Przypadek Luciusa Domitiusa Aenobarbusa

16 czerwca 2020
Źróło: Wikipedia Commons

W dobie kryzysu epidemicznego, ekonomicznego oraz będącego prostą konsekwencją tych dwóch, społecznego, Amerykanie przechodzą głęboki kryzys patriotycznego morale. W najnowszym badaniu Instytutu Gallupa, najstarszego na świecie ośrodka badań opinii społecznej, na pytanie: Czy jesteś dumny z bycia Amerykaninem? zanotowano najniższy odsetek pozytywnych odpowiedzi od dwóch dekad. Najwyższych wzrost zanotowano po atakach na wieże World Trade Center i na Pentagon, zarówno wśród zwolenników Partii Republikańskiej (GOP), niezależnych, jak i demokratów. Rok temu trajektorię spadkową obrały nastroje wśród republikanów, wpisując się trend kryzysu tożsamości, który od lat przechodzą niezależni i demokraci. Po raz pierwszy duma narodowa białych mieszkańcu Ameryki zeszłą poniżej progu 50%, natomiast duma narodowa pozostałych grup etnicznych spadła do 24%. Badanie dobitnie pokazuje, że amerykański projekt przechodzi największą próbę od przeszło półwiecza.

Dla analityków Partii Republikańskiej (GOP), bo o niej będzie mowa w tym materiale – następny poświecimy demokratom – to jedna z mniej rozczarowujących informacji, z całego mnóstwa złych wieści. Aktualnie machina wyborcza GOP znajduje się w głębokiej defensywie na wszystkich płaszczyznach: politycznym, wizerunkowym, stanowym i demograficznym. Pominę tutaj aspekt ideologiczny, czyli rozważania nad tym m. in., jakie wartości reprezentuje dziś Partia Republikańska, czego broni i za czym stoi, w jakiej kondycji jest dziś ruch konserwatywny oraz jego dawny trzon, nazwijmy go, klasycznym konserwatyzmem. Znajdziemy okazję by omówić także te zagadnienia. Niewątpliwie ich obecna kondycja wpływa na stan ducha wyborców republikańskich.

Nie jesteśmy w stanie oderwać naszych rozważań od prezydenta, który w amerykańskiej tradycji politycznej jest jednocześnie liderem swojego obozu politycznego, odpowiednikiem naszego szefa partii. Zatem jeżeli idzie o aspekt polityczny, w ostatnich dwóch tygodniach, na kanwie rewolucyjnego pożaru, jaki trawi amerykańską ulicę, z hukiem od konstrukcji GOP oderwał się ośrodek reprezentujących dawny establishment partyjny, złożony z wielu historycznych ikon, do którego należał m. in. dom Bushów. Odrywa się zwolna skrzydło umiarkowane. Właściwie trudno zaklasyfikować Mitta Romney’a do polityków centrowych. Był czas gdy należał do ulubieńców prawego skrzydła ruchu konserwatywnego. Obecnie senatora z Utah pozycjonuje w tymże ruchu stosunek do prezydenta, a tego, jak ogłosił, nie zamierza w wyborach poprzeć. Romney jest spokojny o swoją reelekcję, niedawno rozpoczął senacką kadencję, aczkolwiek jego przypadek zdaje się zaprzeczać deterministycznym nastrojom wewnątrz GOP, iż konflikt z Trumpem oznacza przyspieszoną emeryturę polityczną. Notowania Romney’a, mimo opowiedzenia się odwołaniem go z urzędu w trakcie procedury impeachmentu, nie ucierpiały, a obecnie pną się nawet w górę.

Lisa Murkowski, senator z Alaski, zapytana o preferencje wyborcze oświadczyła, że od dłuższego czasu prowadzi „wewnętrzną walkę” z sobą, co zrobić. Jej stanowisko nabierze zapewne wyrazistości, gdy wyklarują się z czasem szanse wyborcze prezydenta. Na razie więc na okręcie sceptyków jego reelekcji płynie dwóch senatorów, jak donoszą „osoby z otoczenia” – jest tam dwóch Bushów, Jeb i George, były gubernator Florydy i były prezydent oraz poszerzający się zastęp generałów, Colin Powell, który zresztą nie głosował nań w 2016 r., Jim Mattis oraz John Kelly, obydwaj kiedyś na kluczowych stanowiskach w obecnej administracji.

Konflikt Trumpa z generalicją zaostrzył się, rozszerzają nawet na obecny Pentagon, początkiem miesiąca. 1 czerwca prezydent zaaranżował swoistą demonstrację siły. Sprowokowany komentarzami na temat swej wizyty w schronie podczas fali zamieszek w stolicy, postanowił bronić wizerunku silnego człowieka. Oddział złożony z policji i Gwardii Narodowej „oczyścił” za pomocą m. in. gazu łzawiącego teren Parku Lafayette’a, w którym pikietujący ludzie konsumowali właśnie posiłek przyniesiony z miejscowej parafii episkopalnej, po czym prezydent na czele grupy polityków, doradców i wojskowych pokonał pieszo dystans dzielący Biały Dom z episkopalnym kościołem Św. Jana. Na tle zdewastowanej elewacji kościoła zapozował z pożyczoną mu Biblią. Szef Pentagony Mark Esper oraz przewodniczący Połączonych Szefów Sztabów, gem. Mark Milley oświadczyli potem, iżby uczestniczyli w planowaniu wyprawy i by zostali poinformowani o jej celach. Esper ponadto publicznie przekreślił, zapowiadaną przez prezydenta możliwość, wyprowadzenia na ulicę „uzbrojonych po zęby żołnierzy”, którzy „przejmą ulice”.

Obok zawodowych polityków, oficjeli i wojskowych, prężnie działają liczne małe ośrodki złożone z członków dawnego, szeroko pojętego, zaplecza środowiskowego GOP – politycy, dziennikarze, stratedzy partyjni, prawnicy, intelektualiści, itd. – uznających „trumpizm” za wirus, który zainfekował i niszczy partię założoną przez Abrahama Lincolna. Zwolennicy prezydenta zaliczają ich do ruchu „Never Trumper’s”, który narodził się w sprzeciwie wobec nominacji dla biznesmena-celebryty w 2016 r. Wspomniane ośrodki są bardzo aktywne w przestrzeni internetowej i w mediach społecznościach, generując dziesiątki reklam wyborczych, adresowanych do odbiorcy lokalnego i federalnego. Krótkie filmy uderzają w słabe strony, przede wszystkim, samego Trumpa. Skutecznie go prowokują, dzięki czemu prędko zdobywają status virala. Żeby nie szukać daleko, ośrodkiem takim jest w Lincoln Project. Do założycieli należą m. in. George Conway, mąż Kellyanne Conoway, doradcy Trump, byłeej szefowej jego kampanii czy Rick Willson, autor głośnej książki: Everything Trump Touches Dies: A Republican Strategist Gets Real About the Worst President Ever.

Wizerunkowe niepowodzenia oraz, lżejszego i cięższego kalibru, wpadki nie przysłaniają bynajmniej wcześniejszych sukcesów, np. na arenie międzynarodowej, których jest brak. Nie ma czego odgrzewać, nie ma do czego wracać. Gospodarczy deal z Chinami na nowych, lepszych warunkach, przekreśliła pandemia, „maksymalna presja” na Iran wzmocniła determinację Teheranu, by przeczekać obecną administrację, Korea Północna nie rozpoczęła „denuklearyzacji”, za to, utartymi schematami, eskaluje konflikt z Seulem. Następny deal, tym razem „stulecia”, pomiędzy Izraelem i Palestyną jest blokowany w kuluarach przez państwa arabskie, deal z Talibami blokuje rząd w Kabulu oraz bardziej bojowo nastawiona frakcja samych Talibów. Itp., itd. Nikt się nie złamał, nikt się nie ugiął, a kolejne kontrakty zbrojeniowe z Arabią Saudyjską, która ugrzęzła w Jemenie, to za mało by ogłosić wyższość programu America First, w rozdziale „polityka zagraniczna”, programu utożsamianego z dzisiejszą GOP, nad wszystkimi innymi. Zresztą w pozostałych rozdziałach, tj. „gospodarka”, „kondycja klasy średniej” czy „walka z bezrobociem i ubóstwem”, również nie jest najlepiej.

Republikanie wydają się być mniej skupieni na kreśleniu strategii odzyskania izby niższej Kongresu, bardziej zaś na ratowaniu większości w Senacie. Tu drogi establishmentu partyjnego i prezydenta najpewniej się rozchodzą. Trumpowi zależy przede wszystkim na własnej reelekcji, mniej na narzędziach do rządzenia. Spaja obydwie strony siła przyciągania, wszakże kampania prezydencka nakłada się na wszystkie pozostałe. Jak to w fizyce, obiekt o większej masie w przestrzeni medialnej, a takim jest osoba prezydenta, jest obiektem dominującym. Coraz wyraźniej wybory jawią się być plebiscytem popularności Trumpa. Republikańscy stratedzy głowią się więc jak obronić 23 miejsca w Senacie jesienią, pomimo, a może nawet wbrew efektowi Trumpa.

W amerykańskim systemie wyborczym najważniejsze są, co najlepiej pokazał obecny prezydent, głosy elektorskie. Trump przegrał ze swą rywalką ok. 3 milionami głosów, natomiast o jego zwycięstwie zadecydowały dosłownie tysiące głosów w Michigan. Joe Biden prowadzi z Donaldem Trumpem w sondażach w skali całego państwa 10%, a niekiedy nawet 14%. Na tym się jednak, ku rozpaczy republikanów, nie kończy. W aspekcie grup wiekowych, Biden prowadzi w tej grupie, które była dotąd taranem republikanów, czyli wśród osób starszych. Wśród wyborców powyżej 65 roku życia Trump wygrał z Clinton 53% do 44% głosów. Biden ma mieć obecnie nawet 12-procentową przewagę nad Trumpem w tej grupie. Na takie dysproporcje pomiędzy oboma kandydatami najpewniej wpłynęła ocena zarządzania kryzysem epidemicznym przez prezydenta oraz narastający strach przed rosnącą liczbą zakażonych i zgonów. Ocena stymulowana informacjami takimi jak ta, że pomimo szalejącej pandemii, w lipcu Tulsie w stanie Oklahoma, odbędzie się wiec wyborczy prezydenta z udziałem 19 tys. osób.

Były wiceprezydent ma, wedle sondaży, dużą przewagę wśród zarejestrowanych kobiet. Wedle ostatnich sondaży jest to stosunek 59% do 35%. Ale nie wszędzie Biden radzi sobie lepiej od Clinton. Była sekretarz stanu cieszyła się większym niż on poparciem wśród Latynosów, wynoszącym ponad 60%. Biden jest w tym rankingu kilka punktów procentowych za nią. Trump prowadzi z Bidenem wśród białych zarejestrowanych wyborców, stosunkiem 50% do 44%. Biden za to zgarnia w sondażach ok. 83% głosów czarnoskórych, zarejestrowanych wyborców. Populacja Murzynów w USA liczy ok. 13%.

Wyniki te przekładają się na sytuację kandydatów republikańskich w wyborach do Senatu, zwłaszcza w stanach, gdzie walczyć trzeba o głosy sporej rzeszy niezdecydowanych, jak np. w Kolorado czy w Maine. Cory Gardner i Susan Coillins, senatorowie z tych stanów, zmuszeni są więc lawirować pomiędzy umiarkowanym elektoratem, a silnie emocjonalnie związaną z prezydentem bazą republikańską. Trump cieszy się wśród elektoratu GOP większym nawet poparciem aniżeli Reagan, choć i tu zanotował ostatnio spadek, schodząc poniżej granicy 80%. Czyli bez Trumpa nie da się wygrać, ale z Trumpem gwarancji wygranej nie ma.

Problem ten, swoistą kwadraturę koła, obrazuje rywalizacja Bidena i Trumpa w poszczególnych stanach, zwłaszcza w decydujących swing states, gdzie generalnie Biden prowadzi. Ale Trump nie może się czuć bezpieczny nawet w Teksasie, do niedawna republikańskim bastionie. Biden ma realne szanse przechwycić 38 tamtejszych głosów elektorskich. Przegrywa jednym punktem, czyli ma szansę zmienić kolor stanu na niebieski po raz pierwszy od 1976 r., gdy Teksas przestał być stanem tradycyjnie demokratycznym. W opałach razem z Trumpem jest tu walczący o reelekcję senator John Cornyn, gotujący się do najcięższego boju w swej karierze. A przypomnijmy, że Bushowie poprzeć Trumpa nie chcą. A gdyby poparli Bidena?

Mają republikanie problem ze znalezieniem rezonujących nie tylko elektorat niezależnych, ale i swój własny, haseł. A zatem i ze zbudowaniem narracji oraz odpowiedzią na kluczowe pytania: gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy? Nie dość, że nie są w stanie narzucić własnej narracji, mając w rękach Biały Dom, są zakładnikami temperamentu jego gospodarza, a ten z kolei golema, którego stworzył – populistycznych person telewizyjnych, które rządzą nastrojami republikańskiego elektoratu. Trump zmuszony jest więc lawirować pomiędzy dwoma skrajnościami, skrajnością alternatywnej, populistycznej prawicy, jaka zawładnęła ruchem konserwatywnym w USA, oraz anarchistyczną, roszczeniową lewicą, która zawładnęła amerykańską ulicą. W swym politycznym jądrze, upraszczając, ulica ta wydaje się skupiać wyborców Berniego Sandersa. Ale same zamieszki są pokłosiem wielu czynników, w tym ekonomicznych, kulturowo-historycznych, polaryzacji społecznej, zmian generacyjnych i demograficznych zachodzących w wyjątkowo niejednorodnym społeczeństwie amerykańskim. W tym sensie pożar ulicy jest zjawiskiem oddolnym, nie zaś zaplanowaną przez grupkę rewolucjonistów z Antify irredentą, do czego najwcześniej zaczęły nas przekonywać kremlowskie ośrodki medialne, a te następnie alternatywnie-prawicowe.

Żeby nie być gołosłownym głos oddajmy Tuckerowi Carlsonowi, którego show ogląda Trump, zaś rady wygłaszane na wizji często przekuwa na akty prawne i decyzje personalne. Carlson od lat walczący o swe miejsce w medialnym show businessie, zdążył otrzeć się również o media kojarzone z drugą stroną barykady, MSNBC i CNN. Zawędrował w końcu do Fox News, gdzie stał się głównym beneficjentem odejścia legendy stacji, „Billa” O’Reilly’ego, przejmując jego popularny segment o g. 20.00, gwarantujący przez samą porę olbrzymią oglądalność. Swój przekaz dostosował do ducha czasów, dzięki czemu zbudował wierną widownię. Między innymi pod wpływem Carlsona Trump obrał na cel swojej wyprawy kościół Św. Jana.

2 czerwca, a więc dzień po niej, w dalszym ciągu łajał prezydenta. Nie tylko zresztą jego. Za „strachliwą” reakcję na uliczną przemoc oberwało się wiceprezydentowi Pence’owi, Carly Fiorinie, w 2016 r. kandydatce na prezydenta z ramienia GOP, Kay Coles James, prezes The Heritage Foundation – w tym miejscu Carlson wezwał swych widzów do zaprzestania finansowania konserwatywnego think-tanku – oraz Nikki Haley, często wymienianej jako wyborcza alternatywa dla wspomnianego Pence’a, Po wyemitowaniu nagrania, na którym uwieczniono fizyczny atak na pracownika Fox News przed kilkoma dniami, zbulwersowany rozpoczął:

„Co z prezydentem. Gdzie był on podczas tego wszystkiego.  […] Na Twitterze następnego ranka prezydent zapewnił Amerykanów, że on i jego rodzina mają się dobrze. Opłacani z pieniędzy rządowych ochroniarze zadbali o jego bezpieczeństwo. Nie wspomniał o zadbaniu o bezpieczeństwo większości społeczeństwa, które zmaga się z pożarem. Wydawał się martwić tylko o siebie. Dla tych, którzy lubili Donalda Trumpa, którzy głosowali na Donalda Trumpa, którzy wspierali jego politykę, którzy bronili go przez długie lata, przed najbardziej absurdalnymi oszczerstwami, to był moment rozpaczy. Pierwszorzędną cechą lidera jest to, że troszczy się o ludzi, nad którymi sprawuje opiekę. […] Ludzie, jeśli im ją zapewnisz, wszystko zniosą. Możesz mówić różne żenujące rzeczy w telewizji, możesz zatrudnić Omarosę [Manigault; uczestniczka reality show The Apprentice – PZ]  w Białym Domu… Wszystko to zostanie ci wybaczone jeśli będziesz chronić swoich ludzi. Ale jeśli nie zatroszczysz się o nich lub jeszcze gorzej, jest wydajesz się nie przejmować ich losem, jesteś skończony. To koniec. Ludzie nie wybaczą słabości”.

Cytat nadaje się na dobrą puentę. Ale zanim się rozstaniemy spójrzmy na kilka kolejnych zdań monologu, wygłoszonych z kamienną twarzą przez Carlsona. Prezenter zaproponował taką oto paralelę dziejową:

„[…] Neron jest jedynym cesarzem rzymskim, którego większość ludzi wciąż pamięta. Dlaczego? Ponieważ porzucił swój naród w czasach kryzysu. I dwa tysiące lat później wciąż nie możemy mu wybaczyć. Reakcja Donalda Trumpa na te zamieszki, które trwają, jest szczególnym testem jego prezydentury”.  

Na podstawie mimiki twarzy Carlsona nie jesteśmy w stanie rozsądzić, czy był świadom tego co czyta z telepromptera i czy jest faktycznym autorem tej wypowiedzi. Innymi słowy, czy była to robota dowcipnisia czy też ignoranta oraz kto sięgnął do pocztu mniej udanych cesarzy. Wtrącę się niejako z zawodowego obowiązku, w obronie historycznej faktografii, a może też i Trumpa oraz Nerona. Nie wiemy ponad wszelką wątpliwość, że za Wielki Pożar Rzymu z 64 r. po Chrystusie – bo do niego nawiązuje Carlson – odpowiada Neron, wiemy, że tak sądziła część rzymskiej ulicy oraz przypisywali mu tę winę historycy, jak Tacyt, mający go prawo nie lubić. Powodów było aż nadto.

Neron zapowiadał się dobrze, tak, że doceniano nawet jego wygląd. „Wzrostu był dość wysokiego, rysy miał regularne, włosy jasne i bujne, spadające na kark może nieco zbyt tęgi, oczy zielonkawe, często przymrużone, był bowiem krótkowidzem. Z biegiem lat uwidoczniła się pewna skłonność do tycia” – pisał o nim historyk. Szybko jednak owa ulica okrzyknęła go matkobójcą, a wkrótce otrzymał również przydomek żonobójcy. Tej drugiej. Był i zabójcą politycznym. Przeprowadzał liczne czystki wśród senatorów. Elity polityczne żyły za jego panowania w strachu, ale za to dobrze bawiła się rzymska ulica. Neron miał też opinię lenia. Miast zajmować się sprawami państwowymi, dawał upust swym artystycznym zamiłowaniom, poezji i grze na lutni oraz powożeniu rydwanem. Wyprawiał igrzyska, podczas których występowali pieśniarze, poeci i mówcy. Sam również występował jako pieśniarz przed wielkimi tłumami Italii i Grecji.

Pożar Rzymu, inaczej niż każe nam sądzić Sienkiewicz, miał być dlań zaskoczeniem. Neron powrócił do swego pałacu, gdy pożar już go trawił. Podobno zajął się jego zwalczaniem. Ale niczego nie wiemy na pewno. Zdanie historyków starożytnych, jak i tych współczesnych są podzielone. Ostatecznie sami musimy zadecydować, czy na wieżę w dawnych ogrodach Mecenasa wychodził po to, aby obserwować akcję ratunkową, czy po to, by doglądać swego dzieła zniszczenia. Jedno jest faktem, po śmierci Nerona lud faktycznie się odeń odwrócił.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz