Prawyborcza meta

26 grudnia 2015
Prawyborcza meta 
Paweł Zyzak

Przed Świętami RNC i DNC, kierownictwa dwóch głównych partii w USA, zorganizowały swym kandydatom debaty prawyborcze. W lutym przyszłego roku republikanie stoczą aż trzy takie pojedynki, ale już ostatnie. Atmosferę tych debat podgrzeją wyniki prawyborcze napływające z Iowa, New Hampshire, wreszcie z Północnej Karoliny. W lutym 2016 r. przyjdzie kres sondażowych igrzysk i poznamy co najmniej trójkę liczących się konkurentów Hillary Clinton, głównego kandydata demokratów. Kandydata objętego aktualnie śledztwem FBI…  

Pomyślałby kto, że w kraju tak wybitnie demokratycznym, partia stawia na kandydata, który popełnił poważne federalne przestępstwo, za które ledwo wysilił się „przeprosić”. Nie chce wygrać wyborów, czy jak? Ale jeśli posłuchać kandydatów republikańskich i demokratycznych, jednym głosem prawiących o oligarchicznej władzy Wall Street i „klasy miliarderów” – w amerykańską demokrację w USA nie wierzy już chyba nikt. Nawet kandydaci w największym stopniu sponsorowani przez tą oligarchię, Hillary Clinton i Jeb Bush też mówią o nieprawidłowościach. Clinton chce nawet ukarać Wall Street nakazując bankierom zapłacić ich „fair share”, przez co rozumie 30-procentowy podatek. Nikt się jednak nie nabiera. Bankierzy z radością zapłacą jakiś podatek, byleby tylko nikt nie zabrał się za deregulację i reformowanie sektora. W Polsce dzieje się podobnie, ale tu poświęcać się nie aż tak nie muszą. Bankierzy wolą finansować „komitety obrony demokracji”, niż płacić podatek, np. bankowy.

Rozmowy republikanów i demokratów o gospodarce różnią się tak bardzo, jak gdyby debatowano o niej w dwóch różnych państwach. Demokraci czuliby się swojo w Meksyku albo w Kanadzie. Skąpią planom, koncepcjom i rozwiązaniom, ale w schlebianiu postawom roszczeniowym są bardzo hojni. Nietypowo zacznijmy od debaty demokratów, która odbyła się później, 19 grudnia w Manchesterze w New Hampshire, cztery dni po ognistym pojedynku republikanów w Las Vegas. Poglądy w kwestii zarobków, „welfare”, czyli wydatków socjalnych i darmowego dostępu do tego i owego można streścić w trzech słowach: „więcej, taniej i za darmo”.

Jeśli widz oczekuje uczty, złożonej z samych tylko osmażonych obietnic, czy chwilowych doznań, naje się do syta oglądając debaty demokratów. Demokraci uważają, że Ameryka, jeśli idzie o dostęp do dobrobytu, wlecze się nawet za krajami „trzeciego świata”. Bernie Sanders przekonuje, że USA, bez wciąż „darmowego” szkolnictwa wyższego i „darmowego” ubezpieczenia, są prawdziwą zakałą Zachodu. To pewnie dlatego uchodźcy i nie-uchodźcy z całego świata się tutaj tłoczą – chcą zacząć doceniać to co stracili w „trzecim świecie”. Słowo „darmowe” (ang. „free”) jest tutaj kluczowe. Ono to sprawia, że Bernie – mimo wyglądu szamana i ulicznego krzykacza – jest uwielbiany przez amerykańską młodziej. Jest „cool”, w odróżnieniu od tej „bitch” Clinton, która nie chce się z nim ścigać i obiecać $15 bilionów na państwową służbę zdrowia, ubezpieczenia społeczne i „darmowe” college.

Darmowe to i owo

Genialny ten plan „bezpłatnych” studiów dla wszystkich polega na serii, no oczywiście, podwyżek podatków i nowych podatków. Nie na dywersyfikacji, informatyzacji, rewitalizacji, modernizacji, kreacji czegoś, ale na akumulacji i redystrybucji ściągniętych podatków. Sanders podnosząc przez okres następnej ponad dekady podatki uzbierał na razie zaledwie $6,5 mld. Opodatkował między innymi „spekulację” Wall Street. I tak jak nie wiadomo, jak mu się udało opodatkować „spekulację”, nie wiadomo, skąd weźmie resztę brakującej sumy. Z ropy, której nie chce wydobywać i dystrybuować? Z wojen, których nie chce prowadzić? Z przemysłu, który chce do-podatkować i ściągnąć na bardziej ekologiczne tory?

Osobiście, nie widzę nic zdrożnego w inwestowaniu przez bogate państwo we własnego obywatela, czy w likwidacji nędzy, której akompaniuje zwykle patologia. Chcę zwrócić uwagę na poziom dyskusji, jaki cechuje debaty poważnych ponoć ludzi, „wybrańców” narodu. Dyskusji, gdzie długofalowe cele czy skutki nie są w ogóle omawiane. O myśleniu, które zamienia państwo w dealera, obywatela w narkomana, a społeczeństwo w zbiorowisko leni zwanych „konsumentami”. Jaskrawym przejawem nędzy w USA jest słynna już otyłość. Na chroniczną otyłość cierpi 35% dorosłych, prawie 80 mln. czarnych, brązowych i białych Amerykanów. Zdrowe jedzenie w USA jest droższe, stąd zdrowo odżywiają się zamożni, niezdrowo biedniejsi i biedni. Ameryka powoli, pod względem rozwarstwienia i narostu nędzy, faktycznie zmierza w kierunku państw i królestw „trzeciego świata”.

„Podwyższymy płacę minimalną!” – krzyczy Clinton, której skanduje zachwycony tłum zwolenników. Zatem więcej pieniędzy dla „konsumentów” i na konsumpcję. Na co innego – jak sądzimy – wydaje te gratisowe dolary czarnoskóry pracownik McDonalda, któremu dealer właśnie zwiększył dawkę? Przypomnę, że mówimy nie o bidnej Polsce, ale o zamożnej Ameryce. O kraju rozwiniętym, gdzie łatwo nie jest, ale możliwość rozwoju, dla ciężko pracującego obywatela, jest nieograniczona. Właściwie pojmowana praca minimalna nie jest więc ani przymusem, ani nie powinna być nagrodą dla „elektoratu”. Jest po to, by przeciwdziałać wyzyskowi.

Wyzysk się za to implementuje. Reforma systemu ubezpieczeń, tzw. Obamacare, spowodowała wzrost ubezpieczonych w 2014 r. o kilkanaście milionów mieszkańców USA, obywateli i imigrantów. Jednakże ubezpieczający się dotychczas musieli zapłacić nawet trzy razy więcej za swe ubezpieczenia. Równolegle w górę poszybowały ceny leków. Żeby komuś dać, trzeba było komuś zabrać. Warto sprawdzić komu zabrano, a komu dano. Po prostu, skrycie opodatkowano klasę średnią, motor napędowy amerykańskiego dobrobytu.

Z wolna przenosimy się na debatę republikanów. Jeśli pobieżny lub niewymagający widz odnosi jeszcze wrażenie, że demokraci są partią „mocną gospodarczo”, na polu polityki zagranicznej nawet on ma wrażenie przymierza pustki i chaosu. Bernie Sanders to człowiek, który mentalnie żyje w 1970 r. Wmówił sobie i powtarza, że Ameryka nie powinna być „policjantem świata”. A na występki „radykalnych dżihadystów” w USA powinno się… podnieść płacę minimalną. Sprytne. Jeśli chrześcijanie z „klasy średniej” i żydzi z Wall Street dobrowolnie się opodatkują, muzułmanie nie będą im robili dżihadu. Brzmi, jak wprowadzanie w życie planu ekonomisty Mahometa, spisanego na kartach Koranu.

Słuchając na przemian Sandersa i Clinton można doznać pomieszania zmysłów. Sanders nie chce, żeby Amerykanie byli „policjantami” na arenie międzynarodowej, ale nie przeszkadza mu, że postanowili zostać nimi u siebie i sami zatroszczyć o własne bezpieczeństwo, skoro nie gwarantuje im go Obama. Sanders, inaczej niż „pierwszy czarnoskóry prezydent”, nie opowiada się na bezwzględną kontrolą broni. Hilary Clinton zaś tak. „Pierwsza ewentualna kobieta prezydent” nie miałaby raczej nic przeciwko militarnemu zmieceniu Państwa Islamskiego, które Sandersowi z kolei nie nazbyt przeszkadza. Próbując odzyskać psychiczną równowagę zobaczmy, co słychać w obozie republikanów. Byśmy się tylko nie rozczarowali…

Sondażowy lider

Hilary Clinton próbowała w zabawny sposób stworzyć wrażenie, że zna się na współczesnych technologiach. Ukrycie chciała dotrzymać kroku Carly Fiorinie. Fiorina ostatnio nieco przygasła, ale utrzymuje wysoki merytoryczny poziom. W Las Vegas, w imponującym hotelu Venetian, własności hojnego sponsora GOP, mówiła sporo o rewitalizacji Patriot Act, przyjętego przez Kongres w 2002 r. Ustawa jest przestarzała i nie uwzględnia postępu, jaki dokonał się w informatyce. Fiorina przypomniała, że dopiero w 2007 r. powstał i-Phone, wkrótce eksplodowały media społecznościowe. Radykalni islamiści nie omieszkali pójść z prądem postępu, ustawodawca amerykański niekoniecznie. Fiorina zadeklarowała ścisłą współpracę rządu z sektorem informatycznym z Silicon Valley, z której zresztą, jak była szefowa Hewlett Packard, się wywodzi.

Fiorina jest w zasadzie jedynym kandydatem, który konsekwentnie mówi o bezpieczeństwie Polski. Jako kobieta, nadto inteligentna i spoza polityki, jest rywalem, którego Clinton faktycznie powinna się obawiać. Bizneswoman należy do tej grupy kandydatów, którzy w starciu z Clinton, wedle sondaży, wygrywają. Donald Trump nie zalicza się do owej kategorii nemesis. Milioner ma fatalny negatywny elektorat wśród Latynosów – ok. 80%, nawet wśród kobiet, które nie darzą Clinton szczególną sympatią. Fiorina słusznie zauważa, że jej rywalce marzy się starcie Trumpem. Nazywa go człowiekiem „sloganów”. Nie ignoruje go – choć pewnie by wolała – gdyż jest on, jak ona, kandydatem spoza „klasy politycznej”.

Trump swymi wrzutkami medialnymi wyznaczył ostatnio nową granicę, postulując wstrzymanie napływu muzułmanów do USA. W lewicowo-liberalnych elitach zagotowała się krew. Ale po „prawej” stronie również. W czasie debaty Trump potwierdził wolę zamknięcia niektórych „części” Internetu dla… muzułmanów? Właśnie, nie wybiera się po szczegóły, więc trudno czuć się tu poinformowanym. Nie wiadomo, co konkretnie chce zamknąć, jak i przed kim. Hasło rzucił po zamachu w San Bernardino, więc można się domyślać, że na Bliski Wschód…

Po raz pierwszy, w czasie debaty, Trump znajdował się w pełnej defensywie. Politycy nauczyli się reagować na jego podwórkowe zaczepki. Niemiłosiernie walcowali go Bush, Fiorina i Rand Paul. Jako, że debata dotyczyła głównie spraw zagranicznych i bezpieczeństwa narodowego, „ekscentryczny miliarder” wolał nie zbyt często odzywać. Robiło się go wręcz żal, bo argumenty: „Kampania Jeba jest katastrofą” lub „Jestem lepszy od Ciebie Jeb. Ja mam 42 [%] a ty 3 jak na razie”, nie śmieszą, jak dawniej. Chwytają w betonowym elektoracie, który chce usłyszeć brutalnego Donalda, który smaga przeciwników, zadaje im ból, sprawia że wyglądają na maluczkich. Donald, wie co robi, artykułuje emocje tych ludzi, ich obawy i niechęci, ale „rozwiązania”, które oferuje, wszystkie te płoty i blokady, to oczywiście pozór. Bawi się więc Trump dobrze i upaja swymi sondażami.

Jeb Bush ośmieszył go dotkliwie przy omawianiu stosunków z Rosją. Stwierdził, że w przeciwieństwie do Trumpa, swej wiedzy o Putinie nie czerpie z programów rozrywkowych. Już po debacie z odsieczą dla „amerykańskiego Berlusconiego” przyszedł sam moskiewski watażka. Nie na darmo Trump przymilał się do niego od początku roku. Ale wystarczyło, że otworzył w Las Vegas usta na tematy wojskowe czy geograficzne, a de facto potwierdzał głębokie ubytki w wiedzy.

Racjonalizować postulaty Trumpa stara się Ted Cruz. Nie z sentymentu. Cruz chce przejąć gniewny elektorat rywala w spadku, nie tracąc przy tym powagi. Już teraz, wedle sondaży, wysunął się na prowadzenie w Iowa. Przewodzenie Trumpa w krajowych badaniach schodzi przy tym fakcie na plan drugi. Trump rozpoczął więc ostatnio ataki na Cruza, tytułując go maniakiem, na które kolega odpowiedział uśmiechem i milczeniem. Cruz sprytnie uwodzi „gniewnych” żartując, że każe postawić mur i pozwoli Trumpowi za niego zapłacić. Cruz zaproponował zawężoną formułę postulatu miliardera zamknięcia przed muzułmanami granic. Proponuje, by zakaz ten objął te państwa, w których ISIS i Al-Kaida kumulują na razie swoje siły, Afganistan, Irak, Iran i Libię.

Niestety Cruz, dziedziczy po Trumpie również brak pojęcia o sprawach zagranicznych. Sprzeciwia się usunięciu z syryjskiego tronu al-Asada, ale tego, jak spowoduje, że pokochają go nagle Turcja i rebelianci? – nie wyjaśnia. Nie wyjaśnił też, jak zmiecie bombami ISIS, że aż „piasek się będzie świecił”. Moderator zapytał senatora, jak się bombarduje „armię”, która, jak ISIS, kryje się wśród cywilów. I się nie dowiedział. Podoba mi się konserwatyzm i światopoglądowa dyscyplina „złotoustego” Cruza, ale w znajomości polityki zagranicznej nie dorasta do pięt np. Marco Rubio. Po prostu bez wiedzy piękna mowa wygląda jak zaklęcia, a Rubio łatwo operuje faktami. Prezydentura Cruza niestety może oznaczać pielęgnację „izolacjonizmu”, jaki zafundował światu Obama. A nie byłoby i Putina i ISAS, gdyby nie „złotousty” Obama.

Bunt establishmentu

Senator Rubio i były gubernator Bush wyraźnie opowiedzieli się za „ground troops”, czyli wojskami lądowymi w Syrii i Iraku. Fiorina nie określiła się taki wyraźnie, ale ona akurat swój przekaz do elektoratu kobiecego i nie chce pewno trwożyć amerykańskich matek. W krytycyzmie względem Moskwy i ją, ale i Busha i Rubio, przebił w debacie John Kasich. „Rosję należałoby wreszcie walnąć w nos” – rzucił. Putin za długo panoszy się po świecie, perorował, strasząc sojuszników USA w Europie Wschodniej. Z drugiej strony jest libertarianin Rand Paul, który wciąż nie wyjaśnia, jak zabezpieczyć próżnię po ewentualnym zdaniu przez USA munduru i pałki „światowego policjanta”. Punktuje jednak słusznie neokonserwatystów – patrz Jeb Bush – za ich obsesję na punkcie zmieniania reżimów na bardziej demokratyczne.

Summa summarum nie wiadomo czy się cieszyć, czy martwić z nowej deklaracji Trumpa, że nie wystartuje, jako kandydat niezależny. Obydwa obozy, demokratyczny i republikański są ze sobą bardzo mocno sprzężone. Wybryki Trumpa oddziałują na obydwa elektoraty. Demokraci krzyczą o faszyzmie, rasizmie, islamofobii itd., czyli również całej jego bazy społecznej. Scena polityczna się polaryzuje. Bieguny, czyli skrzydła obydwu partii oddalają się względem siebie, co powoduje, że centrum zostaje osamotnione. Centra obydwu formacji są bliżej siebie, niż swoich skrzydeł. Na centrum właśnie żeruje każdy establishment.

Jaki jest tego skutek? Partyjne wiodące nurty, oderwane od porwanych przez „skrzydła” elektoratów, zaczynają reagować nerwowo. DNC naocznie wspiera Clinton, zwalczając Sandersa, a RNC, wspiera Busha, grożąc, że nie sfinansuje kampanii politycznego outsidera. W rzeczywistości jest jeszcze gorzej. Mainstreamowi republikanie mówią w kuluarach, że, gdyby nominację zdobył Trump, głosować będą na Clinton. Nie dopuszczą, by został prezydentem i przywódcą ich partii. Wolno przypuszczać, że finansjera, która wspiera głównie demokratów wolałaby Busha, ba wolałaby prawie każdego republikanina, zamiast charyzmatycznego „socjalisty” Sandersa.

Nie wiem, jak wyglądałaby prezydentura Trumpa. Mogę sobie wyobrazić chaos, który przepowiada Bush. Dla Polski, jak i dla całego świata, nieszczęściem byłyby następne 4 lub 8 lat rządów kolejnego egocentryka pozbawionego wyobraźni w polityce zagranicznej. Marzyciela, ofiarę akcji afirmacyjnej, zastąpiłby, specjalista od handlu. Strach pomyśleć kogo i za co przehandlowałby np. z Putinem.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz