Prawica, lewica a rewolucja protestancka

19 czerwca 2016
reformacja

Joseph de Maistre, jeden z najwybitniejszych francuskich myślicieli reakcyjnych doby Wielkiej Rewolucji Francuskiej (1789-1799-1815), określił kiedyś ową rewolucję, jako swoistą schizmę bytu. Schizma ta polegać miała na powstaniu, w wyniku ówczesnych wydarzeń rewolucyjnych, anty-rzeczywistości, zupełnie nowej konstrukcji społeczno-politycznej świata, opartej na całkowitej negacji natury świata i człowieka. Świat rewolucyjny miał być swoistą antytezą normalności, laboratoryjnym nowotworem wypreparowanym z kulawego ludzkiego intelektu, wyalienowanego z doświadczenia Boga i jego praw moralno-naturalnych.

Prawdziwa schizma bytu, moim zdaniem, nie zaczęła się w roku 1789, ale kilkaset lat wcześniej, a za jej symboliczny akt erekcyjny uznaje się powszechnie słynne wystąpienie Martina Lutra z roku 1517. To wtedy bowiem ostatecznie dokonał się rozpad ładu organicznego naszej katolickiej cywilizacji. W wyniku tegoż rozpadu powstał anty-Kościół, czyli indywidualistyczny tumult protestanckiego sekciarstwa, który na trwałe zmienił historię Europy i Świata.

Schizma rewolucji protestanckiej: rozpad Kościoła na lewicę i prawicę

Dzisiejszy podział świata społeczno-politycznego na dwa wrogie obozy, tak zwaną lewicę i prawicę, ma swoje korzenie w rewolucji protestanckiej. W średniowieczu życie człowieka cywilizacji katolickiej miało tylko jeden wymiar ideowy, wtłoczony w ramy powszechnego Kościoła. Całe spektrum ludzkich zachowań było wówczas analizowane jedynie w odniesieniu do Magisterium Kościoła i głoszonych przez Uczniów Chrystusa (księży) zasad moralnych. Ludzie swoje czyny postrzegali jako dobre lub złe. To jedyny dualizm tamtych czasów. Były oczywiście sekty, które ten porządek próbowały zniszczyć (katarzy, husyci, nominaliści), ale w całokształcie swoim cywilizacja katolicka zawsze wychodziła z tych kryzysów zwycięsko, tzn. ogromna większość ludzi żyła nadal zgodnie z naukami jednego Chrystusa-Kościoła.

To właśnie od roku 1517 sytuacja w tym względzie zaczęła ulegać stopniowej, ale i nieodwracalnej zmianie. Pierwszy raz gigantyczna herezja zainfekowała i na trwale usadowiła się w obrębie katolickiego uniwersum, tworząc alternatywę dla oficjalnego Kościoła. Analizując tą kwestię, trzeba pamiętać, że herezjarchowie Nowej Synagogi uważali się bynajmniej nie za antytezę dotychczasowego Kościoła, lecz za jego esencję. Sami wszakże wywodzili się jeszcze z tego samego świata katolickiego, byli ochrzczeni w owym Kościele i nie wyobrażali sobie wówczas świata innego, niż ten, w którym wyrośli. Nie tylko w ich własnym mniemaniu, ale i, obiektywnie rzecz ujmując, protestantyzm była gałęzią tego samego katolickiego drzewa; gałąź może i  zdegenerowana, ale bez dwóch zdań będąca owocem późnośredniowiecznego Kościoła powszechnego.

Protestantyzm pod wieloma względami był więc nie tyle anty-katolicyzmem, co HIPER-KATOLICYZMEM, a sami protestanci kreowali się w początkach swojej działalności na bardziej papieskich od papieża. Protestantyzm pierwotny to nie tylko stek herezji na poziomie dogmatycznym, ale i idący im w sukurs: skrajnie pobożny styl życia, będący niejako wypaczoną kontynuacją mizantropijnej devotio moderna, tak silnie rozpowszechnionej w Północnej Europie doby XV wieku. Nie przypadkiem najsłynniejsze dzieło tego nurtu religijności katolickiej, „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasa à Kempis, to po dziś dzień „klasyk” literatury religijnej świata protestanckiego.

Protestanci czuli się więc nie tyle zaprzeczeniem chrześcijaństwa, co jego esencją. Uważali się za prawdziwą kontynuację Tradycji apostolskiej, za prawdziwy Kościół, taki jaki miał istnieć w pierwszych wiekach religii chrystusowej. W wiekach XVI czy XVII, pod względem autentycznej codziennej pobożności, pracowitości, rygoryzmu moralnego w życiu rodzinnym czy kwestiach seksualności, głębi wewnętrznego przeżycia religijnego, czy choćby poziomu znajomości Pisma Świętego, bili niewątpliwie na głowę miażdżącą większość ówczesnych katolików i mogli na nich patrzeć z poczuciem pewnej wyższości. Protestantyzm w wielu aspektach udoskonalił życie religijne naszej cywilizacji, choćby poprzez ogromne pogłębienie znajomości Biblii, czy przypomnienie o kluczowym znaczeniu Bożego Miłosierdzia (Kalwin!). Zmusił katolicki kler do drastycznego podniesienia poprzeczki zaangażowania społeczno-religijnego. Truizmem będzie stwierdzenie, że wspaniałe owoce Soboru Trydenckiego być może nigdy nie miałyby miejsca, gdyby nie konieczność zmierzenia się z uzasadnioną krytyką ze strony obozu protestanckiego.

Protestantyzm – matecznik lewicy

Nie ulega wszakże wątpliwości, że protestantyzm to także gigantyczna erupcja religijnego irracjonalizmu. Indywidualistyczna idea swobodnej interpretacji Biblii zawarta w słynnej frazie „sola scriptura” (łac. „jedynie Pismem”), to całkowita negacja racjonalizmu chrześcijaństwa katolickiego. Wszakże całe bazowanie ideowe pierwotnego protestantyzmu to:

– negacja dogmatów na rzecz indywidualnego doświadczenia duchowego;

– negacja logiki i naukowego podejścia w kwestii badania Biblii, opartego – jak każda prawdziwa nauka – na autorytecie Tradycji, na rzecz religijności uczuciowej, emocjonalnej;

– w dalszej kolejności ogólna negacja rozumności człowieka (Luter) i niewiara w ludzkie zdolności epistemologiczne w kwestii dochodzenia do obiektywnych prawd wiary i nauki; tylko subiektywna, indywidualna wiara ma jakąkolwiek wartość w życiu człowieka;

– mentalny aksjomat awerroizmu-nominalizmu, że wiara i rozum są ze sobą sprzeczne; to jeden z największych absurdów herezji protestantyzmu, który miał katastrofalne rezultaty dla historii cywilizacji europejskiej i światowej, bo pchnął ludzkość w matnię szamotania się między antynaukowym irracjonalizmem pseudo-religijności, a scjentyzmem opartym na negacji metafizyki, jako rzekomo nienaukowej;

-negacja strukturalnej i hierarchicznej organizacji Kościoła na rzecz religijności skrajnie indywidualistycznej, opartej na wrogości do wszelkiego przymusu (zwłaszcza religijnego, a z czasem w ogóle moralnego – vide: dzisiejsze „państwo neutralne światopoglądowo”) i wolności rozumianej jako negacja wszelkich form życia zborowego;

Moralny absolutyzm – rdzeń lewicy

W wielu aspektach rewolucja protestancka była niczym innym jak triumfem mentalności germańskiej w Kościele/Cywilizacji Katolickiej doby schyłkowego średniowiecza. A ta mentalność (typowa nie tylko zresztą dla rasy germańskiej, ale też np. dla Rosjan czy Żydów) to mentalność intelektualnego i moralnego absolutyzmu. Taka mentalność wyraża się zawsze w skłonności do sprowadzania wszystkiego do extremum, czyli do tego, co sami intelektualni absolutyści nazywają „logiczną konsekwencją”, a co dla ludzi integralnie katolickich jest degradowaniem każdego zagadnienia „ad absurdum”.

Dla mentalnych absolutystów cała rzeczywistość ma charakter gnostycko-manichejski, w którym nie ma miejsca na jakiekolwiek kompromisy. Wszystko rozgrywa się pomiędzy absolutnym dobrem a absolutnym złem. Każda idea, każde forma relacji międzyludzkich albo jest dobra – i należy ją rozszerzyć na cały świat, albo jest zła i należy ją potępić i zniszczyć. To mentalność ludzi, którzy:

– widzieli Kościół katolicki jako zło absolutne, a papieża jako Antychrysta; co prowadziło ich do konieczności walki na śmierć i życie z wszelkimi pozostałościami katolicyzmu nie tylko w swoim kraju, ale i na całym świecie; słynna rzeź w Noc Św. Bartłomieja była niczym innym jak reakcją francuskich katolików (reakcją fatalną) na próbę wciągnięcia Francji przez rodzimych kalwinistów (hugenotów) w wojnę z katolicką Hiszpanią, dla ratowania herezji w Niderlandach. Fakt, iż ówczesna Francja, toczona wojnami religijnymi nie miałaby szans w starciu z pierwszą podówczas potęgą polityczną i militarną świata, jaką była Hiszpania, dla hugenockich absolutystów było bez znaczenia;

– widząc zło wyrządzane dziś Tybetańczykom przez rząd CHRL są gotowi dla ich ratowania zmusić USA i Zachód do wojny światowej z Chinami; nie ważne, że dla ratowania 3 mln Tybetańczyków poświęci się życie min. miliarda innych ludzi;

– wiedzą, że jeżeli w Afryce jest głód a na Bliskim Wschodzie wojna, to trzeba stamtąd docelowo przyjąć 1,5 mld ludzi do Europy i USA, bez względu na konsekwencje; w walce ze złem nie ma bowiem kompromisów; to że w wyniku takiego transferu ludzi Europa zamieniłaby się w drugą Afrykę, bo zło dziejące się w Afryce nie jest dziełem tamtejszych warunków geograficznych, ani egoizmu Europy, ale jest emanacją pogańskiego zła tkwiącego w duchowości samych mieszkańców Afryki, nie ma znaczenia; dla moralnych absolutystów chęć pomocy ludziom (samo dobro i esencja chrześcijaństwa) nie może przynieść zła; dobro nie rodzi zła, rodzi tylko jeszcze więcej dobra;

– jeśli egalitaryzm, demokracja i tolerancja są czystym dobrem, to wszystkie społeczności, organizacje (wojsko, skauci, kościoły), narody i państwa muszą je przyswoić, albo zostaną zniszczone.

To właśnie rewolucja protestancka przyniosła światu LEWICĘ, czyli właśnie ideologie wszelkiej maści, oparte na moralnym i intelektualnym absolutyzmie… chrześcijańskim. Jak to kiedyś skonstatował genialny angielski konwertyta na katolicyzm (a przy okazji wspaniały pisarz i wielki przyjaciel Polski), Gilberth Keith Chesterton, lewica to nic innego, jak… „chrześcijaństwo, które zwariowało”.

Dlaczego ludzie wolą lewicę

„Chrześcijaństwo, które zwariowało”, czyli co? Czyli serce bez mózgu; czyli miłość bezrozumna. A jak wiemy, miłość jest esencją chrześcijaństwa. Na tym właśnie zawsze polegała wyższość nauczania Pana Jezusa nad moralnością starotestamentową. Żadne Prawo bez Caritas nie ma sensu. Prawo jest dla miłości, a nie miłość dla prawa. Pan Bóg jest przede wszystkim Miłością i Miłosierdziem. Choć jest sprawiedliwy, to jego sprawiedliwość zawsze jest wyrazem miłości. Prawo jest dla człowieka, aby nie zboczył ze ścieżki miłości.

Tyle, że – i tego kompletnie nie rozumie gnostycko-manichejska mentalność lewicowa – Miłość nie neguje Prawa. Ona je dopełnia, wypełnia, przepełnia, ale NIGDY nie neguje. Miłość nigdy nie jest antytezą sprawiedliwości, a tym samym i rozumności. Lewicowość od zawsze była wyrazem niezdolności przyswojenia sobie tej akurat prawdy absolutnej. W dzisiejszych czasach widać to szczególnie jaskrawie. Najbardziej chyba skrajnym wyrazem takiej mentalności jest, pokutujące wśród całkiem sporej liczby ludzi na Zachodzie, przekonanie, że skoro Pan Bóg Trójjedyny jest Miłością absolutną, to wszyscy ludzie są i będą zbawieni, bez względu na to, co uczynią w tym życiu. To autentyczna miała Diabłu parodia idei miłosierdzia, ale nie jedyna. Wszakże na tej samej mentalnej zasadzie opiera się ideologia zakazu stosowania kary śmierci, jako rzekomo niezgodna z miłością i miłosierdziem.

Niestety apostołem takiej heretyckiej mentalności jest papież Franciszek, który gromi wszelkie narody i jednostki broniące się przed islamizacją. Czyż – wg papieża – nie mamy obowiązku przyjąć do siebie wyznawców tej anty-chrześcijańskiej sekty choćby dlatego, że są oni biedni i straumatyzowani wojnami, przemocą, itd.? Dla mającego lewicowy światopogląd papieża fakt, iż ludzie ci mają islamską mentalność, opartą na kulcie śmierci i przemocy, pogardzie dla kobiet i nienawiści do nas, chrześcijan, ale też i innych wyznań, nie ma żadnego znaczenia. Miłość bez rozumu wszystko uleczy. Rozum tylko przeszkadza w akcie miłowania swoich wrogów. Dlatego trzeba tu jeszcze poczynić małą dygresję na temat ludzkich cnót, których obecny papież najwidoczniej nie zna.

Św. Tomasz z Akwinu podzielił kiedyś cnoty na kardynalne i pozostałe. Cnoty kardynalne to: wiara, nadzieja i miłość. W tych cnotach, jak pisał, nie można przedobrzyć. Nie można za bardzo kochać, za bardzo wierzyć, czy mieć zbyt silną nadzieję. Ale w pozostałych cnotach już mamy możliwość popaść w zło skrajności. Przykładowo w kwestii oszczędności, która jest cnotą, można popaść w przesadę: skąpstwo; i vice versa: można popaść w jej symetryczny błąd, a mianowicie w rozrzutność, która jest ekstremizacją cnoty szczodrości. Nauka katolicka mówi więc jasno: w cnotach pozakardynalnych trzeba zachować zawsze umiarkowanie. Tyle, że Akwitana dokonał jeszcze jednego fundamentalnego spostrzeżenia. Otóż z dwóch symetrycznych błędów ekstremizmu: skąpstwa i rozrzutności, rozrzutność jest mniejszym złem do skąpstwa. Dlaczego? Bo w mniejszym stopniu uderza kardynalną cnotę miłości. W ogólności można powiedzieć, że najczęściej lewica jest zwyrodnieniem tych cnót, które – przynajmniej sprawiają takie wrażenie – są mniejszym występkiem przeciw miłości bliźniego, niż te, które są zwyrodnieniem prawicy, zazwyczaj bardziej odwołujących się do zasad rozumu niż miłości.

Sympatia dla lewicy, choć oczywiście głupia i bezrefleksyjna, jest mimo wszystko wyrazem mentalnej świadomości wyższości Miłości nad Prawem. A to świadczy o tym, jak głęboko przeniknęła człowieka Zachodu mentalność autentycznie chrześcijańska. Ludzie Zachodu, jakkolwiek nie byliby zdegenerowani protestantyzmem, sekularyzmem i innymi odstępstwami, to bezrefleksyjnie wybierają to, co uważają, jeśli nie za czyste dobro (miłość, szacunek i miłosierdzie względem bliźniego), to przynajmniej za mniejsze zło w stosunku do niemiłosiernego rygoryzmu. Kiedy człowiek Zachodu (czyli potomek przedstawicieli dawnej Cywilizacji Katolickiej, Christianitas) ogląda w telewizji Rosjan, dla których chrześcijaństwo to masowe torturowanie i mordowanie Czeczenów, jako „niewiernych”, czy mordowanie ludzi chorych psychicznie pod płaszczykiem walki o moralność, to podskórnie czuje, że ma do czynienia z satanistyczną parodią tegoż chrześcijaństwa, w której Prawo staje się jedynie pretekstem do nienawiści, pogardy i mordu względem drugiego człowieka. Mając – fałszywy – wybór między wypaczonym chrystianizmem Franciszka, a diaboliczną parodią religijności a’la Putin, większość ludzi słusznie wybiera Franciszka.

Tutaj też dotykamy istoty dramatu wielkiej katolickiej schizmy z 1517 r. Powstałe wówczas wewnątrz-katolickie pęknięcie na lewicę i prawicę, samo w sobie nie miało bynajmniej charakteru gnostycko-manichejskiego, tzn. strona katolicka wcale nie była nieskalanym niewiniątkiem na tle swojego protestanckiego antagonisty. Obie strony tego pęknięcia dziedziczyły bowiem po chrześcijaństwie średniowiecznym ogromny bagaż doświadczeń zarówno dobrych, jak i tych najgorszych. Ogromne błędy ludzi Kościoła w XV, XVI i XVII wieku, mordowanie heretyków za to, że błądzili, udział w zbrodniach wojen religijnych, czy wreszcie często bardzo niski poziom osobistego życia religijnego katolików, zarówno świeckich jak i duchownych, spowodował to, czego doświadczamy nieustannie od wieku XVIII po dziś dzień. Nawet fakt, że Kościół wydał z siebie całe rzesze świętych i pobożnych ludzi, nie uchronił świata katolickiego od klęski w toczącej się od 1517 r. wewnętrznej europejskiej wojnie domowej o panowanie dusz. Tak, jak grzechy ludzi Kościoła były faktyczną przyczyną rewolucji z 1517 r., tak i w wiekach następnych stały się przyczyną triumfu tejże herezji (wiek XVII) i zdominowania przez nią najpierw Europy, a następnie, poprzez Europę, całego świata.

Efektem zwycięstwa protestantyzmu (summa summarum w wersji anglosaskiej) był przy okazji triumf mentalnej kalki, utożsamiającej świat protestancki z miłosierną lewicą, a świat zdominowany przez Kościół, z niemiłosierną prawicą. I po dziś dzień żyjemy w świecie polityki oscylującej pomiędzy tymi dwoma symetrycznymi błędami, narzuconymi przez rewolucję Lutra: lewicą (serce bez mózgu) a prawicą (rozum bez serca). Dlatego trzeba jeszcze powiedzieć kilka słów o prawdziwym źródle tej dychotomii, który – wbrew protestanckiej propagandzie – nie wzięło się z konfliktu katolicko-reformowanego. Taka fałszywa alternatywa mogła się zrodzić tylko wewnątrz świata protestanckiego.

Świat germański a dualizm lewica-prawica

Protestantyzm był, jak już napisano, wyrazem triumfu mentalności germańskiej w łonie samego Kościoła. Taka eklezjalna aberracja nigdy by się jednak nie dokonała, gdyby struktury Kościoła na ziemiach germańskich nie zostały wcześniej zniszczone przez niemiecki cezaropapizm. Azjatycka formuła degeneracji Mistycznego Ciała Chrystusa, na wzór Cesarstwa Wschodniorzymskiego (Bizancjum), polegała właśnie na zniszczeniu mistycznego, metafizycznego charakteru urzędów biskupich, opackich czy kleszych, metodą obsadzania ich przez świeckich urzędników państwa. W – będącej osią historii średniowiecza – walce papiestwa z cesarstwem o tzw. inwestyturę gra toczyła się właśnie o to, czy w germańskim Cesarstwie Rzymskim, Kościół będzie autentycznym namiestnikiem Chrystusa na ziemi poprzez sukcesję apostolską autoryzowaną przez następców Św. Piotra z Rzymu, czy też będzie jedynie urzędem takim samym, jak dzisiejsze Ministerstwo Rolnictwa. Jak wiemy, papiestwo tę wojnę przegrało. W efekcie niemiecki (i nie tylko) Kościół, zamiast być kuźnią kolejnych świętych i apostołów, stał się przede wszystkim systemem dziedzicznych urzędów dzierżonych przez germańską arystokrację, która zajmowała się wszystkim, tylko nie krzewieniem wiary chrześcijańskiej.

Rewolucja protestancka w XVI w. była błędną próbą powrotu do chrześcijańskich korzeni poprzez odrzucenie tak zdegenerowanych struktur kościelnych, jakie istniały w świecie germańskim. W swoim charakterze herezja ta, tak skrajnie krytyczna wobec późnośredniowiecznego Kościoła (np. za krypto-pogański, w wielu aspektach magiczny charakter ówczesnej pobożności) sama była zwieńczeniem i kontynuacją całej plejady germańskich tradycji pogańskich, np.:

– starogermański kult władcy-maga, który znalazł swój wyraz w oddaniu władzy nad „kościołami” świeckim władcom terytorialnym Rzeszy i germańskim królom Brytanii i Skandynawii;

– starogermańska tradycja palenia ludzi żywcem, jako forma ich duchowego oczyszczenia z popełnionych grzechów, zaimplementowana do tradycji średniowiecznego Kościoła, dalej była kontynuowana; ponad 90% wszystkich spaleń na stosie w dobie późnego średniowiecza (eksplozja tego zjawiska to efekt triumfu religijnego irracjonalizmu w Europie pod wpływem doświadczenia apokalipsy Czarnej Śmierci w XIV w.) dokonana była w krajach germańskich; te same proporcje dotyczyły jeszcze większego procederu palenia „czarownic” w XVI i XVII w., których miażdżąca większość dokonywana była w krajach protestanckich;

– kontynuacja skrajnych form nietolerancji religijnej egzekwowanej przez państwo, która biła na głowę gwałtownością i brutalnością nietolerancję krajów pozostających przy katolicyzmie; wystarczy sobie przypomnieć dzieje walki  fałszywego „katolicyzmu” reprezentowanego przez Zakon Krzyżacki z autentycznie katolicką Polską w wieku XV: germańską ideę wyrzynania w pień Prusów i Litwinów, tylko dlatego że są poganami, oraz polską ideę prof. Pawła Włodkowica, człowieka który zmienił historię ludzkość w stopniu co najmniej równym, niż Kopernik; położył on bowiem, swoim wykładem na Soborze w Konstancji, podwaliny pod rozwój światowego prawa międzynarodowego (kontynuowane i rozwijane potem przez tomistów na Uniwersytecie w Salamance), głosząc, m.in. prawo pogan do życia, wolności, godności i własności;  tak się „przypadkiem” złożyło, że to samo Państwo Zakonne w 1525 r. stało się pierwszym w historii ludzkości państwem oficjalnie protestanckim;

Rewolucja protestancka przyniosła Europie dwieście lat fanatyzmu religijnego, skrajnej nietolerancji i wojen religijnych, które wstrząsnęły ówczesnymi światłymi umysłami do tego stopnia, że stały się podwaliną odrzucenia przez wielu z nich państwa religijnego, a nawet religijności w ogóle. Pozostając w orbicie luterskiej dychotomii irracjonalna religia – racjonalna nauka, coraz częściej od XVII w. opowiadano się po stronie tej drugiej, szukając w niej remedium na religijny fanatyzm i horror ideologicznych wojen domowych. To właśnie na kanwie takiego obrzydzenia do religii jako takiej Thomas Hobbes napisał swojego „Lewiatana”. Po wpływem traumatycznych doświadczeń angielskiej wojny religijnej z połowy XVII w. i triumfu sekciarskich fanatyków spod znaku Olivera Cromwella, propagował on ideę silnego państwa-molocha, który na modłę totalitarną ocali społeczeństwo od chaosu i śmierci niesionych przez religijny ekstremizm. Przeświadczenie to stało się kamieniem węgielnym oświecenia, zwłaszcza po doświadczeniu jednej z najstraszniejszych rzezi religijnych w historii, wojny trzydziestoletniej w Niemczech.

To właśnie tak zaczęła się historia postprotestanckiej „prawicy”, która w moralności i religijności, a ostatecznie we wszelkiej autentycznej ideowości widzi jedynie romantyczny irracjonalizm i zagrożenie dla porządku społecznego i funkcjonowania państwa. W ten sposób narody, które popadły w herezję protestancką znalazły się z biegiem czasu między młotem protestancko rozumianej prawicy (rozumność negująca chrześcijańskie uniwersalne wartości moralne, nihilistycznie odrzucająca w życiu społeczno-politycznym wszelką ideowość, jako rzekomy wyraz niebezpiecznego zdziecinnienia) a lewicy (bezmózga totalitarna parodia wartości chrześcijańskich). Wszakże w jednym oba te bękarty postprotestanckie zawsze były są ze sobą kompatybilne.

Hobbes mentalnie odziedziczył jeszcze jeden kluczowy wyznacznik absolutystycznej mentalności protestanckiej. Jego słynne słowa „homo momini lupus est”, to kwintesencja luterańskiej herezji antropologicznej, którą skrótowo można sprowadzić do zdania, po którym podpisał by się obiema rękami Martin Luter: „wszyscy ludzie to podludzie”. Dla Lutra rozum ludzki był bezwartościowy, a chrzest czy Komunia Święta nie przełamywały plugawej natury człowieka, opartej na skażeniu grzechem pierworodnym. Człowiek zawsze jest bestią i idiotą, więc dla Lutra, tak jak dla Hobbesa, jedynym kagańcem na jego amoralność nie jest moralność (zwłaszcza w dobie jej protestanckiej relatywizacji), ale prawo wymuszane przez państwo. Lutra w tym względzie można uznać za protoplastę państwowego totalitaryzmu odgórnego w stylu stalinowsko-północnokoreańskim. Kalwin z kolei dawał pierwszeństwo kontroli jednostki nie państwu, lecz społeczeństwu totalnemu na wzór późniejszych rewolucyjnych totalitaryzmów trockistowsko-maoistycznych, gdzie dziecko donosi na swoich rodziców. Lewica w tym względzie znacznie bardziej preferuje metody kalwinizmu, fałszywa prawica kocha ład odgórny. Obie strony tego sporu nie wierzą substancjalność ludzkiego bytu, de facto negując jego wolną wolę i zdolność do samokontroli. Taki był efekt negacji w świecie protestanckich Sakramentów spowiedzi i komunii, które faktycznie wykluczyły możliwość trwania w łasce uświęcającej, a w konsekwencji zdolności do samodzielnej wewnętrznej odnowy duchowej człowieka.

Epoka oświecenia i rewolucja „antyfrancuska” ostatecznie ukształtowały współczesny, narzucony wszystkim przez świat post-protestancki podział na prawicę i lewicę. Przy czym kluczowe było tutaj ostateczne ukształtowanie paradygmatów mentalności lewicowej. Pozostają one aktualne po dziś dzień.

Po pierwsze wewnątrz-protestancka lewica dokonała w okresie oświeceniowym swoistego przewartościowania luterańskiego błędu antropologicznego, przeskakując – jak na intelektualnych absolutystów przystało – w jego symetryczną antytezę: wiarę w absolutną dobroć człowieka. W efekcie wyznacznikiem lewicy stało się po dziś dzień przeświadczenie, że wszelkie zło pochodzi nie z człowieka, ale z otaczających go warunków kontekstualnych: kondycji ekonomiczno-społeczno-politycznej danej epoki w danym kraju. Jeśli są one złe (determinują do zła), to trzeba je zmienić/zniszczyć i wszyscy staną się wówczas aniołami. Oświecenie przekształciło chrześcijańską wiarę w Raj po śmierci, w aktywistyczny dogmat o budowie raju na ziemi. Na takim założeniu bazowała m.in. rewolucja komunistyczna. Bynajmniej wiara w naturalną dobroć człowieka, dużo przecież bliższa teologii katolickiej niż kontynuowana przez post-luterańską pseudo-prawicę wiara w jego dogłębne zdegenerowanie, nie wyklucza uznawania go za niesamodzielnego, determinowanego głupka-robota. Cała współczesna lewica to wiara w odgórne tworzenie bezgrzesznych „nowych ludzi” poprzez zmianę warunków społecznych wbrew ich wiedzy i woli przez kastę tych, w których inkarnował się Logos.

Po drugie to odrzucenie wszelkiej religijności formalnej, przekształcenie protestanckiego instynktu antykatolickiego w postprotestancki instynkt antychrześcijański tout court. Jednocześnie lewica, przy całej formalnej negacji chrześcijaństwa, przejęła z tegoż niemal wszystkie wartości, idee i zasady moralne (nazywane od XVIII w. ogólnoludzkimi, uniwersalnymi), tyle że z biegiem czasu poddawane coraz dalej idącej irracjonalizajcji i ekstremizacji. W wyniku tego procesu te wartości chrześcijańskie przekształciły się w niejednym przypadku w swoją własną diaboliczną parodię. (np prawo mordowania dzieci nienarodzonych jako wyraz… prawa do wolności kobiet, itd.).

Z drugiej strony prawica postprotestancka zdegenerowała się z czasem w zgraję nihilistycznych pragmatyków, mniej lub bardziej jawnie gardzącą Magisterium Pana Jezusa. Kiedy lamentuje się dziś w USA na kondycją amerykańskiej prawicy w jej głównym nurcie, że różni się od lewicy jedynie w kwestiach podatkowych, a poza tym w najlepszym razie jedynie opóźnia marsz lewackiej rewolucji, to przeocza się fakt, że to jest logiczne zwieńczenie jej procesu ewolucyjnego. Skoro chrześcijaństwo utożsamiono z irracjonalizmem, kretynizmem, brakiem skuteczności, naiwną wiara w człowieka… „Rozumność” bez serca przejmuje się nie losem drugiego osoby (np. dziecka nienarodzonego, czy losem nacji uciśnionych przez komunizm, albo żyjących w nędzy i terrorze), ale utrzymaniem władzy w kraju i utrzymaniem statusu kraju na świecie – obie te rzeczy wyłącznie w celu własnych egoistycznych korzyści. W tak rozumianej optyce casus Adolfa Hitlera może jawić się faktycznie, jako kwintesencja prawicowości: czysta pragmatyczna negacja wszelkiej moralności w celu maksymalizacji skuteczności w dążeniu do jakiegoś egoistycznego celu, np. dominacji własnego plemienia nad innymi.

W ten sposób „prawica” postprotestancka oddała niejako monopol na idee i ich interpretację lewicy, która to z kolei stała się jedynym depozytariuszem tego, co jeszcze człowiek Zachodu mniej lub bardziej utożsamia z chrześcijańskimi wartościami. Tymczasem faktycznie dzisiejsze boje „prawicy” z „lewicą” to boje nihilistów z lewackimi fanatykami. Efektem tych bojów było, koniec końców, przyjęcie przez prawicę retoryki lewicowej we wszystkich możliwych kwestiach, za wyjątkiem kwestii podatkowej. Efektem arcyfinalnym są rządy nihilistycznej oligarchii wystrojonej w szatki lewackich aktywistów, który eksploatuje kibicujący jej faktycznie zlewaczały motłoch, dla którego wolność – jak by to ujął Mistrz Nicolas Gomez Davila – to prawo do publicznego wymiotowania i publicznej kopulacji. Taki też jest ostateczny efekt protestanckiej schizmy 1517 r. Jest to wszakże optyka widzenia świata narzucona przez ducha postprotestanckiego, która dla katolika jest nie do przyjęcia.

Katolicka alternatywa: przełamanie shizmy

Alternatywą dla protestanckiej relatywizacji słowa „pawica” (to co siedzi na prawo od lewicy w ławach sejmowych) jest katolickie rozumienie: prawicą jest to, co kieruje się ku tym, którzy staną po Prawicy Pana Jezusa w dniu Sądu Ostatecznego. Człowiek katolickiej prawicy to osoba, której imperatywem jest dążenie do zbawienia siebie i bliźnich, także na płaszczyźnie działalności życia zbiorowego, społeczno-politycznego. Jednym słowem, katolicki prawicowiec , to osoba która w harmonijny sposób łączy w sobie nakazy miłości i rozumności, miłosierdzia i sprawiedliwości, wolności i solidarności. Człowiek integralnie prawicowy przełamuje w sobie bzdurny podział na prawicę i lewicę z roku 1517, biorąc z obu tych tradycji wszystko to, co najlepsze, wracając tym samym do jedynego autentycznego rozróżnienia ludzkiego działania: na to, co dobre, i to co złe. To człowiek integralnie mediewalny.

Trzeba wszakże pamiętać, iż w XX wieku mieliśmy dwie próby przełamania dychotomii prawica-lewica. Pierwsza chronologicznie była próba uczynienia tego w sposób bezbożny, na modłę pruską. To był właśnie faszyzm, który był ogólnoeuropejską (a nie tylko włosko-niemiecką) próbą przełamania schizmy 1517 r., przez syntezę lewicowego, niemiecko-romantycznego nacjonalizmu, jako celu, oraz „prawicowego” nihilizmu siłowej, militarystycznej praktyki politycznej na modłę Prus Fryca II i Otto von Bismarcka. Niemal każdy kraj, który miał jeszcze w sobie jakieś siły witalne w pierwszej połowie XX stulecia, wytworzył u siebie jakąś formę faszyzmu. W Polsce matecznikiem tejże gangreny byli legioniści Józefa Piłsudskiego, którzy stworzyli własną syntezę socjalizmu i nacjonalizmu w wydaniu „pragmatycznym”. W Italii byli faszyści Mussoliniego, w Niemczech naziści i Adolf Hitler. Wszystkie te koncepcje, utożsamione przez postprotestancki dyskurs ideowy z „prawicą”, były bezbożne i mniej lub bardziej bandyckie, a ostatecznie zakończyły się klęską i kompromitacją,

Drugą taką próbą był Sobór Watykański II, podjęty przez sam Kościół Katolicki w celu ratowania gnijącego gmachy Cywilizacji Zachodniej właśnie poprzez próbę syntezy wszystkiego tego, co było najlepsze w dorobku rewolucji protestanckiej z tym, co najlepsze w dziedzictwie Kościoła potrydenckiego. Ale to już temat na osobną rozprawę.

Filip Bauman

Dodaj komentarz