Papież w Kongresie

2 października 2015
Papież w Kongresie 
Paweł Zyzak

W ubiegłym tygodniu do USA z pielgrzymką przybył papież. Wszystkie najważniejsze stacje telewizyjne zdominował obraz Franciszka przemieszczającego się ulicami amerykańskich miast. Wystąpienia gościa transmitowano na żywo, w tym najważniejsze przed połączonymi izbami Kongresu. Rzecz bezprecedensowa, bo Ojciec Święty po raz pierwszy w dziejach przemówił z tego miejsca.

Powody zainteresowania mediów wizytą papieską, szczególnie lewicowych, były ściśle komercyjne i polityczne. Jeszcze przed przyjazdem Franciszka główne stacje telewizyjne i dzienniki trąbiły o zgrzytach między papieżem, a amerykańską prawicą (w Ameryce zasadniczo używa się dychotomii liberalny – konserwatywny miast lewicowy – prawicowy, również w miejsce podziału partyjnego: demokraci – republikanie).

Naturalnie liberalne media nie fatygowały się wspomnieć, o tym, co papież, jako głowa Kościoła nieustannie potępia, szczególnie patologię aborcji. Zajmowały się tym, za czym się ostatnio – jako głowa państwa – opowiedział, czyli za przyjmowaniem na swe łono imigrantów. W USA problem „uchodźców” z Syrii nie jest obcy, odkąd rząd Baracka Obamy postanowił sprowadzić kilkutysięczną garstkę owych nieszczęśników. Jednakże na co dzień Ameryka żyje kampanią wyborczą, a w niej praktycznie dominuje problem imigrantów, ale zza Rio Grande.

Owszem niedawno Ben Carson, kandydat republikanów, znalazł się pod obstrzałem, za stwierdzenie, że muzułmanin nie powinien być prezydentem Ameryki. Nie spotkał go wszechobecny aplauz, ale dlatego, że dotknął wrażliwości konstytucyjnej i mentalnej amerykańskich elit (aczkolwiek zyskał wielu nowych donatorów). Mówi ona, że każdy, bez względu na religię, rasę, pochodzenie, itd. może robić karierę biznesową, polityczną i religijną. Carson złagodził więc swoje stanowisko i dodał, że w USA nie może rządzić muzułmanin, który nie odetnie się od „prawa szariatu”. Wrócił tym sposobem na tory konstytucyjne, bo „szariat” nie przewiduje rozdziału religii od państwa, kiedy konstytucja USA owszem.

Liberalne media używały zatem niektórych poglądów papieża, jako bicz na republikanów; republikanów dzięki którym Franciszek mógł odbyć triumfalną podróż po Ameryce. O gościnności Baracka Obamy – faworyta liberalnego establishmentu – najtrafniej bodaj wypowiedział się były gubernator Arkansas, również aktualny kandydatów GOP:

„Witając przywódcę, który jest pro-life i pro-marriage w Białym Domu, z grupą aktywistów aborcyjnych i gejowskich przedstawia tą samą klasę, jak goszczenie anonimowych alkoholików w darmowym barze. Prezydent Obama powinien się wstydzić. […] Witam papieża w Ameryce i przepraszam go, że nasz prezydent nie przygotował mu ciepłego, godnego przyjęcia. Nie jestem katolikiem, ale jako chrześcijanin i jako Amerykanin, wierzę, że papież zasługuje na coś więcej. Tak jak i Amerykanie”.

W Fox News zastanawiano się na głos, jak Obama wita zatem arabskich przywódców? Tymczasem w studio telewizyjnym takiej CNN, transmitującej marsz papieża po instytucjach na żywo, kiedy milkł głos eksperta-watykanisty, atmosfera robiła się wręcz niezręczna. Wypadało mówić grzecznie i mile, ale o czym, jeśli niemalże cała nauka Kościoła jest sprzeczna z polityczną nadbudową ramówki? Podobnych ilości pustosłowia nie usłyszy się podczas re-transmisji meczu tenisa. Dlaczego więc papież jest fajny, poza tym, że dokucza swymi poglądami imigracyjnymi republikanom? Jest fajny bo: nie narzuca rozwodnikom, aktywistom gejowskim czy aborcjonistom swego zdania. Poza tym jest za: ochroną środowiska, pokojem na świecie i prawem do pracy.

Konserwatyści owszem mieli kilka krytycznych uwag pod adresem papieża. Składali votum separatum odnośnie kwestii imigrantów, jednakże papieża tłumaczyli po prostu wrażliwością przywódcy duchowego na los zwykłych ludzi. Szczerze oburzył ich przebieg wizyty Franciszka na Kubie, z której papież przyleciał do USA. Mianowicie papież spotkał na filozoficznej pogadance z braćmi Castro, jak podkreślali politycy: „tyranami” i „mordercami”, kiedy nie raczył spotkać się z przedstawicielami antykomunistycznej opozycji.

Męskie łzy

Wizyta miała kilka spektakularnych punktów. Papież modlił się przy pomniku ofiar 11 Września w Nowym Yorku, zaś w siedzibie ONZ prawił, że egoizm prowadzi do nadużyć władzy i rozkładzie dobrobytu. W Filadelfii przemawiał przed Independence Hall, gdzie sygnowano amerykańską konstytucję. Ale wiekopomne wystąpienie Ojca Świętego miało miejsce w Kongresie. Politycy przyjęli je owacją na stojąco. Papież mówił do nich o cnotach i zasadach, a oni słuchali go uważnie. Niektórzy wręcz je przeżywali.

„Działalność legislacyjna winna być zawsze oparta na trosce o ludzi”. Po tym, bardzo konserwatywnym zdaniu – kierujemy się troską ludzi a nie ich zachciankami – łzy popłynęły z oczu John Boehnera, Speaker of the House. Wzruszył się do głębi. Boehner siedział za plecami papieża, obok wiceprezydenta Joe Bidena, a więc w punkcie, w którym ogniskowały się obiektywy kamer. Sromotnie przegrywał tę walkę z płaczem. Toczył ją także po wystąpieniu. Boehner i Biden towarzyszyli papieżowi w drodze na balkon Kongresu, przed którym zgromadziły się setki ludzi. Boehner stając przed tłumem znów nie wytrzymał. Reagował, jak gdyby właśnie spełnił swą życiową misję.

Nie tylko Boehner zapłakał. Kamery na Sali kongresowej uchwyciły łzy republikańskiego senatora Marco Rubio oraz demokraty, senatora Tima Kaine’a, obydwu – chciałoby się powiedzieć głęboko wierzących katolików. Postawa Kaina wobec aborcji, jako „indywidual right”, każe się jednak od tego powstrzymać. Obrazy te robiły ogromne wrażenie. Również na mnie, nie tylko za względu na rodzime doświadczenia z Janem Pawłem II w Sejmie i widokiem niezmąconych refleksją twarzy posłów. Rzecz w niezwykłej ewolucji, jaka dokonała w USA, by występ głowy Kościoła katolickiego mógł w Kongresie w ogóle dojść do skutku.

Naumyślnie rozdzieliłem status papieża, jako głowy Kościoła katolickiego oraz głowy państwa – polityka. Historia stosunków amerykańsko-watykańskich jest bardzo wyboista. Skracając ją zasadniczo, aż do połowy lat 80. XX w. utrzymywał się zakaz ustawodawcy amerykańskiego z 1867 r. instalowania w Watykanie ambasady USA. Waszyngton nie utrzymywały normalnych stosunków dyplomatycznych z Watykanem. Bezskutecznie próbowali je przywrócić Dwight Eisenhower, John Kennedy i Richard Nixon. Jeszcze pod koniec lat 70. Kongres odrzucił wniosek o podwyższenie relacji do rangi ambasad. Udało się to dopiero Reaganowi, który jednakże musiał zmierzyć się z wielką falą protestu ze strony środowisk protestanckich, na czele z baptystami oraz żydowskich. Koronny argument administracji był taki, że rząd chce nawiązać stosunki dyplomatyczne z państwem Watykan, nie zaś papieżem, jako głową Kościoła katolickiego. Nawet państwa arabskie mają wszak swe ambasady w Watykanie, a tymczasem poseł amerykański w korpusie dyplomatycznym zajmuje miejsce obok posła sowieckiego i przedstawicieli reszty państw „satelickich”.

Boehner zatem skończył to, co zaczął Reagan. Oto znaczenie jego łez. 25 września, nazajutrz po spotkaniu z papieżem, „marszałek” Izby Reprezentantów na specjalnej konferencji prasowej oznajmił, że najbardziej emocjonalny dlań moment interakcji z papieżem miał miejsce, kiedy nikt nie patrzył. Nadmieńmy, że Boehner pochodzi z bardzo pobożnej rodziny. W dzieciństwie był ministrantem. Otóż, kiedy zmierzali do wyjścia, Franciszek chwycił go za lewe ramię i powiedział: „Módl się za mnie”. Boehner łamiącym się głosem referował dalej dziennikarzom: „Odpowiedziałem mu, kim ja jestem, żeby modlić się za papieża. Ale zrobiłem to”.

Główna, bo polityczna wiadomość Boehner, była inna. Oznajmił dziennikarzom, że do końca października zrzeknie się swego stanowiska „speakera” oraz mandatu kongresmena stanu Ohio.

„Wczoraj byliśmy świadkami wybitnej strony papieża Franciszka, przemawiającego do najwspanialszego zgromadzenia legislacyjnego na świecie. – tłumaczył korzenie swej decyzji – Mam nadzieję, że wszyscy weźmiemy sobie do serca jego wezwanie, by żyć według Złotej Reguły Etycznej. Ostatniej nocy zacząłem o tym myśleć i dziś rano obudziłem się, zmówiłem jak zwykle pacierz i zdecydowałem się, że dziś to zrobię. Tak po prostu”.

Kto jest anty-establishmentowy?

Boehner ustąpił z kilku innych powodów. Papież przyspieszył tylko to, co było przesądzone. W 2014 r. Izbę Reprezentantów opuścił Eric Cantor. Cantor przegrał wybory na rzecz kandydata Tea Party. Oto przegrał szef większości w izbie i „prawa ręka” Boehnera. Boehner wspólnie z Cantorem zarządzali partią w Kongresie i wspólnie wprowadzili w niej żelazną dyscyplinę. Porażkę Cantora odczytano, jako votum nieufności dla kierownictwa GOP i Boehner postanowił końcem 2015 r. ustąpić. Po spotkaniu z papieżem uznał jednak, że „przedłużająca się polityczna wrzawa będzie szkodliwa dla instytucji [Speaker of the House – P. Z.]”.

Boehner próbował przez ostatnie lata zapanować nad jednomyślnością partyjną w najważniejszych głosowaniach, jak i poskromić poza-establishmentowych konserwatystów przed łamaniem ustaleń z Białym Domem. Właśnie. To bodaj największa skaza na przywództwie Boehnera. To, że dawał słowo Obamie. Słowa tego potem dotrzymywał. A że miał do czynienia z mentalnymi bolszewikami, otrzymywał w zamian pozory. Obama nie dość, że zyskiwał owoce konsensusu, sam – zwłaszcza w polityce zagranicznej – w ogóle nie liczył się z Kongresem.

Stąd owo poczucie upokarzającej porażki, które zdominowało elektorat Partii Republikańskiej. 62% jej wyborców uważa, że zostało przez polityków własnej partii zdradzonych. Ów radykalny spadek zaufania wstrząsnął prawyborami. Zatem do ustąpienia Boehnera przyczyniły się również wysokie wyniki kandydatów tzw. antyestablishmentowych, czyli Donalda Trumpa, Bena Carsona i Carly Fioriny. Ani Trump, ani Carson, ani Fiorina, nie są jednak kandydatami anty-establishemntowej do tej pory Tea Party. Nie są zawodowymi politykami. Z Tea Party wywodzą się kroczący w sondażach dopiero za nimi Ted Cruz, Marco Rubio oraz Rand Paul.

A zatem wyborcy uznali, że kandydaci Tea Party są współodpowiedzialni za to, że mimo większości republikańskiej w obu izbach, rząd Obamy robił i robi – jak pokazało porozumienie z Iranem – co chce. Nie wywarli na partyjnym establishmencie wystarczającej presji, by w całości odrzucić Obamacare. Słowem, za upadek dycha moralnego w narodzie, agresję na wartości chrześcijańskie, poprzez promocję aborcji, małżeństw homoseksualnych, afirmacji płciowej i rasowej, wyborcy obwinili „solidarnie” całą partię. Stąd, kiedy Boehner ogłosił swe ustąpienie, senatorowie z Tea Party, akurat występujący na tegorocznym Value Voters Summit w Waszyngtonie, ogłosili swe zwycięstwo nad establishmentem. Oczywiście pozorne, bo nie zastąpi go żaden z nich.

Najbliższe tygodnie pokażą, czy decyzja Boehnera, którą nominalnie podjął pod wpływem papieża Franciszka, wpłynie na bieg prawyborów, potem wyborów, aż wreszcie na oblicze całej Ameryki. Osobiście, kiedy oglądałem papieża przemawiającego w Kongresie, miałem wrażenie wielkiego przełomu. Ameryce, która wypiera się swych wartości i dziedzictwa, słabnie moralnie, politycznie i ekonomicznie, ze wsparciem przyszedł hiszpańskojęzyczny papież z Europy. To już nie jest „stara” protestancka Ameryka, ale ta nowa nie musi być gorsza.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz