Powyborcze reality show

17 listopada 2020
800px-Joe_Biden_Rally_at_Hiatt_Middle_School_-_49481118912

Donald Trump nie powtórzył wyczynu z 2016 r. Nie podbił „pasa rdzy”, kolebki amerykańskiego przemysłu ciężkiego, do czego zabrakło mu zwycięstw w Pensylwanii oraz Michigan, oraz przegrał w „wahającym się” od czterech lat Wisconsin. Powtórzył za to wynik Hillary Clinton. Wynik, przed głosowaniem elektorskim, dosłownie odzwierciedla ten z roku 2016 r., 306 do 232. Fala, na której znajdowali się demokraci nie zalała całej Ameryki, nie rozbiła się też o napotkane skały, ale straciła nieco swój impet. Wprawdzie demokraci poprawili wynik w Senacie, o jedno miejsce, ale stracili ich sporą ilość w izbie niższej, utrzymując wszakże nad nią kontrolę.

Żaden sondaż nie zastąpi rezultatów wyborczych, czyli zbioru twardych danych. Dopiero te pozwalają analitykowi weryfikować kreślone na podstawie badań i obserwacji tezy i hipotezy, np. na temat trendów, bo trendy więcej mówią aniżeli wyizolowane dane statystyczne. Suche dane nie mówią nic o emocjach, a emocje właśnie, przy wyrównanych zwykle w USA wyborach, potrafią, jak pokazał rok 2016 r., z dnia na dzień odwrócić wynik.

Trump, przypomnijmy, jest pierwszym od czasów Busha starszego jednokadencyjnym prezydentem. Przy czym Bush wyprowadzał się z Białego Domu po trzech kadencjach. W wyborach z 1992 r. zadziałał m. in. czynnik zmęczenia materiału i to on głównie wpłynął na ostateczny wynik elekcji. Wygrał ją stosunkowo młody, energiczny i „lubialny” William Clinton. Wyczyn Trumpa bardziej pasuje do porażki Jimmy’ego Cartera, który stracił dla demokratów urząd prezydencki, gdy jednocześnie demokraci umocnili się w Izbie Reprezentantów, zaś republikanie odzyskali Senat. Choć i to porównanie nie jest do końca szczęśliwe. Urzędujący obecnie prezydent USA przegrał, podkreślmy, w czasach pandemicznego „9/11” czy narodowej wojny z „chińskim wirusem”, mając gigantyczną premię „na starcie” kampanii. Więc pod tym względem bardziej doń pasują losy prezydenta Herberta Hoovera, również jednokadencyjnego, którego „zmiotło” zarządzanie kryzysem finansowym przełomu lat 20. i 30. …

O wyniku wyborczym w wymienionych wyżej „wahających się” stanach, ale również w, znajdujących się od 28 lat pod republikańską banderą Georgii i Arizonie, najpewniej zadecydowały trendy wśród białych kobiet z przedmieść, osób starszych oraz – co było niedawno przedmiotem naszych rozważań – wśród katolików, ba nawet wśród ewangelikalnych. Trendy sprzyjające demokratom. Biden wygrał z Trumpem wśród katolików w skali kraju stosunkiem 52-47%, a nawet udało mu się zmniejszyć negatywną różnicę wśród białych katolików, głosujących zwykle na kandydatów GOP, z 24% w 2016 r. do 12-13%.

Owe trendy powinny, i najpewniej zaczną spędzać sen z powiek liderów GOP, zafrasowanym aktualnie utrzymaniem większości senackiej, czyli dwoma dogrywkami w Georgii, do czego potrzebny jest odchodzący prezydent… Stąd zauważalne rozdarcie liderów partii między narracją konta tweeterowego prezydenta, a duchem tradycji amerykańskiej republiki. Powiększająca się przepaść w „głosach powszechnych”, wynosząca po tych wyborach prawie 6 mln. głosów, na korzyść kandydata demokratów, jest kolejnym dzwonkiem alarmowym. Już na konto osobistej satysfakcji Bidena pójdzie to, iż pobił on rekord wszechczasów w głosach oddanych na kandydata. Otrzymał ich niespełna 80 mln. Natomiast o wiele poważniejsze są, z punktu widzenia GOP, zmiany demograficzne zachodzące w stanach południowych, które tym razem przesądziły, wraz ze wspominanymi trendami oraz wysoką frekwencją zwłaszcza czarnoskórych Amerykanów, o „odwróceniu” dwóch republikańskich bastionów. W Arizonie nadto prezydentowi niewątpliwie zaszkodziła osobista wojna, jaką toczył z John McCainem, także po jego śmierci…

Niektórzy stratedzy i politycy związani z GOP nawołują do redefinicji wizerunku partii. Częściej w kuluarach, aniżeli na wizji. Do tego zresztą samego, zawiedzeni niepowalającymi rozmiarami „blue wave”, nawołują niektórzy demokraci. Wyborcy wyraźnie odrzucili ekstremizmy. Wystawili „czerwoną kartkę” tym, którzy zwłaszcza w ostatnim czasie, igrali z bezpieczeństwem publicznym współobywateli. A więc politykom, którzy podsycali zamieszki uliczne w związku ze śmiercią George’a Floyda oraz lekceważyli zagrożenie epidemiczne. Mowa i o Trumpie i o demokratach, bo to przyczyna najpewniej przyczyna rozmiarów i impetu „fali”. Zwłaszcza demokraci stanowi, zapłacili za utożsamianie się z protestami, które przypominały często najazdy łupieżcze, oraz hasłem „defund the police”. Biden konsekwentnie odcinał się od postulatu osłabiania policji, z drugiej strony krytykował administrację Trumpa za katastrofę epidemiczną w kraju.

Sytuacja powyborcza wymusza ponadpartyjną współpracę i na taką zapewne liczyła duża część wyborców republikańskich, odrzucających kandydaturę Trumpa. Takiego przynajmniej zdania jest Mitt Romney.

Donald Trump nie uznał publicznie zwycięstwa kontrkandydata, nawet mu prywatnie nie pogratulował. W styczniu bowiem wróci do prywatnego życia, w którym to jest właścicielem konglomeratu biznesowego mającego poważne problemy finansowo-podatkowo-dłużne. Przed ewentualnymi konsekwencjami prawnymi nie chroni go nawet prezydencka prerogatywa do ułaskawiania i łagodzenia wyroków, ponieważ owe problemy zaczynają się poziomie dystryktu. Prerogatywa owa posiada moc jedynie w sprawach federalnych. Wreszcie są osobiste problemy prawne Trumpa, dotyczące domniemanych nieprawidłowości finansowych jego kampanii wyborczej w 2016 r., nakładająca się na te sprawa „pieniędzy za milczenie” dla byłych kochanek, za co jego prawnik poszedł do więzienia, czy zarzutów obstruowania śledztw federalnych i czerpania korzyści finansowych ze sprawowania najwyższego urzędu w państwie.

Narracji o fałszerstwie wyborczym, którą począł prezydent snuć na wiele miesięcy przed finalnym dniem elekcji, potrzebuje właśnie do tych licznych batalii, które będzie toczył po powrocie do szarej rzeczywistości. Narracja ta jest wstępem do następnej, mówiącej o zemście politycznej demokratów, do których zaliczani się będą prokuratorzy, sędziowie, ustawodawcy, wierzyciele, dziennikarze, a nawet republikanie (RINO). Stąd dobrowolne przekazanie władzy, jak i pełnowymiarowe, jednoznaczne uznanie rezultatu wyborczego 2020 ze strony przegranego najpewniej nie nastąpi. Kto śledzi scenę polityczną w USA, przeczytał choćby jedną nieautoryzowaną biografię Trumpa, nie będzie raczej spierał się z tą oceną.

Bardziej niepokoi zadziwiająca podatność na teorię o „masowym fałszerstwie wyborczym” w USA, opartą jedynie na pustych słowach. Teoria ta prowadzi do następnej, która karze jej sympatykom oczekiwać na nieuchronną drugą kadencję Trumpa. Jedna i druga zdumiewają, gdyż przeczy im oficjalne stanowisko federalnej administracji, podległej… aktualnemu prezydentowi, wyrażone przez Rządową Radę Koordynującą Infrastrukturę Wyborczą oraz Komitety Wykonawcze Koordynujące Sektor Infrastruktury Wyborczej, zapewniające, że tegoroczne wybory były najlepiej zabezpieczonymi w historii USA:

„Nie ma żadnych dowodów, żeby którykolwiek system odpowiadający za głosowanie usunął lub zgubił głosy, zmienił głosy lub został w jakikolwiek sposób skompromitowany”.

Powyższa konkluzja idzie w parze ze zwierzeniami kremlowskich polityków, tj. Władimir Żyrinowski, wyrażających w reżimowych mediach publiczny żal, iż aparat Federacji Rosyjskiej nie zrobił więcej, wzorem pamiętnego 2016 r., by przechylić szalę wyborczą na korzyść Trumpa. Ale nic straconego, do końca stycznia jeszcze sporo czasu.

„Jeśli potrzebujemy Trumpa, pomóżmy mi. Uczyńmy go zależnym od nas, żebyśmy mogli wydoić go jak krowę” – stwierdził Żyrinowski.

Wszystkie teorie mówiące o „masowym fałszerstwie”, m. in. głosowaniu zmarłych okazały się być, jak dotąd, zmyślone. W wyborach, jak się okazuje, nie zagłosowała ani jedna zmarła osoba. Mimo to cmentarna teoria żyje w Sieci swoim życiem… Teorie te wymagają od swego żywiciela giętkiej jaźni. Do „masowych” i „ogólnokrajowych” fałszerstw dochodziło w zasadzie tylko w tych stanach, które zaważyły na wyniku, niezależnie od opcji, która w nich rządzi. Prócz tego demokratom „dosypano” głosów wyłącznie w wyborach prezydenckich, mimo, iż na tym samych kartach obywatele zakreślali również kandydatów do wszystkich szczebli legislatur… Wiele tłumaczą, albo i komplikują, retrospekcje z Arizony i Pensylwanii, z tego samego punktu na osi czasu, gdy w tym pierwszym stanie, podczas zliczania głosów prowadził Biden, a w Pensylwanii Trump. Zebrani pod punktami zliczania głosów zwolennicy prezydenta krzyczeli – w Arizonie: „Liczcie głosy”, zaś w Pensylwanii: „Przestańcie liczyć głosy”…

Wszystkie batalie sądowe, mające potwierdzać przypadki fałszerstw i nieprawidłowości, i zatrzymać zbliżającą się certyfikację wyborów przez poszczególne stany, sztab Trumpa „masowo” przegrywa. Wszczęte w Georgii ponowne przeliczanie głosów niczego nie naturalnie zmieni. Zresztą czuwają nad nim ci sami, którzy organizowali i przeprowadzili tam wybory, czyli… republikanie, bezskutecznie zresztą naciskani przez otoczenie Trumpa, by policzyć głosy tym razem inaczej, np. anulując ich część.

Postawa obecnego prezydenta, nie mająca precedensu w prawie 250-letnich dziejach republiki, podminowywanie zaufania do fundamentów ustrojowych, raduje reżimy, które mają chroniczny problem z legitymizmem własnych rządów. Brak akceptacji wyniku wyborczego, ogólnokrajowe protesty, oskarżenia o „masowe fałszerstwo” wyborcze – są to obrazy, które ociepliły w ostatnich dwóch tygodnia wizerunek choćby Aleksandra Łukaszenki. Moskwa czas swoistego paraliżu administracji wykorzystała do wywrócenia stolika na Południowym Kaukazie i wciągnięcia Armenii z powrotem na swą orbitę.

Dzieje się to wszystko w czasie prawdziwego tsunami zachorowań i zgonów na Covid-19. Kryzys epidemiczny, który i przed wyborami nie otwierał listy priorytetów administracji, spadł na niej jeszcze niżej. Prezydent tymczasem koncentruje się na czystkach w aparacie władzy, naciska na finalizację postulatów wyborczych – mimo, iż wybory przegrał – tj. wycofanie wojsk amerykańskich z Europy i Bliskiego Wschodu oraz, wedle przecieków, rozważa działania militarne wymierzone w Iran…

Konkludując: nie tylko na Twitterze, ale również w realnym działaniu, Trump udowadnia, że w wyborach w 2020 r. doszło do reelekcji. Niezależnie od tego w co tak naprawdę wierzy, jak przystało na showmana, jednym Trump daje się lubić, innym nienawidzić, wszystkim za to solidarnie podnosi ciśnienie. Najważniejsze w tym biznesie, by oglądalność utrzymywała się na szczycie.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz