Postument, który zawinił

9 listopada 2017
Spray paint lettering covers the confederate monument on the Denton courthouse lawn Monday morning. Photo by Kristen Watson/DRC. Źródło: https://www.dallasnews.com/news/crime/2015/07/20/video-shows-pair-vandalizing-confederate-monument-in-denton

Jedną z pierwszych symbolicznych decyzji podjętych przez obecny polski rząd była ustawa dekomunizacyjna, która weszła w życie we wrześniu, zakazująca propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego w nazwach ulic, obiektów, itp. Przed miesiącem upłynął termin jej wykonania.

Ustawa wzburzyła samorządy, w których wciąż zasiadają ostatni, jak i środowiskowi spadkobiercy partii komunistycznych, ale obnażyła również kilka autentycznych dylematów. Jak przykładowo potraktować nazwy instytucji, które zostały przez komunistów po prostu skradzione grupom niepodległościowym? Tu kłania się przypadek Armii Ludowej. Niespełna dwa tygodnie temu przypadek zawiódł mnie na ulicę Bitwy pod Lenino w Warszawie. Mocno się zdziwiłem. Jak traktować bitwę, która została zaprojektowana przez sztab Stalina, lecz jednocześnie, w której wykrwawiło się na śmierć wielu Polaków pogardliwie odnoszących się do komunizmu? Są to wszakże dylematy moralne, które bledną w zestawieniu z tymi problemami, jakie z własną historią mają Amerykanie.

Problem z własną historią

W całych Stanach Zjednoczonych, wedle Southern Poverty Law Center, znajduje się 1503 pomników upamiętniających Konfederację, z czego 718 to posągi głównych bohaterów „południa” w dobie wojny secesyjnej. Większość owych pomników znajduje się właśnie w południowowschodnich stanach, leżących równocześnie w tzw. „pasie biblijnym”, w którym dominują kościoły i grupy protestanckie. Nie od wczoraj pomniki te znajdują się na celowniku wielu amerykańskich organizacji społecznych, politycznych oraz władz municypalnych. We wrześniu, w jednym z parków Dallas, zburzono monument przedstawiający Roberta Lee, dowódcę wojsk „południa”. Dokonana pod osłoną nocy egzekucja wywołała ogólnospołeczne wrzenie w USA.

Amerykanie mają duży problem z własną historią. Ubolewamy często, że jesteśmy państwem postkolonialnym, podbitym w XVIII w. przez trzech zaborców, zaś wkrótce po odzyskaniu wolności przez dwa zaborcze totalitaryzmy. Z zazdrością patrzymy na USA, iż jakoby nie zaznały one tego nieszczęścia. Niesłusznie. USA również są państwem postkolonialnym. Do dziś zmagają się z postkolonialnymi powikłaniami. USA nie powstały w wyniku naturalnych procesów migracyjnych, ale w drodze gwałtownego podboju kolonialnego. Nie będziemy się wdawać w historyczne rozważania. Powiemy sobie jedynie, kto za ten podbój odpowiada. Nie byli to wszak jacyś tam „Amerykanie”.

Kolonialny podbój

W kolonizacji terytorium późniejszych USA uczestniczyły potęgi brytyjska, hiszpańska, holenderska, francuska. Nie wolno zapomnieć o obecności Rosji na Alasce. Najszybciej postępował, jak i był najbardziej skuteczny, podbój anglosaski. Anglosasi byli tak skuteczni, że podbili później pozostałych kolonizatorów. Im bliżej daty 1776 roku, czyli ogłoszenia przez kolonie brytyjskie niepodległości, sprawy bardziej się nam komplikują.

Weźmy przykładowo rok 1774 i zapytajmy, kto wówczas kolonizował tereny na południe od 45 równoleżnika: Brytyjczycy czy też autonomiczni już od pewnego czasu „Amerykanie”? Wchodzimy na grząski teren opinii i oceny. Oceny, kto odpowiada obecnie na tych ziemiach za niewolnictwo.

Jak sprawiedliwie zmierzyć rozmiar odpowiedzialności? Jak wskazać winnego? Wydawałoby się, że wystarczy znaleźć właściwe kryterium. Jednakże żadne tzw. kryterium naukowe, nie jest jednowymiarowe, jest to tak naprawdę zbiór wielu niezależnych wskaźników. Musimy być pewni do jakiej nauki się odwołujemy: do biologii, matematyki i statystyki, lingwistyki czy też historiografii z jej chronologizacją? Nawet wskaźnik metafizyczny niewiele nam tutaj pomoże, albowiem, jak pisał Sienkiewicz w Listach z podróży po Ameryce, jest to kraj najróżniejszych protestanckich sekt. Ale nie tylko, bo prócz protestantów, do kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej, już w XVI w., napływali np. polscy katolicy, przedstawiciele różnych denominacji judaistycznych czy w końcu, sprowadzani akurat siłą, pogańscy Murzyni.

Niewolnictwo rozwijało się bowiem na terenach późniejszych USA od początku XVII w., a więc w niespełna na dwa stulecia przed „wojną o niepodległość”, która rozgorzała w roku 1775. Wystarczy rzucić kilka truizmów i poszukiwanie winnych procederu niewolnictwa staje się trudniejsze. Zresztą niewolnictwa nie wynaleźli Brytyjczycy, a jedynie – można rzec – zmodernizowali je. Niewolnictwo istniało od zarania dziejów. Dotyczyło ludów zamieszkujących obszary od Afryki, przez Bliski Wschód i Azję Środkową, aż po podbitą przez islam Europę Wschodnią.

Zapytałbym teraz prowokacyjnie: gdzie szukać odpowiedzialnych za niewolnictwo? Czy odpowiadają za nie wszyscy nie-czarni obywatele USA, czy też każdy stan odpowiada za swoje własne grzechy? Czy stany, które nie zniosły niewolnictwa tuż po 1776 r. – nie ma takich – mają w ogóle „moralne prawo” sądzić stany konfederackie? Ohio najwcześniej stało się „free state”, bo w roku 1803. Do liberalnego dziś stanu Nowy York pierwszych niewolników sprowadzili Holendrzy w XVI w., tradycję podtrzymali i rozwinęli Brytyjczycy, zaś Amerykanie znieśli je dopiero w 1827 r. … Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek „moralne prawo” to od kiedy, od momentu zniesienia niewolnictwa?

Czy Wielka Brytania ma powód do wstydu?

Londyn eksponuje się dziś w liberalnych mediach barbarzyńskim Amerykanom jako chlubny przykład abolicjonizmu. W okresie wojny z USA w 1812 r. wyzwalali niewolników we wszystkich okupowanych stanach. Oczywiście pro publico bono, prawda? Murzyni mieli – lub też musieli – odwdzięczyć się swych dobroczyńcom, walcząc w ich szeregach z barbarzyńcami… Ale czy wyzysk niewolniczy przestał obciążać Wielką Brytanię już po utracie kolonii na południe od Wielkich Jezior? Owszem Wielka Brytania zabroniła w 1807 r. swym obywatelom procederu wywożenia niewolników do kolonii, choć nie było to równoznaczne z wyzwoleniem niewolników. Obywatele brytyjscy, w tym brytyjskie elity, stały się w dobie rewolucji przemysłowej głównym importerem amerykańskiej bawełny, uprawianej przez kogo? Prostymi słowy, zachwalana dziś industrializacja na Wyspach napędzała amerykańskie niewolnictwo w południowych w stanach i odwrotnie.

Właścicieli niewolników porównuje się w liberalnych mediach – wciąż jeszcze ostrożnie – do hitlerowców. Jakie miejsce zajmować powinna Wielka Brytania w tej narracji? Wielką Brytanię należałoby konsekwentnie przyrównać stricte do III Rzeszy, jej przemysł przędzalniczy do dziedzictwa Boscha i Siemensa, natomiast jej kolonie i to, co się w nich działo, do kolonii hitlerowskich: Generalnego Gubernatorstwa, Komisariatów Estonia, Ukraina, Białoruś, itd., wybijających się na niezależność pod wodzą lokalnych nazistowskich elit.

Ironizuję i wnikam głęboko w przeszłość, drocząc się w ten sposób z czytelnikiem, gdyż chcę dowieść, że „kryzys pomnikowy” w USA ma jakże wielowymiarowe podłoże. Jego rozwiązanie wydaje się niemalże, w kraju tak etnicznie i światopoglądowo podzielonym, niemożliwe w czasie i w przestrzeni.

Stosunek do niewolnictwa

Nie łatwo zrazu zrozumieć, jaka jest ogólna przyczyna aktualnej fali burzenia pomników w USA. Jeszcze dziś po stronie współczesnych „ikonoklastów” słyszy się: stosunek do niewolnictwa i do Murzynów w ogóle. Dyskurs otarł się o granice absurdu. Jeżeli powodem dekapitacji cokołu jest niewolnictwo, w państwie prawa precedensowego należałoby podobnież potraktować wszystkie pamiątki odnoszące się do właścicieli niewolników bez względu na ramy chronologiczne. A więc między innymi około połowę delegatów na amerykańską Konwencję Konstytucyjną, która w 1987 r. zajmowała się tworzeniem konstytucji. Czy właściciele niewolników mieli „moralne prawo” ją tworzyć? Czy konstytucja jest w związku z tym wiążąca?

Potępia się nie tylko właścicieli niewolników, lecz również zwolenników segregacji rasowej, poniekąd spadkobierców spuścizny tych pierwszych. Jednakże większość, zarówno jednych, jak i drugich, była „ojcami założycielami” dzisiejszej amerykańskiej lewicy, zrzeszonej w Partii Demokratycznej. Tej samej organizacji, która  powstała na początku XIX w. i działa po dziś dzień. W niej właśnie rozkwitał ruch „wyższości białych”. Ku Klux Klan był niezbywalnym elementem Partii Demokratycznej, przez długi czas definiującym jej oblicze. Do „ojców założycieli” nurtu progresywnego wewnątrz owej formacji zalicza się Woodrowa Wilsona. Jeszcze jako profesor uczelniany, Wilson zachwycał się „klanem”, także w czynie. W trosce o „spokój” na swoim wydziale, zamknął go przed czarnoskórymi studentami. Wilson uwielbiał opowiadać rasistowskie żarty o Murzynach, a polityczną segregację uważał za mającą logiczne podstawy.

Warto wspomnieć o jeszcze jednej ikonie demokratów, Margaret Sanger. Jej „admiratorką” ogłosiła się, podczas ostatniej kampanii wyborczej, Hillary Clinton. Sanger tymczasem należała do wiodących przedstawicieli ruchu eugenicznego w USA. Była zatem rasistką, a słynną organizację „Planned Parenthood”, dziś kojarzoną głównie z siecią klinik aborcyjnych, zakładała z myślą o ograniczaniu populacji… czarnych.

Widzimy więc ową ciągłość między demokratyczną „konfederacją”, programem demokratycznego Ku Klux Klanu i demokratycznym segregacjonizmem, a nawet obecną polityką Partii Demokratycznej wobec Murzynów, służącą podtrzymywaniem gettyzacji i demoralizacji, drogą uzależniania czarnoskórych od systemu pomocy społecznej oraz podsycania napięć międzyrasowych. Warto pamiętać, że faktycznie, konfederaci byli nie tylko wybitnymi generałami, których znamy z książek, ckliwych filmów amerykańskiego kina czy gier komputerowych. Mało kto wie, że konfederacja stworzyła własną konstytucję. Czym się ona różniła od tej skrojonej w 1787 r.? Secesjoniści wprowadzili do konstytucji termin „niewolnictwo”, niniejszym je legalizując na terenie USA oraz jeszcze jeden, złowieszczy termin: „afrykańska rasa”…

Paradoksy

Niektórzy uczestnicy „pomnikowej debaty”, próbując uciec przed pułapką absurdu, odrzucili argument „niewolnictwa”, jako wtórny. Wodzów konfederackich poczęli więc nazywać „symbols of resistance to integration” oraz zarzucać im… „zdradę”, za którą już wtedy powinni wisieć. Znów nasuwają się pytania. Zdradę czego, Stanów Zjednoczonych, narodu amerykańskiego, chrześcijaństwa, humanizmu czy też konstytucji? Jeżeli idzie o „symbole”, powinniśmy zapytać, co konkretnie dany pomnik symbolizuje? Każdy monument konfederacki coś symbolizuje i najpewniej żaden nie symbolizuje „sprzeciwu wobec integracji” oraz wkładu bohatera w ideologię „white supremacy”. Pomniki symbolizują najróżniejsze wydarzenia: zwycięską bitwę, odparcie wroga czy przemarsz triumfalny.

Żyjemy więc w czasach skrajnych i coraz częstszych paradoksów. Condoleezza Rice, czarnoskóra republikanka, zauważyła przytomnie, że konfederackie pomniki – chciał nie chciał – uczą o części dziedzictwa Ameryki. Uczą o rzeczach miłych i niemiłych. Według Rice, powinny pomagać w edukowaniu ludzi, przechodzących obok nich, w przedmiocie historii, także tej niewygodnej. Ale lewica jest elastyczna. Dla odmiany tutejsza, walczy o zachowanie „pomników”, np. komunistycznych – o nich jeszcze napominamy – hojnie wręcz przypisując Polakom zbrodnie, do których zwyczajnie prawa nie mają.

Historia Ameryki jest, jaka jest. Tego już Amerykanie nie zmienią. Bez pamięci o swej przeszłości, grozić im będzie powtórka skompromitowanych eksperymentów, takich jak Ku Klux Klan, ruch eugeniczny i sterylizacyjny czy prohitlerowski, anty-imigracyjny i izolacjonistyczny komitet America First, z którym związany był Charles Lindberg, a który inspirował ludzi takich, jak nowojorski deweloper, niemieckiego pochodzenia Frederick C. Trump. Niespełna wiek później jeden z kandydatów republikańskich wystartuje z programem wyborczym o podobnej nazwie.

Jedno nie ulega wątpliwości. Przynajmniej dla mnie. Obecna debata pomnikowa w USA nie ma prawie żadnego odniesienia do debaty pomnikowej, jaka od czasu do czasu toczy się w Polsce. Wojna secesyjna była wojną domową, totalną, brutalną. Zostawiła głębokie rany w mentalności całego narodu. Ale była wojną domową.

Natomiast systemy polityczne, które panowały w Polsce między październikiem 1939 r. a czerwcem 1989 r., były formą ustrojową narzuconą przez okupanta. Okupant decydował o „polityce historycznej”, a nie społeczeństwo czy też społeczności lokalne. Nie wszystkie pomniki okupanta jeszcze w Polsce strącono.

Paweł Zyzak

Condoleezza Rice, czarnoskóra republikanka, zauważyła przytomnie, że konfederackie pomniki – chciał nie chciał – uczą o części dziedzictwa Ameryki. Uczą o rzeczach miłych i niemiłych. Według Rice powinny pomagać w edukowaniu ludzi, przechodzących obok nich, w przedmiocie historii, także tej niewygodnej.

PZ

Dodaj komentarz