O wyższości geopolityki nad ideologią

17 sierpnia 2014
Źródło: http://fc06.deviantart.net/ ; Autor: thewhysoserious91

Udzielając niedawno wywiadu jednemu z polskich portali internetowych, słynny rosyjski herezjarcha i ideolog, prof. Aleksander Dugin, poczynił uwagę, że kryzys ukraiński po raz kolejny udowodnił bezwzględną wyższość imperatywów geopolitycznych nad zagadnieniami natury ideologicznej. Oto na oczach świata upadał bowiem jeden z czołowych paradygmatów jego własnej ideologii, „czwartej teorii politycznej”. Idea zjednoczenia pod władzą Moskwy już samych tylko Wschodnich Słowian okazała się złudzeniem w zderzeniu z realnym konfliktem geopolitycznym, który od XIV wieku rozgrywa się na bezkresach Ukrainy – konfliktu Zachodu ze światem turańskim, w którym to podmiotowość polityczna na terytoriach dzisiejszej Ukrainy redefiniuje się właśnie jako antyteza turańskiej i pogańskiej Moskwy. Wobec realności tego konfliktu wszelkie idee wszechsłowiańskiego braterstwa oraz wspólnoty konserwatywnych postaw, stojących przecież całkiem realnie na antypodach zachodnioeuropejskiej „antycywilizacji śmierci”, okazały się, mówiąc Marksem, niczym „nadbudowa” wobec „bazy”.

Bolesna pobudka

Rosyjskie elity interpretujące rzeczywistość nie po raz pierwszy musiały się wybudzić z długiego zimowego snu. Dzisiaj już wyraźnie widać, że nawet „Rzesza” Federalna Niemiec, tradycyjny cichy sojusznik Rosji w Europie, postawiła na swój geopolityczny obiektywny interes. Odrzuciła ideologiczne sentymenty rusofilskie. Rosjanie cofnęli się tym samym w czasie do epoki Kongresu Berlińskiego z roku 1878, a może nawet przypomnieli sobie lata wojny krymskiej (1853-55) i ową „wdzięczność” Wiednia za wcześniejszą pomoc Rosji w stłumieniu rewolucji węgierskiej (1849). Wówczas to rojenia o wspólnocie wartości Świętego Przymierza ustąpić musiały realności konfliktu geopolitycznego na Bałkanach.

Taka lekcja historii przydałby się najwyraźniej także polskiej prawicy. Znów bowiem mamy nad Wisłą do czynienia z wyrazem zdziwienia – nieomalże szoku epistemologicznego – prawicowych środowisk opiniotwórczych wywołanych postawą „naszych braci z Europy Środkowo-Wschodniej”(Czechy, Słowacja, Austria, itd.), a dokładnie ich umiarkowanym sceptycyzmem wobec twardej postawy wobec agresji militarnej Rosji na Ukrainie.

Na tym tle szczególnie mocno i „negatywnie” wyróżnić się miały Węgry, kraj niegdyś pupila polskiej „prawicy społecznej”, Wiktora Obrana, który rzekomo „zdradził” swoich ideologicznych pobratymców znad Wisły. Nie tylko nie poparł on amerykańskiego przewrotu w Kijowie, nie potępił rosyjskiej agresji na Krym i Wschodnią Ukrainę, ale nawet próbował bezczelnie wykorzystać nadarzającą się okazję dla wywalczenia większych przywilejów dla ludności madziarskiej z Rusi Za-/Podkarpackiej. A przecież to miał być wzór dla polskiej maszerującej „socjalnie wrażliwej prawicy” z PiS i okolic, oraz jej kluczowy sojusznik w Europie po ewentualnym powrocie do władzy Jarosława Kaczyńskiego. Braterstwo idei nie wystarczyło.

Otóż po raz enty (który to już raz?) dokonano tutaj pomieszania dwóch zupełnie różnych i niekompatybilnych względem siebie porządków. Pomylono wspólnotę ideową ze wspólnotą interesów geopolitycznych. A te często nie tylko nie mają ze sobą nic wspólnego, ale nawet wzajemnie „się gryzą”. Elementarna wiedza historyczna i geograficzna powinna pozwalać to rozumieć. Jak widać, albo często nie wystarcza, albo wielu komentatorów świata polityki tej wiedzy nie posiada, lub… ich wiedza jest po prostu błędna, oparta bowiem na zafałszowanym obrazie historii. A jak mawiał prof. Stanisław hr. Tarnowski, „błędna historia jest matką błędnej polityki”.

Mit Polski Środkowoeuropejskiej

Podstawowym nieporozumieniem w analizie kontaktów Polski z krajami „Europy Środkowo-Wschodniej” jest niezrozumienie, co się tak naprawdę kryje po terminem „Europa Środkowo-Wschodnia”. Termin „Europa Środkowo-Wschodnia” ukuty został jeszcze w okresie międzywojennym przez ludzi nauki pokroju Oskara Haleckiego. Jego obecne potoczne znaczenie zostało jednak uformowane we wczesnym okresie zimnej wojny na określenie państw łacińskich, które znalazły się pod sowiecką okupacją, a więc: Polski w granicach „piastowskich”, Czechosłowacji i Węgier.

Tak rozumiany termin rozpropagowany został przez paryski ośrodek Jerzego Giedroycia. Trzeba sobie powiedzieć jasno: termin ten miał charakter ideologiczny i w ujęciu geopolitycznym tak rozumianym być nie może. Polska bowiem nigdy nie była geopolitycznie kompatybilna z Europą Środkową. Tak, jak Chorwacja nigdy nie była państwem bałkańskim, tak Polska nie jest państwem Środkowo-Europejskim! Polska, razem ze Wschodnimi Niemcami (mniej-więcej obszar b. NRD) należy do basenu kontynentalnego Europy Wschodniej. W konsekwencji to w Europie Wschodniej (od Łaby po Wołgę i M. Kaspijskie; od Bałtyku po Karpaty, M. Czarne i Kaukaz) jest jej geograficzne przeznaczenie i geopolityczne interesy. W takim razie, które kraje można uznać za de facto środkowo-europejskie?
Europa Środkowa to w pierwszej kolejności rdzeń dziedzictwa Monarchii Habsburskiej: kraje Austriackie (dziś Austria i Słowenia), kraje Korony Św. Wacława (dziś gł. Czechy) i kraje Korony Św. Stefana (Węgry, Słowacja, na w poły Rumunia i Chorwacja, ale bez Dalmacji, która jest cywilizacyjnie częścią… Italii), ale także pozostałe kraje południowo-niemieckie: Bawaria, Wirtembergia, Badenia, Hohnezollern, Alzacja i Szwajcaria. To kraje, które w żadnym kierunku, poza kierunkiem bałkańskim nie stanowią cywilizacyjnego pogranicza. Są krajami niejako zabezpieczanymi przez inne geopolityczne części składowe Europy i zazwyczaj nie stoją przed koniecznością jednoznacznego zdefiniowania się względem świata zewnętrznego.

Geopolityczna wspólnota interesów takich państw w odniesieniu do Polski jest niewielka. Czasem wręcz żadna. To, co dla Polski może być geopolitycznym imperatywem, niekoniecznie musi takie być dla Czech, Węgier czy Słowacji. To dlatego wszelkie próby szukania wspólnoty interesów geopolitycznych w ramach Układu Wyszehradzkiego muszą spalić na panewce. Polska może szukać z takimi państwami wspólnoty: czasem gospodarczej, czasem ideologicznej (zwłaszcza z dzisiejszymi Węgrami); wspólnej polityki w ramach UE – ale nie wspólnego stanowiska wobec Rosji czy Ukrainy. Parterów do wspólnej polityki względem Rosji powinniśmy szukać tam, gdzie faktycznie możemy ją znaleźć. Warunkiem sine qua non powodzenia takiej polityki musi być jednak całkowite oddzielenie jej od kwestii natury ideowej czy kulturowej.

Potencjalni sojusznicy Polski względem Rosji – casus Szwecji

Prof. Wacław Grzybowski, omawiając w swoim genialnym podręczniku do historii Polski politykę zagraniczną Zygmunta III Wazy, jednoznacznie stanął w obronie tego, co część jego kolegów po fachu uznawała za „dynastyczną awanturę”. Bronił on mianowicie decyzji polskiego monarchy o wciągnięciu Rzeczypospolitej w wojny ze Szwecją, które miały przywrócić jego panowanie nad protestanckim mocarstwem. W ocenie Profesora polityka ta miała swój wielki cel dalekosiężny: ponowna unia personalna dwóch ówczesnych potęg basenu M. Bałtyckiego dla polskiego Wazy miała być jedyną szansą na powstrzymanie parcia na zachód emanacji turańskiej antycywilizacji, czyli Chanatu Moskiewskiego. To właśnie miała być prawdziwa, główna przyczyna podjęcia przez niego próby odzyskania władzy w Sztokholmie (tak samo zresztą, jak przeniesienie stolicy do Warszawy). Już Zygmunt III Waza miał być świadom, że bez współpracy Polski i Szwecji tą częścią świata całkowicie zawładnie Moskwa.

Jak się okazało po śmierci króla Zygmunta, Szwecja okazała się być pierwszym katem Rzeczypospolitej Obojga Narodów i praprzyczyną cywilizacyjnego regresu jej polskiego rdzenia do poziomu sprzed XIV w. Ostatecznie to nie Rosja okazała się największym zagrożeniem dla istnienia Polski, ale właśnie nasz północny „sąsiad”, który swego czasu był światową awangardą „protestanckiej cywilizacji” w postaci luterańskiego militaryzmu i na w poły ludobójczego kulturowego „rasizmu”, którego duchową kontynuacją były (od 1709 r. do minimum 1945 r.) Prusy we wszystkich ich wcieleniach.

To Szwecja (nie Rosja) zniszczyła Rzeczpospolitą, staczając ją ostatecznie do rangi cywilizacyjnego „trzeciego świata” i własnego politycznego protektoratu (od bitwy pod Kliszowem i zdobycia Warszawy w 1705 r.; w 1709 r., w wyniku bitwy pod Połtawą, zmienił się definitywnie jedynie „alfons” państwa polskiego). To od czasów drugiego „potopu szwedzkiego” datuje się, trwająca już przeszło 300 lat epoka braku suwerenności Polski.

Ale śmierć Polski oznaczała także wyrok dla mocarstwowych ambicji Szwecji. Zaledwie 4 lata po upadku Rzeczypospolitej przekształcone na modłę protestancką Cesarstwo Rosyjskie zniszczyło pod Połtawą definitywnie szwedzkie sny o potędze, stając się na niemal 200 lat hegemonem Europy Wschodniej, aż do odrodzenia się „ducha szwedzkiego” w postaci antykatolickiej, polakożerczej, prusackiej Rzeszy Niemieckiej (1871).

Szwecja, choć od 1709 r. jest już tylko przedmiotem światowej polityki, po dziś dzień stoi w awangardzie antyłacińskiej, post-protestanckiej rewolucji nihilizmu, stanowiąc obok Holandii kulturowy wzorzec dla czołowych post-protestanckich potęg: USA, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Tak było za czasów Adolfa Hitlera, kiedy oba kraje przodowały w Europie w polityce eugenicznej, wzajemnie się inspirując (w Szwecji polityka eugeniczna była oficjalną polityką państwową do połowy l. 70. XX w.) i tak jest po dziś dzień. Sam Kim-Dzonk-Il wymieniał socjaldemokratyczną Szwecję, obok Chin, jako wzór dla Korei Północnej. Z łacińskiego punktu widzenia Szwecja jest państwem wręcz totalitarnym, a w aspekcie transcendentalnym, wręcz satanistycznym. Problem w tym, że z geopolitycznego punktu widzenia Szwecja jest jednym z najbardziej atrakcyjnych dla Polski sojuszników, jeśli chodzi o wspólną politykę względem Rosji. Pod tym względem nic się nie zmieniło od czasów Zygmunta III Wazy.

Poziom technologiczny dawnej potęgi

Szwecja jest państwem wschodnio-skandynawskim, stricte bałtyckim, mającym ogromną sieć powiązań z krajami swojego dawnego imperium: Finlandią, Estonią i Łotwą. W konsekwencji jej interesy geostrategiczne zawsze będą stały na antypodach imperializmu rosyjskiego, który dąży do odzyskania wpływów nad całym wschodnim basenem Morza Bałtyckiego. Nasi północni sąsiedzi należą do najwyżej rozwiniętych technologicznie narodów i mają jedną z najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Swoją suwerenność gospodarczą objawiają m.in. w znacznej samowystarczalności jeśli chodzi o produkcję zbrojeniową. Jej symbolem jest posiadanie własnego myśliwca wielozadaniowego, czym nie jest w stanie się do dziś pochwalić żaden kraj leżący pomiędzy Niemcami a Rosją.

Nawet Niemcy produkują swoje Europfightery w kooperacji z Francją i Italią, a Turcja o swoich własnych konstrukcjach może dziś co najwyżej pomarzyć. SAAB JAG-39 Gripen w znacznej mierze mógłby zastąpić w polskiej armii amerykańskie samoloty F-16, przy czym Szwecja – w przeciwieństwie do USA – nie odmówiłaby nam kodów do swoich maszyn. Polska, póki co, posiada jeszcze to, czego nie posiada Szwecja: względnie spory potencjał demograficzny. Obie gospodarki są niemal identycznych rozmiarów, więc nie istnieje obawa, że Szwedzi mogliby uczynić z Polski swoją gospodarczą kolonię. Ewentualny sojusz Polski ze Szwecją, pomimo otchłani ideologicznej i kulturowej dzielącej oba kraje, nie miałby znamion sojuszu egzotycznego. Zaistnienie takiej kooperacji byłoby znaczącą zmianą jakościową choćby w stosunku do „sojuszu” maleńkiej polskiej mrówki z amerykańskim wielorybem. Nie należy się dziwić, że to właśnie Szwecja najsilniej popiera polskie stanowisko w kwestii rosyjsko-ukraińskiej na forum UE.

Dla powodzenia trwałości ewentualnego aliansu polsko-szwedzkiego wymierzonego w Rosję wszelkie historyczne resentymenty i kulturowe animozje należałoby odłożyć na bok. Bynajmniej wcale nie musi to oznaczać rezygnacji z „własnego stylu życia”, a co najwyżej oznaczać musi nakaz powstrzymania się od wzajemnego szczucia się „misjami cywilizacyjnymi”, takimi jak choćby niedawne występy szwedzkiego ambasadora na paradach sodomitów w Warszawie. Póki jednak Polska sama nie odzyska własnej, wewnętrznej, suwerenności politycznej i cywilizacyjnej – a na to prędko się nie zanosi – sprawa jest czysto teoretyczna.

Inni sojusznicy – Norwegia

Inną płaszczyzną, która może przysparzać Polsce potencjalnych sojuszników na odcinku rosyjskim są akweny Morza Czarnego i Oceanu Arktycznego. Jeśli wierzyć szamanom od globalnego ocieplenia, to w niedalekiej przyszłości akwen arktyczny stanie się polem zmagań wielkich mocarstw, z udziałem pomniejszych państw regionu arktycznego, o dostęp do tamtejszych surowców naturalnych, zwłaszcza gazu ziemnego i ropy naftowej.

Ilość tych surowców w tej części globu szacowana jest nawet na 25% całości światowych złóż. Już dzisiaj występują na tym tle poważne tarcia pomiędzy najbardziej zainteresowanymi państwami. Istnieje choćby poważny spór pomiędzy Kanadą a USA w sprawie ewentualnego połączenia oceanicznego wokół terytoriów Kanady w kierunku Alaski i wyznaczenia w ten sposób nowego połączenia z Oceanem Spokojnym. Umiędzynarodowienia tegoż połączenia żądają Amerykanie, czemu sprzeciwiają się zdecydowanie Kanadyjczycy. Także i na tym obszarze świata Rosja rości sobie prawo do swojej strefy wpływów, a dokładnie do własnej „przybrzeżnej” strefy gospodarczej, mającej według Rosjan wynosić ponad połowę terytorium całego akwenu arktycznego.

To właśnie na tym polu już od kilku dziesięcioleci występują poważne tarcia na linii Moskwa-Oslo, a w perspektywie jest także konflikt Rosji z Danią (ze względu na należącą do niej Grenlandię), Kanadą, i oczywiście z USA. Stany Zjednoczone w ogóle chcą umiędzynarodowienia większej części tego gigantycznego obszaru świata. I właśnie te kraje, a zwłaszcza należąca do NATO, sąsiadująca ze Szwecją i granicząca bezpośrednio z Rosją Norwegia, mogą być ewentualnie cennymi sojusznikami Polski na forum międzynarodowym. Czas będzie działał na korzyść Warszawy, bowiem spór o niezmierzone bogactwa Arktyki będzie się z czasem zaostrzał – wprost proporcjonalnie do tempa topnienia lodowców.

Punktem zapalnym w relacjach Norwegii z Rosją mogą być chociażby Wyspy Spitsbergenu, znane pod norweską nazwą administracyjną, jako Svalbard. Norwegia oficjalnie uzyskała międzynarodową zgodę na ich posiadanie dopiero w 1920 r., na mocy Traktatu Spitsbergeńskiego. Gwarantował on wszakże możliwość nieskrępowanego osiedlania się tam i wydobywania tamtejszych kopalin przez wszystkich sygnatariuszy traktatu (w tym także przez Polskę, która podpisała go w 1931 r.). Skwapliwie wykorzystali to Sowieci, którzy zwłaszcza w okresie „zimnej wojny” utworzyli tam wiele zakładów wydobywczych. Jeszcze w 1990 r. liczba żyjących tam obywateli ZSRS wynosiła 2400 osób, na 3500 wszystkich mieszkańców Svalbardu (68,5% populacji). Sowieckie zakłady zostały zlikwidowane, jako nierentowne, w latach 90. XX w. Dziś Rosja ponownie otworzyła tam kopalnię węgla w „miejscowości” Barentsburg, a liczba Rosjan wzrasta. Trwa ponowna kolonizacja.

15 września 2010 r. Norwegowie podpisali w Murmańsku z Rosjanami umowę o wyznaczeniu granicy morskiej i współpracy na Morzu Barentsa i Ocenie Arktycznym. Zakończyła ona czterdziestoletni spór terytorialny pomiędzy oboma państwami. Obszar 175 tys. km², atrakcyjny zwłaszcza dla rybołówstwa, na którym obowiązywało od 1975 r. moratorium na wszelką działalność gospodarczą, zostało podzielone na pół. Wielu komentatorów uważało to ustępstwo Moskwy za próbę neutralizacji ryzyka ewentualnego zaangażowania się w spór NATO i wywalczenia tym samym przez Federację Rosyjską lepszej pozycji negocjacyjnej w o wiele poważniejszym sporze z Kanadą.

Nie zmienia to jednak faktu, ze to właśnie Norwegia może być w przyszłości jednym z głównych „krajów frontowych”, na której to skraplać się będą wszelkie atlantyckie, antynatowskie pokazy siły rosyjskiej floty i lotnictwa. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy to w wyniku nałożonych przez USA i UE (a wiec także i stowarzyszoną z Unią Norwegię) sankcje Moskwa straciła dostęp do technologii niezbędnych dla wydobywania gazu i ropy z dna Oceanu Arktycznego.

Norwegia, podobnie jak Szwecja, reprezentuje sobą antywartości leżące na absolutnych antypodach tego, co może być uznane za istotę Cywilizacji Łacińskiej. Nie zmienia to w niczym faktu, że to właśnie takie kraje postprotestanckie, jak Norwegia czy Kanada, ważni gracze Sojuszu Atlantyckiego, mogą być już teraz najlepszymi sojusznikami Polski w konfrontacyjnej (nie oszukujmy się…) polityce względem Rosji. W tej sytuacji pozostaje jednie mieć nadzieję, że „efekt cieplarniany” okaże się prawdą.

Casus Rumunii

Sprawa Rumunii jest dla Polski drugorzędna, zarówno ze względu na niski potencjał gospodarczo-militarny tego państwa, jak i na jego bałkańsko–śródeuropejski charakter, który w zasadniczej mierze determinuje rumuńską politykę zagraniczną. Rumuński rdzeń, Wołoszczyzna i Mołdawia (większa część tej krainy historycznej należy dziś do państwa rumuńskiego, tak jak większa część historycznej Macedonii jest częścią Grecji) to niewątpliwie cywilizacyjne Bałkany.

W aspekcie stricte geopolitycznym to obszar pośredni pomiędzy Europą Środkową, Bałkanami i Europą Wschodnią. Rumunia wykazuje przy tym właściwości polityczne całego świata post-osmańskiego (ten aspekt jest dla mnie jednym z kluczowych znamion przynależności danego kraju do świata bałkańskiego). Tak jak pozostałe narody regionu post-osmańskiego, Rumunii mają dziś dwa państwa: państwo właściwe, narodowe, i „państwo-fafik”, będące z kolei odpadem po skomplikowanej historii tej części świata. Oto pełna lista dwuczłonowych państw bałkańskich:
Turcja i Cypr Północny
Grecja i Cypr Południowy
Bułgaria i Macedonia
Rumunia i Mołdawia
Serbia i Czarnogóra
Albania i Kosowo
Odrębnym obszarem pozostaje Bośnia i Hercegowina

Problem Rumunii pozostaje o tyle specyficzny, że jej „państwo-fafik” jest pozostałością mocarstwowej dominacji innego imperium, niż to otomańskie. Chodzi tu oczywiście o carską Rosję, a potem ZSRS. Rumunia zaanektowała w roku 1918 obszary wschodniej Mołdawii, zwane pod historycznymi nazwami Besarabii i Budziaku, w szczytowym okresie degrengolady Cesarstwa Rosyjskiego. Utraciła je ponownie, dodatkowo wraz z północną częścią Bukowiny, w roku 1940, na rzecz ZSRS. Dziś obszary te należą albo do niepodległej, ale po części okupowanej przez Rosję, Republiki Mołdowy, albo są częścią Ukrainy. Bynajmniej jednak dzisiejsze państwo rumuńskie nie zapomniało o swoich „kresach wschodnich”. Wielu komentatorów jawnie oskarża obecne władze w Bukareszcie wręcz o próbę odbudowania tam swojej strefy wpływów, a nawet o zakusy aneksyjne.

Obecny rząd rumuński, pod wodzą Victora Ponty, miota się pomiędzy współpracą międzynarodową wymierzoną w rosyjską agresję na Ukrainę, a marzeniami o aneksji państewka Mołdawskiego. Jedynym państwem, które mogłoby się na to zgodzić, a bez zgody którego jest to nierealne, jest Rosja, która okupuje obszar tzw. Naddniestrza. Tereny te, choć także w znacznej mierze zamieszkałe przez ludność rumuńskojęzyczną, nie są częścią historycznej Mołdawii, i nie są w sferze zainteresowań Bukaresztu. Teoretycznie mogłoby więc dojść nawet do rozbioru Mołdowy pomiędzy Rosję i Rumunię, w sytuacji gdyby rosyjskie czołgi zajęły całą południową Ukrainę, Odessę, i uzyskały bezpośrednie połączenie lądowe z Naddniestrzem. Takiego scenariusza wcale nie można dzisiaj wykluczyć.

Problem w tym, że Kreml, ustami swoich propagandystów, oferuje dzisiaj rzekomo zabór Północnej Bukowiny, ale nie chce nawet słyszeć o utracie nie tylko ukraińskiego Budziaka, dającego strategiczną kontrolę nad Deltą Dunaju, ale nawet i nad Mołdową. Nie zmienia to w niczym faktu, że obecna polityka Rumunii może, w razie jakiegoś gwałtownego przyspieszenia sytuacji na Ukrainie, przybrać formę jeszcze bardziej prorosyjską, niż obecna polityka Węgier.

Filip Bauman

Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim; interesuje się dziejami krajów bałkańskich i Turcji oraz problematyką etyki i kultury w ujęciu globalnym.

Dodaj komentarz