapluty karzeł rekacji" - plakat propagandowy autorstwa Włodzimierza Zakrzewskiego z 1945 roku.

Zainspirowany niedawnym blogowym tekstem księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego dotyczącym filmu Kazimierza Kutza pt. „Znikąd donikąd” postanowiłem zobaczyć ów obraz. Z rozpędu obejrzałem też kilka innych o podobnej treści i podobnym przesłaniu. Jest to bardzo ciekawe doświadczenie poznawcze, szczególnie dla historyka.

Historyka, który patrzy na tego typu dzieła krytycznie. Ma świadomość ich propagandowego nacechowania oraz zawartych w nich ewidentnych kłamstw historycznych. Przeinaczenia te są często tak absurdalne, że mimo tragizmu dziejów Żołnierzy Wyklętych są wręcz groteskowe, a czasem komiczne.
Poza wymienionym już filmem „Znikąd donikąd” na mój warsztat poznawczy trafił film Ewy i Czesława Petelskich „Ogniomistrz Kaleń” oraz dwa „dzieła” chyba mistrza antyreakcyjnego gatunku, czyli Jerzego Passendorfera, zatytułowane „Akcja Brutus” oraz „Skąpani w ogniu”.

„Bandy reakcyjne”

To przewodni motyw wyżej wymienionych filmów. Może poza „Skąpanymi w ogniu”, gdzie występuje mała „banda” NSZ, dość nieporadna, ale za to skumana z Werwolfem. Ujmująca za serce jest jedna ze scen, pod koniec której kapral Naróg z LWP stwierdza: „Póki się do Niemca strzelało, to wszystko było jasne, a teraz i do swoich trzeba”.
W filmie „Ogniomistrz Kaleń” autorzy rozprawiają się „bandą” Antoniego Żubryda ps. „Zuch”, który w filmie pokazany jest jako morderca, rabuś, istota mściwa, torturująca więźniów, słowem typowy bandyta. Do tego sojusznik UPA, której banda też jest szeroko przedstawiona w filmie.
„Akcja Brutus” to opowieść o zmaganiach władzy ludowej z „bandą” majora „Boruty”. Żołnierze „Boruty” przedstawieni są jako mordercy, osoby zdegenerowane. Film, według informacji znalezionych w Internecie, był podobno inspirowany historią Stanisława Sojczyńskiego ps. „Warszyc”. Jednak moim zdaniem takie sceny, jak wniknięcie do oddziału „Boruty” oficera UB oraz zorganizowana przez bezpiekę akcja „przerzutu partyzantów na Zachód”, upodabniają scenariusz filmu do historii zniszczonego przez bezpiekę oddziału Henryka Flamego ps. „Bartek”, działającego m.in. na Żywiecczyźnie.
Na Żywiecczyźnie odbywa się też akcja filmu „Znikąd donikąd”, który opowiada historię oddziału porucznika „Groźnego”. Akcja dzieje się na jesieni 1945 roku w małej wiosce, którą opanowuje uchodzący przed obławą oddział AK (notabene w rzeczywistości rozwiązanej już kilka miesięcy wcześniej, bo w styczniu 1945). Owi „akowcy” są zdemoralizowani, najbardziej zdeprawowani z nich gwałcą lokalną mieszkankę, inni zabijają działacza PPR, piją duże ilości wódki, zniechęcają do siebie księdza, a na koniec filmu dwóch zwaśnionych dowódców gra w rosyjską ruletkę, z tragicznym skutkiem dla jednego z nich. Gwoli ścisłości w filmie też są pojedynczy dobrzy i honorowi „akowcy”. Generalnie jednak obraz ten to przedstawienie żołnierzy antykomunistycznego podziemia jako bandy degeneratów, niepotrafiących odnaleźć się i pogodzić z nową, „lepszą” powojenną rzeczywistością.

Zatroskany funkcjonariusz bezpieczeństwa

Miły, kulturalny, brzydzący się przemocą, zatroskany o los ojczyzny. Bolejący nad tym, że w kraju trwa bratobójcza walka, że niektórzy nie potrafią zrozumieć zmian. Używający siły w ostateczności.
Tak, to nikt inny, jak oficer UB. Oczywiście to taki sceniczny, a raczej filmowy ubek. Wzorowym przykładem jest tutaj oficer Badura z filmu „Skąpani w ogniu”. Niewiele we wrodzonej życzliwości ustępuje mu major Niwiński z „Akcji Brutus”. To po prostu ludzie do rany przyłóż. Nie żadni tam zaraz kaci wyrywający paznokcie, raczej typy Sherlocków Holmesów czy Herculesów Poirotów, którzy używają szarych komórek i dedukcji.
Są jeszcze milicjanci. A to najczęściej prości, choć poczciwi ludzie, którym dobrze z oczu patrzy. Bo jak ma nie patrzeć, skoro etatowym milicjantem w dwóch obejrzanych przez mnie filmach był Wacław Kowalski, szerzej znany jako Kazimierz Pawlak z filmu „Sami swoi”.

Artyści w służbie

Reasumując warto napisać kilka słów o wartości artystycznej tych czterech filmów. We wszystkich grają znani do dziś i lubiani ówcześnie aktorzy. Niektórzy deklarujący do dziś swój antykomunizm. Dobrzy aktorzy podwyższają niejednokrotnie swoją grą walory tychże niestety lichych artystycznie filmów, które mają mizerne, gloryfikujące komunizm, kłamliwe historycznie scenariusze. Artystycznie wyróżnia się tu film „Znikąd donikąd”, z dobrą rolą Jerzego Treli. Można by rzec, że to taka dobrze zagrana nieprawda.
Polska po 1989 roku doczekała się ledwie paru filmów odkłamujących propagandowe „dzieła” PRL, które szkalowały żołnierzy podziemia niepodległościowego. I to filmów zazwyczaj niszowych, często o charakterze półdokumentalnym czy teatrów telewizji. Na przykład po 25 latach od tzw. transformacji ustrojowej kłopot z finalizacją ma film Jerzego Zalewskiego pt. „Historia Roja, czyli z ziemi lepiej słychać”, ponieważ ludzie władni, aby odwrócić proporcje w przedstawianiu Żołnierzy Wyklętych, jakoś nie są tym zainteresowani. Jest to taka trochę droga znikąd donikąd.

Szymon Pilarz
Absolwent historii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 2006-2010 pracował jako analityk w Kancelarii Prezydenta RP. Z zamiłowania podróżnik, fotograf amator oraz pielgrzym. Zafascynowany pieszymi peregrynacjami do Santiago de Compostela, którymi zajmuje się naukowo, a także praktycznie.

Dodaj komentarz