Pendolino

16 października 2015
maxresdefault

Po raz pierwszy trafiłam na Pendolino.
Oczywiście, jak prawie wszystko na świecie, ten najnowocześniejszy pociąg w Polsce ma swoje plusy i minusy, a nawet plusy ujemne i minusy dodatnie.

W Pendolino jest bardzo miłe powietrze. Nawet jeśli jest ono sztuczne, to pachnie super świeżo. Ostatnio zrobiłam coś na kształt paranoicznego odkrycia – „oni” kimkolwiek są, nauczyli się produkować sztuczne zapachy na masową skalę, na przykład fast foody rozpylają zapach świeżo pieczonego kurczaka i świeżo pieczonego chleba. A ugryziesz – i wiesz, że znowu dałeś się nabrać.

W zwykłych pociągach PKP zapachy są zazwyczaj normalne, pociągowe, nieprzyjemne i nawet tam gdzie zmieniono obicia siedzeń, nie koniecznie wymyto porządnie toalety. Panuje zatem harmonia między pociągami i dworcami. W Pendolino jednak, nawet obok toalety, jest miło i dlatego zapach Dworca Centralnego uderza wysiadającego pasażera na odlew i może spowodować mdłości. Może warto by pomyśleć o tym, by na 15 minut przed dojazdem do Warszawy zacząć rozpylać w Pendolino delikatny zapach ścieków.

Nie powinnam się skarżyć jednak, bo przejechałam w gruncie rzeczy ponad dwie godziny (a właściwie trzy, bo pociąg miał spóźnienie) na gapę. Okazało się, że miałam bilet wystawiony na inny dzień. Konduktor tego nie zauważył, a ja już przygotowywałam obronę w sądzie, że kupowałam bilet na Dworcu Centralnym, gdzie było zbyt ciemno by sprawdzić bilet i zbyt głośno by pani w okienku mnie usłyszała. Trwa intensywny remont, który myślałam skończył się na Euro 2012. Na dworcu znalazłam się w Polsce B a może nawet C. Czterdzieści osiem osób, zmęczonych, które nie mogą lub nie umieją kupić biletu na internecie, nie mają ani sekretarki ani kierowcy, którzy mogliby to zamiast nich załatwić, stało przez dłuższy czas w ciemności, zimnie i hałasie, bez skargi. Nikt nie miał (w każdym razie w ręku) smartfonu, chociaż na dworcu był internet.

W Pendolino natomiast, wszyscy mieli w ręku telefony i inne elektroniczne cuda, ale nie było internetu. Nie było, nie ma i nie będzie, powiedział smutnie jeden z pasażerów. Wszyscy więc kompensowali sobie ten brak próbując rozmawiać przez telefony komórkowe, załatwiać interesy, zmieniać umówienia, bo ciepły i serdeczny głos zapowiadał coraz to, że będziemy mieli 5, 10, 20 i tak dalej jak w testach na IQ, minut spóźnienia. Po każdym komunikacie wzrastało napięcie, podróżujący dzielili się telefonicznie tymi złymi wiadomościami z rodziną i kolegami i narastał hałas. Prawie nikt nie miał przed sobą książki czy gazety.

Co kilka metrów z sufitu zwisała tablica świetlna, na której nie było jednak żadnych informacji, a tylko dociekliwe pytanie „czy wiesz ile osób wpatruje się w ten ekran?” Chciałam zacząć liczyć, ale wtedy pojawiła się odpowiedź, że bardzo dużo i dlatego warto tu zamieścić swoją reklamę.

Ja zaś czytałam zaległe gazety i tygodniki i wpadałam w coraz większe przygnębienie. Sprawa uchodźców ma wiele aspektów: politycznych, społecznych, kulturowych, czy religijnych, ale zbijanie ich wszystkich w jeden węzeł i posługiwanie się tym tematem do walk politycznych doprowadziło do tego, że język i polemika antyislamskie przypominają metody, jakimi posługiwał się Jerzy Urban – do 1989 roku przeciw Solidarności, a potem – przeciwko Kościołowi. Wystarczył jeden nieuczciwy (prawdziwy czy zmyślony) działacz związkowy, czy rozpustny (prawdziwy czy zmyślony) ksiądz by, pars per toto, wzbudzać niechęć i strach. Urban pisał to, co pisał cynicznie i na rozkaz i lubił dać do zrozumienia, jak bardzo się tym bawi. Ale co kieruje autorami tekstów, które często brzmią jak kalki z tego samego wzoru, którzy widzą w uchodźcach wyłącznie muzułmanów „ze spuchniętymi jądrami” gwałcących entuzjastyczne feministki? Spytałam jednego z tych autorów, co wie o Islamie. Wszystko – powiedział; a Koran czytałeś? – spytałam. Czytałem. A ile ten Koran miał stron? – spytałam podstępnie. – No nie wiem, może całego nie czytałem, ale czytałem fragmenty, ale też słyszałem tego profesora w telewizji. Którego profesora? – Już się nie czepiaj, nie pamiętam nazwiska.


Też nie wiem ile stron ma Koran, ale pytałam kilka dni temu mojego przyjaciela muzułmanina, ojca kilku córek, czy pozwoliłby córkom wyjść za nie muzułmanina. To zależy powiedział, tu na Zachodzie ludzie są tak źle wychowani (niekulturni, powiedział po rosyjsku), ja bym chciał, żeby moi zięciowie mieli wartości podobne do moich, żeby na przykład wstawali, gdy do pokoju wchodzi ktoś starszy, żeby byli uczciwi i byli dobrymi mężami i ojcami.

PS. Zaczęłam od Pendolino, by wciągnąć czytelnika w zasadzkę moralitetu.

Irena Lasota

Dodaj komentarz