Przypadek Johna Cantlie

25 lutego 2015
John Cantlie w niewoli 
Paweł Zyzak

Internet raziła ostatnio wiadomość o masakrze dokonanej przez ubranych w stroje ninja libijskich tzw. „dżihadystów”. Mordercy wybrali na swe ofiary Koptów, czyli egipskich chrześcijan. Nie wysilili się. Porwali i zabili emigrantów zarobkowych. Bidaków, wędrujących, mimo ognia „rewolucji” i wojny domowej, do Libii na zarobek. Motto i tytuł pięciominutowego spotu z masakry brzmi: “Podpisana krwią wiadomość dla narodów krzyża”. Wiadomość też dla nas.

Kaci okazali się libijskimi zwolennikami Państwa Islamskiego. Sterująca nim organizacja na tyle umocowała się w Libii, by mieć teren na przekazywanie tym podobnych „wiadomości”. Wiadomości coraz butniejszych.
Materiał z mordu jest krótki. Nie buduje napięcia, do jakiego przyzwyczaiły nas inne „produkcje” ISIS: grubiański monolog, lista krzywd i gróźb, sparaliżowana strachem, „nawrócona” na wiarę „proroka” ofiara, na koniec „cięcie”. W filmie z masakry 21 Koptów liczy się przede wszystkim egzekucja. Jak dotąd rekordowa, patrząc przez pryzmat kilkuzdaniowej „wiadomości”.

Rada Bezpieczeństwa ONZ nazwała mord “haniebnym i tchórzliwym”. Wiadomość zwrotna najpewniej „dżihadystów” nie specjalnie wzruszy. Opiera się bowiem na kodzie kulturowym cywilizacji Zachodu, którą kalifat iracko-syryjski, a teraz iracko-syryjsko-libijski chce przecież zburzyć. Wartości nie mogą być tu „kanałem” porozumienia. Jedynie wojna i jej środki. „Dżihadyści” prowadzą wojnę.

Wojna zrównuje wszystkich, bez względu na wiarę, narodowość i ideologię. Na wojnie obowiązują narzędzia uniwersalne. Jednym z tych narzędzi jest propaganda. Poza nalotami, propaganda jest obecnie jedynym „kanałem” porozumienia między ISIS i Zachodem.
Propaganda służy też oczywiście dyscyplinowaniu i motywowaniu własnych szeregów. Urządzane przez ISIS mordy: kamieniowanie, zrzucanie homoseksualistów z dachów i murów, palenie żywcem, odbywa się publicznie. Spędzani na te wiece mieszkańcy usilnie starają się nie mieć żadnego wyrazu twarzy…

Uparty reporter

Podczas gdy „dżihadyści” libijscy dopiero dowodzą swego okrucieństwa, ich bliskowschodnie odpowiedniki otwierają się na nowe sposoby oddziaływania na ludzkie zmysły. Kalifat bowiem kręci prawdziwą superprodukcję.

Od listopada 2012 r. Wielka Brytania żyje losami Johna Cantlie, fotoreportera współpracującego z „The Sunday Telegraph” czy „The Sunday Times”. Brytyjczyk dostał się w ręce „dżihadystów” razem z amerykańskim korespondentem Jamesem Foley’em. Wylądował w nich już po raz drugi. Na razie wciąż drugi…

Jego pierwsza przygoda z „dżihadystami” rozpoczęła się w lipcu 2012 r. Do Syrii przedostał się przez granicę turecką. W kupie raźniej. Towarzyszyli mu więc duński dziennikarz oraz syryjski przewodnik. Wędrowcy natrafili na obóz, jak sądzili, syryjskich rebeliantów. Mieli pecha. Podjęli ich w nim „mudżahedini”.
Postanowili zbiec. W trakcie ucieczki Cantlie został postrzelony. Wylądował z powrotem w niewoli. Nie widomo, jak potoczyłyby się dalej losy więźniów, gdyby wkrótce nie wyzwoliła ich Armia Wolnej Syrii. Już na wolności Cantlie stał się bohaterem brytyjskich i arabskich mediów. Opowiedział, że jego oprawcami byli obywatele brytyjscy…

W listopadzie Cantlie postanowił wrócić do strefy wojny. Wkrótce słuch o nim zaginął. W sierpniu 2014 r. w „sieci” ukazało się nagranie, na którym kat z brytyjskim akcentem, ochrzczony tarantino’wskim pseudo „Jihadi John”, morduje Foley’a. Opinia publiczna zadrżała. Jak się potem okazało, najpewniej była to odpowiedź na amerykańską operację w stylu Rambo, ale z efektami przypominającymi czasy Cartera. 4 lipca Delta Force podjętą się zadania odbicia zakładników. Operacja nie powiodła się. Kilka dni wcześniej „dżihadyści” – jakoby przewidując akcję komandosów – przewieźli zakładników w inne miejsce.

Fiasko operacji naraziło tych jeszcze żyjących zakładników. Cantlie dostał więcej czasu, niż Foley czy zabity wkrótce po nim Brytyjczyk David Haines. Wystąpił przed kamerą już we wrześniu, w pomarańczowym kostiumie, ale… w studio, za stołem i bez kata w pobliżu. Wygłosił propagandowe, antyrządowe przemówienie i wezwał „opinię publiczną” do działania.

Pierwsza seria

Pomysł „autoryzowanych” wystąpień spodobał się „dżihadystom”, na tyle, że postanowili nagrać łącznie sześć takich „programów”. Na wszystkich Cantlie ubrany był w pomarańczowy strój, jaki noszą więźniowie amerykańscy w Guantanamo. Brytyjczyk rozwodził się przed kamerą o hipokryzji rządów w Londynie i Waszyngtonie, które nagle zaczęły się troszczyć o mniejszości, takie jak jazydzi, o niechęci rządu Camerona do wydobycia go, itd., itd. Nienaturalna mimika, nazbyt teatralne gesty, pozbawiona polotu mowa i ruch źrenic. Wszystko to potwierdzało, że Cantlie czyta i chce, aby odbiorcy o tym wiedzieli.

W międzyczasie spadały głowy kolejnych anglosaskich zakładników. Szesnastu innych, po „spełnieniu warunków”, powędrowało ponoć do domów. Hiszpanie, Francuzi, Duńczyk, Niemiec… O uwolnienie Cantlie’go apelowała jego rodzina oraz narzeczona. Ojciec reportera powtarzał, że jest z syna dumny. Syna już nie zobaczył, zmarł w październiku 2014 r.

W drugiej „serii” programów z udziałem Cantlie’go ekipa „mudżahedinów” wyjechała w teren. Najpierw odwiedzili Kobane. Dziennikarz wystąpił tu na tle panoramy miasta. Wskazywał południowo-wschodnie dzielnice opanowane przez „mudżahedinów”. Mówił, że już niedługo całe miasto dostanie się w ich ręce. Nie wyglądał za dobrze, to i mało przekonywująco. Był spięty, zarośnięty.

„Mudżahedini” poszli po rozum do głowy. Więźnia ogolili, wykąpali i ubrali szykowne, modne na Zachodzie ubrania. Wyraźnie się dzięki temu ożywił. Zabrano go do dwóch dużych miast znajdujących się pod kontrolą ISIS. Najpierw kamera zawitała do irackiego Mosulu. Cantlie poruszał się tu samochodem i na motorze, oczywiście w obstawie. Wyglądał na zadowolonego. Przemierzał ulice handlowe, zawitał do szpitala. Wsiadł nawet do policyjnego radiowozu. W jednej scenie wyzywał przelatującego nad miastem drona.
W ostatnim odcinku „serii” Cantlie zawitał do syryjskiego Aleppo. Wspinał się na ruiny zbombardowanych budynków, opowiadał o gospodarce ISIS i życiu codziennym „dżihadystów”. Ba, przeprowadził wywiad z dwoma takimi. „Mudżahedin” francuski z dumą komentował ataki terrorystyczne dokonane „kilka dni wcześniej” w Paryżu.

Czy przeżyje?

Media na całym świecie zastanawiają się, co to oznacza, że reportaż z Aleppo był „ostatni”. A czy był ostatni? Dziennikarze nie raczą zauważyć, że Cantlie stwierdził: „ostatni z serii”. Serie były dwie. Może będzie trzecia… Po tonie medialnych komentarzy można wnosić, że Cantlie już nie żyje. W połowie lutego 2015 r. media dostały pożywkę. Cantlie polecił ponoć swym bliskim, by „go zostawili” i „żyli własnym życiem”.

Na propagandowych filmach John Cantlie znajduje się nadzwyczaj dobrym stanie psychicznych. W niewoli siedzi już ponad dwa lata, kiedy trupem padli wszyscy jego anglosascy towarzysze niedoli. Zbyt dobrze poznał twarze oprawców… Zegar tyka. Wszystko zdaje się działać na jego niekorzyść. Wątpliwe, by zwiększył swe szans na przeżycie, nawet gdyby „nawrócił się” lub „przyjął” islam, zaakceptował szariat czy postanowił osiedlić się w Państwie Islamskim i zostać farmerem.

Jedni widzą w Cantlie bohaterem, który, wije się i ucieka przed ostrzem noża bandytów; odwlekając egzekucję, godzi się na rolę narzędzia propagandy. Wie, że nikt jej nana Zachodzie nie „kupi”. Inni widzą w nim tchórza, albo i zdrajcę. „Po co tam jechał?” – pytają retorycznie.

Taką miał pracę – godzi się odpowiedzieć. Ryzykowną, wymagającą poświęceń i potrzebną. Cantlie należy do elity dziennikarskiej, dzięki której dziennikarstwo nie stało się jeszcze synonimem komentatora-publicysty. Jako zakładnik walczy jedynym narzędziem, które mu pozostało: intelektem. O kulisach powstawania „programów” rozwodzić się będziemy, gdy będzie już wolny i bezpieczny; gdy odzyska równowagę psychiczną po latach spędzonych w celi śmierci.

Przypadek Johna Cantlie angażuje coraz większe zainteresowanie zachodnich obserwatorów. Wszyscy uczestniczymy w reportażu ISIS, w którym Cantlie odgrywa rolę najmniej wdzięczną. Ekstremiści ewidentnie uczą się, jak robić propagandę trafiającą do serc ludzi Zachodu, opartą na biblijnym kodzie moralnym i świeckim „humanizmie”.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz