Przywódca tłumu

8 lipca 2015

Prowadząc rozmyślania nad tym, co nas w najbliższej przyszłości czeka na polskiej scenie politycznej, miewam rozterki. Gustave Le Bon, jeden z twórców psychologii społecznej, wybitny znawca psychologii tłumu, po tym jednym moim zwierzeniu wykluczyłby mnie ze zbioru naturalnych „przywódców”. Przywódca tłumu – jak twierdzi Francuz – nie ma rozterek, on wie, jak jest i jak będzie.

„Przywódcami tłumu są najczęściej ludzie czynu, nie zaś myśliciele. Człowiek czynu jest mało przenikliwy, a nawet – rzec by można – taki być musi, ponieważ przenikliwość rodzi nierzadko zwątpienia, które prowadzić mogą do bezczynności. – przekonuje w wydanej w 1895 r. „Psychologii Tłumu” – […] Do swych przekonań poświęcają oni swe osobiste cele i rodzinę, a nawet instynkt samozachowawczy zdaje się u nich zanikać. Jedyną nagrodą, jakiej pragną, jest śmierć z zadanych mąk”.

61JFBu4-IsLJeśli się przyjrzeć przykładom, które podaje, łatwo zgadnąć, jakich przywódców i jaki tłum zdaje się mieć na myśli. Wymienia Lutra, Savonarolę, Garibaldiego Robespierre’a, Murata i innych przywódców Rewolucji Francuskiej. Wymienia przywódców rewolucyjnych i rewolucyjny tłum. Z drugiej strony, poza kilkoma wyjątkami, patrzy głownie przez pryzmat francuskich doświadczeń „rewolucyjnego” stulecia, po 1789 r.

Przywódców tłumu Le Bone dzieli na dwie kategorie. Do jednej zalicza ludzi energicznych, o silnej i zmiennej woli, do drugiej – mniej licznej – ludzi o silnej i wytrwałej woli. Ci pierwsi, charakteryzują się gwałtownością, ale i odwagą czy przedsiębiorczością. Potrafią wciągnąć tłum w zadania niebezpieczne, czasem ponad ich siły. Energia tych przywódców kończy się wraz z bodźcem, który ją wywołał. Potem sami potrzebują przywódcy. Ci drudzy, nie działają już tak spektakularnie, ale zostawiają trwalszy ślad i do nich, „należy nieraz cały świat”. Le Bon, jako przykłady, wymienia św. Pawła, Mahometa i Krzysztofa Kolumba.

Osobiście nie widzę wspólnego mianownika dla tych „przywódców”. Nie rozumiem, dlaczego Le Bon zestawił z Mahometem, św. Pawła, a nie na przykład Jezusa lub św. Piotra. Dalej, wyprawy eksploracyjne Kolumba zaliczyłbym właśnie do spektakularnych, a jego samego do ryzykantów. O wszystkich tych postaciach poza tym wiemy zdecydowanie za mało. Setki razy mniej, niż o przywódcach np. Komuny Paryskiej, by opisywać ich jakąś kategorią. Zaryzykowałby jedynie osąd, że „sukces” św. Pawła, brał się w większym stopniu z wytrwałości, aniżeli z przypadku, kiedy w przypadku Kolumba nie poważyłbym się na takie domniemanie.

Uniwersalny Le Bon

Nie chcę wdawać się wielką dysputę akademicką z „samym” Le Bone’m. Umyślnie daję się sprowokować jego dorobkowi, by wyrazić kilku własnych zdań na temat jego analiz i przedmiotu jego dociekań. Każdy myśliciel widzi w pracach Francuza, co chce. Oto lewica jest przykładowo zachwycona, że Le Bon namiętnie czerpie z owoców „badań” nad chrześcijaństwem Ernesta Renana, autora XIX-wiecznego dzieła „naukowego” pt.: „Życie Jezusa”.

„Nieuniknioną właściwością ludzi o silnie rozwiniętym uczuciu religijnym jest fanatyzm i brak tolerancji – powiada socjolog – wierzą oni bowiem, że tylko oni są w posiadaniu klucza do rajskich bram przyszłego żywota”.

Jeślibym był nietolerancyjny, zakończyłbym na tym stwierdzeniu lekturę rozważań Le Bona i podsumował go, jako post-rewolucyjnego szarlatana. Jego prace postrzegam jednak, jako odkrywcze i pionierskie, mimo, że w wielu miejscach ułomne. Uważam się również za chrześcijanina, tzw. „uduchowionego”. Sądzę, że także inne, „uduchowione” osoby potwierdzą, że im dłużej zgłębiamy teologię i medytujemy, tym mniej wierzymy we własną wielkość, doskonałość, misję, itd., czy też kwalifikacje do otwierania komuś bram do raju. Katolik wie, że Buszmen, który nigdy nie słyszał o Jezusie z Nazaretu, może mieć większe szanse na Zbawienie, niż katolik „wierzący i niepraktykujący” lub praktykujący i niewierzący.

Le Bon po prostu, kiedy pisał o uduchowieniu, miał przed oczami ludzi, którzy wchodzą w rolę, nie tyle „apostoła”, ile mesjasza. Uważają się za wybranych, niosących zbawienie od bezrobocia, głodu, niesprawiedliwości, itd., władnych zaprowadzić lud do wielkości, równości, ziemi „mlekiem i miodem płynącej”, itd. Wówczas jednak „uwielbianym bóstwem” takiego „mesjasza”, nie jest idea, ale on sam.

Z drugiej strony, do prac Le Bona zaglądają np. amerykańscy prawicowcy. Poczytna nowojorska autorka Ann Coulter, uważana za wiodącą konserwatywną intelektualistkę, na przemyślenia Le Bone’a – dodajmy wybranych – oparła swą książkę Demonic. How the Liberal Mob is Endangering America (Demoniczny. Jak Liberalny Motłoch Zagraża Ameryce). Bestseller na liscie “The New York Times’a”. Książkę zadedykowała słynnemu libertariańskiemu przedsiębiorcy Peterowi Thielowi.

„Ms. Right” – jak nazwał ją „Time” – („Pani Prawica”) mówi o sobie, że „na pierwszym miejscu jest 76-1588-achrześcijaninem [należy do kościoła prezbiteriańskiego – P. Z.], mam na myśli uduchowionym, na drugim miejscu konserwatywnym dogmatykiem”. Mimo jednak pisanej i mówionej ortodoksji, Coulter woli obracać się w mainstreamie, zarówno jako takim, jak i tym republikańskim. Wcześniej popełniła książkę: Never Trust a Liberal Over 3 — Especially a Republican (Nigdy nie Ufaj Liberałowi Powyżej 3 Lat – Szczególnie Republikańskiemu). Jeśli jednak idzie o deklaracje polityczne, pozostała gorącym zwolennikiem George’a W. Busha, natomiast w 2012 r., spośród wszystkich kandydatów republikańskich, upodobała sobie Mitta Romney’a. Obydwu wolno zaliczyć do liberalnego skrzydła Partii Republikańskiej.

To praktyka. Reszta jest show. Autorkę, po lekturze książki Demonic, opisałbym słowami, które usłyszałem ostatnio od jednego z profesorów na egzaminie kierunkowym: „Wiedza ogromna, ale brakuje odcieni szarości” (bez obaw, skończył słowami: „Myślałem, że będzie gorzej. Bardzo dobry”…). Jak Le Bon, Coulter generalizuje, upraszcza, wybiela, itd.

W dziełach Francuza dostrzegła mentalność liberalnego elektoratu oraz samych liberałów. Bezcenny wydaje mi się opis atmosfery, jaką tworzy establishment liberalny wokół prezydenckich kandydatów Partii Demokratycznej. Jaskrawy, szczególnie w przypadku Obamy, którego współpracownicy w końcu zaczęli nazywać „czarnym mesjaszem”, i który sam najwidoczniej w to uwierzył. Przypadek patologicznego narcyzmu Obamy dość przekonująco opisał David Limbaugh, konserwatywny pisarz, młodszy brat komentatora radiowego Rusha, w swej bestsellerowej książce: Crimes Against Liberty.

Wyborca prawicowy, przynajmniej w USA, rzeczywiście czuje większy dystans do swego kandydata i nie mdleje, jak go słucha…. Wyborca taki uważniej lustruje osiągnięcia polityka, doświadczenie, itd. Wybranego już na stanowisko, jest więcej skory skrytykować i osądzić. Natomiast rzesze uwiedzionych Obamą, wybierały „zbawcę”, który za pomocą magii wybawi ich od problemów i trosk, bezrobocia, zadłużenia, poprawi wizerunek za granicą, zatrze podziały społeczne, skończy wojny, itd. A tym, że czynił to będzie bez wiedzy, doświadczenia i transparentnego życiorysu – nie przelękły się nawet elity. Spostrzeżenia Coulter bazują na najwartościowszych wnioskach Le Bona, który tłumaczył, jak tłum daje się uwodzić, za pomocą obrazu, słowa, haseł i złudzeń.

Przywódca spoza tłumu

Tłum, o jakim pisze, Le Bon powstaje „dopiero pod wpływem pewnych podniet”. Zakładamy, że Le Bon pisze o tłumie względnie racjonalnym, a nie zdziczałym, wygłodzonym czy zdemoralizowanym, który rabuje, gwałci i podpala. Jest wiele cech uniwersalnych dla tłumu, prawideł, które opisują jego działanie. Aczkolwiek – co Le Bon przyznaje – z wiekami „podniety” ulegały zmianom.

„Podniety” są wytworem ludzi i kręgu kulturowego, w którym ci ludzie się znajdują. Dostrzegamy istotne różnice pomiędzy rewolucją francuską, amerykańską i polską z przełomu lat 80. i 90. XVIII w.? Dostrzegamy. Pierwsza „ścinała” monarchę, druga zrzucała jarzmo kolonialne, a trzecia próbowała odzyskać suwerenność. W każdej gdzie indziej stała granica moralnego zachowania. Jak jest gówna różnica między przywódcami takimi, jak Napoleon, Waszyngton i Kościuszką? Pierwszy w nich koronował się sam, uznając wręcz za bóstwo.

Le Bone wymienia kilka czynników „mających wpływ na wietrzenia tłumu”. Pierwszeństwo daje rasie, potem są tradycja, czas, instytucje polityczne i społeczne, wreszcie oświata i wychowanie. Jednakowoż, czyż nie te same czynniki powinny opisywać przywódcę? W jakimś stopniu musi być przecież emanacją tłumu. Skoro nim został, rzucił mu zapewne jakąś przynętę, albo… wyrósł z tłumu, został przez ten uformowany. Musiał zadziałać wspólny kod. Jaki tłum taki przywódca – chciałoby się powiedzieć.

Le Bone nie napisał tego wprost, ale w jednej ze swoich wcześniejszych prac, następująco definiował naśladownictwo:

„W każdym okresie historii nieliczna garść ludzi wyciska swe piętno na całej epoce, a podane przez nich wzory służą nieświadomej masie do naśladowania. Dzieje się tak pod warunkiem, że te nowo ukute wzory zbytnio nie zbaczają od powszechnie przyjętych […]. […] Ludzie, którzy zbytnio wyrosną nad swe otoczenie, pozostają niezrozumiani i zapomniani, albowiem przepaść dzieląca ich od otoczenia jest zbyt wielka. Dlatego kultura europejska, mimo olbrzymiej swej wyższości, ma bardzo mały wpływ na ludy Afryki i Azji [pisane w l. 70. XIX . – P. Z.], ponieważ różnice są zbyt wielkie i zbyt zasadnicze”.

Idąc tym tropem, jeśli tłum jest zmienny, to i „przywódca” będzie albo zmienny, albo stały, i wyrośnie dopiero na pewnym etapie. Mentorska rada na koniec? Czasem więc tłum musi sam dojrzeć do pewnego typu przywódcy, a wówczas taki musi się przypadkiem trafić.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz