Pewny kandydat

16 lutego 2020
Eric Cantor i Barack Obama

Dla Erica Cantora, szefa większości republikańskiej w Izbie Reprezentantów, prawybory roku 2014 miały być tylko konstytucyjną formalnością. Jeszcze dwa dni przed wyborami Cantor zapewniał Paula Ryana, szefa Komisji Budżetowej i byłego kandydata na wiceprezydenta u boku Mitta Romney’a, że zaraz po odnowieniu mandatu, zabiorą się za reformę ustawodawstwa imigracyjnego. Rywalem Cantora był Dave Brat, profesor ekonomii małomiasteczkowego college’u.

Bratowi mało kto przyznawał choćby minimalne szanse. Wybierał się na straceńczą misję obalenia przyszłego Speakera izby niższej Kongresu, następcy poobijanego walkami frakcyjnymi w GOP, marzącego o emeryturze politycznej, Johna Boehnera. Zebrał na nią zaledwie $200 tys. dolarów. W porównaniu z Cantorem, mającym dostęp do nieograniczonych pieniędzy, do listy mailingowej republikańskich megadonors, jego zamiar jawił się niczym starcie chromego Dawida z Goliatem atakującemu na rydwanie.

Cantor należał do wschodzących gwiazd GOP. Był sprawnym taktycznie politykiem i organizatorem, doskonale poruszał się na salonach zamożnych elit biznesowo-finansowych. Odnośnie lojalności swoich lokalnych wyborców – był jej pewien. Wyborcy lubią być kojarzeni ze zwycięzcami. Kiedyś sprawdził się na polu kampanii. Dość powiedzieć, że od ponad dekady, wywodzący się z żydowskiej rodziny o konserwatywnych poglądach, polityk wygrywał w przeważającej mierze chrześcijańskim 7 dystrykcie „swingującej” Wirginii. Dystrykcie, którego demografia przeszła gruntowne zmiany i po niespełna pół wieku, miał w 2019 r. powrócić na łono Partii Demokratycznej. Młody, energiczny, dobrze wykształcony. Cantor niebawem miał zostać pierwszym Speakerem żydowskiego pochodzenia.

Skoncentrowany na międzypartyjnych negocjacjach, wewnątrzpartyjnych roszadach, budowaniu legislacyjnych koalicji, salonowych pertraktacjach, większość czasu spędzał w waszyngtońskiej beltway. Skoncentrowany na przejmowaniu schedy po Boehnerze osierocił swój „poselski” teren, a tam jego rywal bezlitośnie szył mu buty. Oskarżał Cantora, że ten porzucił swych wyborców na rzecz salonów i elit. Doradcy Cantora przekonywali swego szefa, że dopóki ma niezachwiany record w takich kwestiach, jak dostęp do broni czy aborcja, konserwatywny elektorat go nie zawiedzie. W maju prowadził 34 punktami procentowymi. Nie mógł przegrać.

Było jedno, a może jedno z wielu, „ale”… Nowy republikański elektorat niekoniecznie Cantora kojarzył. Granice dystryktu zostały przerysowane. Nadto, kiedy Cantor prowadził w gruncie rzeczy kampanię na Speakera, jego oponent spotykał się z wyborcami na festynach, wiecach i w kampanii door-to-door. W oczach widzów konserwatywnych stacji i gazet, Cantor znajdował się w ciągłym politycznych zwarciu ze środowiskiem politycznym konserwatywnego ruchu Tea Party, zajmując niejednoznaczną postawę w głośnej sprawie zmiany ustawy przyznającej obywatelstwo imigrantom, którzy zaciągną się do armii.

W ten sposób to Brat znalazł się na wznoszącej fali. Nie dość tego na pomoc przyszły mu zagony rosnących od kilku lat w siłę mediów alternatywnej, tożsamościowej prawicy. Na portalu Breitbart.com, którym zawiadywał naówczas mało jeszcze rozpoznawalny finansista i strateg polityczny Steve Bannon, pojawił się tytuł: “DAYS FROM PRIMARY, ERIC CANTOR POSES AS ANTI-AMNESTY WARRIOR.” Słowem, Cantor to farbowany list.

Największą zmorą Cantora okazało się włączenie się w jego kampanię, naturalnie po stronie Brata, rozpoznawalnych konserwatywnych osobowości radiowych takich jak Mark Levin czy Laura Ingraham, występujących często na antenie Fox News. W 2017 r. Levin i Ingraham znaleźli swoje stałe miejsce w ramówce stacji, stając się de facto „pasem transmisyjnym” wychodzącym „z”, ale również prowadzącym „do”, Białego Domu. Ingraham pofatygowała się nawet do dystryktu Cantora, gdzie podczas wiecu przekonywała tłum, że na zwycięstwo Cantora liczą przede wszystkim Barack Obama i Nancy Pelosi. Wtórował jej kandydat, podsumowując: „Głos na Erica Cantora to głos za otwartymi granicami. Głos na Erica Cantora to głos za amnestią”.

Dave Brat zwyciężył 11% głosów. Listopadowy rozrachunek z wyborcami w 7 dystrykcie wywołał na Kapitolu wstrząs. Jedno ze „złotych dzieci” republikańskiego establishmentu, mające do dyspozycji wszelkie dostępne zasoby GOP, przegrało z anonimowym kandydatem, za którym stanęły niszowe dotąd, ale głośne i wprawione w rzemiośle – neutralnie pojmowanej – demagogii i agitacji, prawicowe środowiska. Cantor nie wyczuł ducha czasów. W tych wyborach nie chodziło o tradycyjne, konserwatywne wartości, jak rodzina, opór przeciwko zgorszeniu, a nawet prawda i wolność słowa. To chodziło o: „my kontra oni”, „obywatele kontra elity”, wreszcie o sprzeciw wobec polityka, który nie słuchał i nie prowadził dialogu z wyborcami; nie poznał ich obaw i lęków. Nie wskazał źródła tychże i nie wskazał łatwych do zakomunikowania rozwiązań.

Klęska Cantora zamykała pewną epokę. Upadła szansa na dokończenie reformy prawa imigracyjnego, która, jak się okazało, w wysokim stopniu polaryzuje wierny republikanom elektorat. Temat imigracji nie znikł z przestrzeni publicznej. Stał się skutecznym narzędziem politycznym w przyszłej kampanii prezydenckiej, zatrzymując się na etapie wszakże diagnozy i łatwych rozwiązań… Zresztą łatka pro-imigracyjności zahamowała obiecującą karierę polityczną następnego „złotego dziecka” GOP, Marco Rubio, który po przegranej w wyborach prezydenckich w 2016 zamierzał udać się na emeryturę polityczną. Szefostwo partii przekonało go do ponownego startu w wyborach senackich. Rubio należał w Senacie do tzw. Gangu Ośmiu, który pracował nad ponadpartyjnym kompromisem reformy imigracyjnej, który został przegłosowany w Senacie w 2013 r.

Ruchy tektoniczne w GOP, zwieńczone trzęsieniem ziemi w 7 dystrykcie, doprowadziły do powstania w Kongresie w 2015 r. frakcji tzw. Freedom Caucus, będących solą w oku liderów GOP na Wzgórzu. Cios zadany Cantorowi zachwiał reputacją całego republikańskiego establishmentu. Przyspieszył jawną insurekcję, złożoną z konserwatywnych chrześcijan, konstytucjonalistów i fiskalnych wolnościowców, żądających, by znajdująca się w kilku lat w inercji, GOP wróciła do „reaganowskich” korzeni. Paradoks polegał będzie na tym, że nominalnie libertariański Freedom Caucus stanie się w przyszłości nośnikiem nowego trendu, tzw. „trumpizmu”, swoistej antytezy libertarianizmu, w warstwie politycznej radykalnego odejścia od „reaganizmu” w stronę tzw. „paleokonserwatyzmu”, kojarzonego wcześniej z Patrickiem Buchananem, silnie jednak naznaczonego osobowością nowego republikańskiego prezydenta.

Zakończyła się w era, w której konserwatywne media stanowiły bezpieczną platformę dla GOP, epoka, w której obydwie strony żyły w umiarkowanie zgodnej symbiozie, wreszcie epoka, w której politycy występowali w tychże mediach w poczuciu siły własnego autorytetu. Powstanie, a później rozwój w drugiej połowie lat 90. pierwszej konserwatywnej stacji informacyjnej o krajowym zasięgu, Fox News, partyjne elity przywitały z optymizmem i radością. Nareszcie zachwiany został monopol dużych stacji telewizyjnych kierujących swoje sympatie raczej w stronę Partii Demokratycznej.

Dotąd, by oprzeć się zmasowanej kampanii liberalnych mediów, GOP potrzebowała polityka „teflonowego”, jakim był Ronald Reagan. Najpewniej jedynie za sprawą wysokiej popularności Reagana opozycja powstrzymywała się w drugiej połowie lat 80. przed wszczęciem procedury impeachmentu w związku z aferą IranContras. Dzięki Fox News można było się komunikować, przynajmniej z własną publicznością, w przyjaznym otoczeniu. Dzięki Fox News coraz bardziej niepopularne wojny w Afganistanie i Iraku nie zatopiły nie tylko George’a W. Busha, ale również szans jego potencjalnego następcy z GOP. Właśnie, m. in. przez brak Fox News, impeachment Billa Clintona odbił się nie na poparciu Billa Clintona i demokratów, ale GOP. Nie miał tego co Clinton szczęścia Richard Nixon, którego poparcie w toku afery Watergate spadło z 68% w styczniu 1973 r. do 24% w chwili rezygnacji. Jednym z jego najbliższych ekspertów medialnych był wówczas, późniejszy twórcy potęgi Fox News, Roger Ailes. Przypisuje się mu zdanie, że stacja powstał dokładnie po to, by żadnemu kolejnemu prezydentowi z GOP nie przydarzyło się to, co Nixonowi.

Dziś, po śmierci Ailesa, który przestał pełnić funkcje zarządcze w atmosferze skandalu, Fox News stała się samodzielnym bytem politycznym. Zatarciu, w dużym odsetku widzów, uległa granica między segmentem informacyjnym, który ma wciąż najlepszych dziennikarzy w branży, a segmentem rozrywkowym, do którego należą programy Ingraham, Levina czy Carlsona i „Hannity’ego. Opinia zlała się newsem. W warstwie treści owych opinii dominuje przekaz, który niegdyś był domeną wyłącznie tożsamościowej niszy, m. in. Breitbart.com. Hołubiony niegdyś w Fox News neokonserwatyzm stał się workiem treningowym „trumpistów” właściwych oraz paleokonserwatywnych. Politycy, którzy występują na antenie mówią raczej zgodnie z linią telewizji czy prowadzącej program osobowości, aniżeli własnej partii, nie wspominając o własnych przekonaniach. Te ostatnie wyizolował strach przed oskarżeniem o polityczną herezję. Różnorodność światopoglądową wypiera koherencja polityczna.

Wiele się zmieniło od porażki Erica Cantora. Obecnie zatrudniony na stanowisku kierowniczym w firmie doradczej, zarabiając sześciocyfrowe sumy, odpoczywa od wielkiej polityki. Jak wyglądałaby jego partia, której obecnie się wstydzi, gdyby pojechał w 2014 r. do swojego dystryktu powalczyć z kandydatem Tea Party?

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz