Porozumienie z Iranem

14 lipca 2015
Źródło: wikipedia.org

Ogłoszone we wtorek w Wiedniu „atomowe” porozumienie grupy światowych potęg gospodarczych: USA, Unii Europejskiej, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Rosji i Chin z Iranem, już teraz określane jest mianem „kamienia milowego” w stosunkach z Iranem. Od Waszyngtonu, inicjatora sankcji oraz ich gwaranta, zależy teraz, czy postanowienia wejdą w życie. Niektórzy politycy z obozu GOP, zamiast „kamieniem milowym” nazywają je „historyczną kapitulacją” albo „umową dla samej umowy”.

Barack Obama, który stanął dziś wspólnie z Joe Bidenem przed kamerą, by przedstawić Amerykanom zarys porozumienia, skupił się raczej na oprawie propagandowej. Obywateli, jak i przeciwników politycznych, postawił przed wyborem: porozumienia albo wojna. Siebie określił tym, który zmyślnie uniknął siłowego „rozbrojenia” Iranu i zażegnał groźbę „proliferacji broni jądrowej” w regionie bliskowschodnim.

Kongres ma raczej małe szanse, by przeszkodzić Obamie we wdrożeniu umowy. Nawet jeśli odrzuci ją zwykłą większością głosów, inaczej, niż w sprawach krajowych, w każdej izbie musiałyby się znaleźć 2/3, konieczne z kolei do odrzucenia prezydenckiego weta. W Izbie Reprezentantów i w Senacie republikanie wprawdzie mają większość, ale Obamie wystarczy zdyscyplinować własną partię.

Mimo wszystko zapowiada się ostra walka polityczna. W grę wchodzą bowiem żywotne interesy Izraela, który posiada potężne lobby na terenie USA. Demokraci na razie milczą, liczą, że więcej o umowie dowiedzą się od ministrów z rządu Obamy. Usłyszą dwojaką opinię, bo już dało się słyszeć głosy wątpliwości z ust Szefa Połączonych Sztabów, gen. Martina Dempsey’a oraz Sekretarza Obrony, Martina Cartera.

Politycy chcą się najpierw zapoznać z wynegocjowanym porozumieniem, na co będą mieli ok. 2 miesięcy. Zwolennicy umowy przekonują, że była potrzebna, aby rozwiązać rządowi USA ręce w innych zapalnych miejscach na świecie. W pierwszy rzędzie w sąsiadującej z dawną Persją państewkiem terrorystów z ISIS, następnie na Ukrainie.

Przeciwnicy wskazują, że umowa, mimo, iż nakład nań rygory, legitymizuje program nuklearny Iranu. W jej świetle embargo zbrojeniowe ONZ może zostać zniesione po 5 latach, a restrykcje nałożone na technologię pocisków balistycznych, po 8. Umowa ponadto pozwala Iranowi przez długie tygodnie opóźniać inspekcje międzynarodowych inspektorów. Ma to zwiększać szansę Iranu na ewentualne ukrywanie zabronionej aktywności atomowej.

John McCain, senator z Arizony stwierdził:

„Obawiam się, że umowa ta ułatwi Iranowi dostęp do broni konwencjonalnych i pocisków balistycznych, pozwoli utrzymać program nuklearny do celów przemysłowych, bez zasadniczej zmiany w szkodliwej działalności na Bliskim Wschodzie”.

Senator Kelly Ayotte z New Hampshire nazwała Iran „największym państwem-sponsorem terroryzmu”. W istocie, Iran ajatollahów ma bogatą tradycję na tym polu, szczególnie w Syrii i Libanie. Aczkolwiek z powodzeniem chwilami mógłby rywalizować z Arabią Saudyjską…

Bez wątpienia porozumienie z Iranem jest konieczne, ale ostatnie „przyspieszenie” Obamy w polityce zagranicznej przeraża część analityków. Z Iranem godzi się zawrzeć takie porozumienie, dzięki któremu stanie się on stabilizatorem na Bliskim Wschodzie, na Kaukazie, w byłych republikach postsowieckich, Afganistanie i wreszcie w Pakistanie – bo taki ma geopolityczny potencjał. Jeśli ma wyjść z izolacji, musi stać się przeciwwagą dla wpływów rosyjskich i chińskich, równowagą dla indyjskich.

Ze złego porozumienia radować się będą reżimy w Moskwie i Pekinie, bo da im ono możność zbrojenia „partnera”, rozwijania jego programu atomowego, „do celów przemysłowych” oczywiście, konfliktowania z USA i Izraelem, wreszcie destabilizowania (poprzez wspieranie mniejszości, np. azerskiej, fundamentalistów islamskich, itd.). Umacniając się w tak strategicznym obszarze, przejmując kontrolę nad jego potencjałem, reżimy te uzyskają nowe narzędzia destabilizacji oraz dostęp do bogactw Zatoki Perskiej. Już Stalin zdawał sobie sprawę, że Iran jest kluczem do światowej dominacji, a swą nieudaną próbą zdominowania go w 1946 r. wywołał „zimną wojnę” z Anglosasami. Mao nie miał takich możliwości, bo jeszcze „maszerował” po władzę, ale obecne Chiny coraz pewniej czują się nawet tam, gdzie stacjonują wojska amerykańskie.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz