Niezatapialni

1 października 2014
Lech_Walesa_-_2009

W połowie września w warszawskich Złotych Tarasach bawiła Britney Spears, styrana życiem gwiazda muzyki pop. Wywołała euforię, zwłaszcza wśród polskich naśladowczyń zakochanych w zachodnich wzorcach oraz w grupie tzw. „szafiarek”, blogerek komentujących i promujących modne, kobiece ubiory. Wątpliwe, by fanki te faktycznie marzyły kiedykolwiek, by poznać „prawdziwą” Britney. Raczej o tym, żeby się o Britney otrzeć, przykleić do niej, powielić lub powtórzyć jej sukces. Nikogo „prawdziwa” Britney nie interesuje, nikt jej nie zna. Pewno nikt też nikt jej za bardzo nie lubi. Britney Spears to od zera stworzony medialny produkt, niezatapialny i siłą rozpędu przynoszący profity.

Temat Britney odstawmy na razie na bok i zajmijmy się właściwym podmiotem odniesienia, czyli Lechem Wałęsą. Czym przykuł naszą uwagę ostatnio? Jak podały polskie media gościł ów z odczytem na „sesji szkoleniowej” Europejskiego Oddziału FBI w Warszawie. Bynajmniej nie powiedział nic sensacyjnego, ale bez sensacji się nie obyło. Wsparciem intelektualnym, a na pewno merytorycznym, służył mu na warsztatach FBI Mieczysław Wachowski. Tak, ten sam Wachowski…

Wachowski to, według „Rzeczpospolitej”, wschodząca gwiazda Instytutu Lecha Wałęsy, ponoć murowany kandydat do funkcji „kapciowego” dotychczasowego prezesa, Piotra Gulczyńskiego. Pojawiły się podejrzenia, że Wałęsa pomaga się mu „otrzaskać” w zagranicznych gremiach. Jeśli zda egzamin, może Gulczyńskiego nawet zastąpić.
FBI zajmuje się przede wszystkim przestępczością zorganizowaną i szczególnymi przypadkami przestępstw. Akurat Wałęsa i Wachowski, jeśli idzie o przestępczość każdej maści, uchodzą od lat 90. za „liberałów”. Wspólnie ułaskawili 3454 osób, odmawiając jedynie 444 osobom. Pośród szczęściarzy znalazł się m. in. Andrzej Zielińskiego ps „Słowik”, postkomunistyczny John Gotti. Jak „Słowik” wyznał po latach, „skorzystał z propozycji” zakupu, od Kancelarii Prezydenta Wałęsy, odpowiedniego dokumentu, za niewygórowaną cenę 150 tys. zł.

Funkcjonariusze FBI mogą Wachowskiego nie kojarzyć, aczkolwiek, jeśli kontrwywiad biura miał coś wspólnego z tą konferencją, legendarnego „kapciowego” powinien pamiętać z kilku ważkich decyzji w polityce zagranicznej. To jeśli idzie o powiązania ze służbami sowieckimi. Jednak „biznesowa” działalność Wachowskiego, jego powiązania z Pruszkowem czy gangsterem „Nikosiem”, także interesowała amerykańskie służby. Nie chodzi wcale o jakieś tam sutenerstwo i cinkciarstwo z peerelowskich „ryczących” lat 70. lub ostatnie procesy, w których Wachowski figurował, jako oszust i naciągacz, za co zresztą trafił do aresztu. Nikt nie przeczy, że popularny „Mietek” miał zawsze głowę do interesów…

Otóż antynarkotykowa DEA „zakablowała” Wachowskiego polskim służbom, jako jedną z najważniejszych osób w polskim narkobiznesie od początków III RP. Niefrasobliwość Amerykanów tłumaczy niejako fakt, że konferencja odbywała się w gościnnej Warszawie. Już mniej skłonność do fotografowania się z człowiekiem skompromitowanym. Jak natomiast wytłumaczyć fakt, że konferencję, z ustalonym odgórnie składem gości, współorganizowała Komenda Główna Policji i CBA, może budzić nawet podejrzenia? Niemniej, jak mawiali starożytni: „interrogare sapienter est docere”.

Niezatapialność na przykładach

Inna łacińska sentencja podpowiada, że uczymy się na przykładach (Exemplis discimus). Te pokazują, że „niezatapialność” Wachowskiego, jego odejścia i jego powroty – również wyjścia z aresztu – związane są z magią nazwiska Wałęsa. Mimo znakomitego PR-u Wachowskiego w środowiskach przestępczych i komunistycznych służbach specjalnych, „klucz” do Wachowskiego zawsze tkwił w magnetyzmie oddziałującym pomiędzy nimi oboma.

Tak jak Britney Spears, nie skompromitowały, ani akt „miłości lesbijskiej”, ani utrata praw rodzicielskim, tak Wałęsa mógłby na warsztatach FBI pokazać się w towarzystwie Mariana Zacharskiego, i byłby bez wątpienia, równie beznamiętnie poważany. Nawet gdyby Wałęsę, który zresztą dobrowolnie pozbawiał się już praw rodzicielskich, złapano wraz z Wachowskim na rozniecaniu ognia domu dziecka, pewno osąd jego postaci zostałby i tak podzielony przez status „gwiazdy” i „ikony”. Zostałby ułaskawiony, po czym solidarnie wpłaciłby za Wachowskiego kaucję. Takie właśnie, „kolesiowskie” znaczenie, zawsze miał dlań slogan „solidarność”.

Na Zachodzie wciąż trudno jest o publikację odkłamującą sylwetkę Wałęsy. Pojedyncze wiadomości o życiorysie Wałęsy, jego familiarne zdjęcia z Jaruzelskim, kłamstwa i głupawe wypowiedzi grzęzną w nadmiarze informacji, albo w starych „prawdach”. Inaczej niż w Polsce, gdzie reaguje się na nie coraz bardziej racjonalnie. Spróbujmy swojej reakcji na następujące przykłady?

W 1983 roku zapytano Wałęsę, w wywiadzie dla „Chicago Sun Times”, jak radził sobie z nudą podczas internowania. Przyszły uczestnik konferencji FBI stwierdził: „trenowałem trochę, czytałem książki, opracowywałem też różne koncepcje na przyszłość”. Zabawne, zdumiewające? Tak, dla kogoś kto chce wiedzieć, że Wałęsa poza etykietą wódki, szampana i piwa nie czytał w Arłamowie nic, że „trenował” co najwyżej podnosząc łyżkę i widelec na czas, tyjąc w efekcie 16 kg, a głośna potem „koncepcja” zabezpieczenia miliona złotych w bankach zachodnich upadła w dniu, w którym podzielił się z nią z bratem Stanisławem.

Naszą czujność dla odmiany, wzbudzi wynurzenie Wałęsy z czerwca 1983 r. dla zachodnich agencji prasowych: „Podczas internowania rozmawiałem z jednym z generałów. Powiedziałem mu, że jestem większym socjalistą niż on. […] Zawsze mówiłem, że nie chcemy obalać socjalizmu. Chcemy po prostu, aby nam służył”. Ten osobliwy „pragmatyzm” towarzyszy Wałęsie przez całe „polityczne” życie, a efekty są dla nas Polaków fatalne.

Stracona walka?

Po co mocować z rzeczywistością i próbować zatopić niezatapialnego? Po co pisać książki i artykuły o Wałęsie? Nie chodzi o Wałęsę. To jeszcze jeden odcinek frontu walki z fałszem, w imię świadomość ogółu. Sam „gwiazdą” nie jestem. Zatem, by podnieś autorytatywność własnego zdania, przyczepię się pod do kogoś.

Mamy szczególny czas. Powołajmy się więc na autorytet ukraińskiego pisarza, wszelako piszącego po rosyjsku i o Rosji, i wcale nie uprzedzonego do Polski, Mykołę Hohola, znanego nam Mikołaja Gogola. Na jego słowach zakończymy. W swym wspaniałym dziele Martwe dusze, wymierzonym w elity tworzące reżim caratu, napisał:

„Na autora padnie jeszcze oskarżenie ze strony tak zwanych patriotów, którzy siedzą sobie spokojnie po kątach i zajmują się zupełnie postronnymi sprawami, ciułają kapitaliki, budując sobie przyszłość kosztem innych; ale gdy tylko zdarzy się coś w ich mniemaniu upokarzającego dla ojczyzny, ukaże się jakaś książka, w której powie się niekiedy gorzką prawdę, wybiegną ze wszystkich kątów, jak pająki, które dostrzegły, że w pajęczynę zaplątała się mucha, i zaraz podniosą krzyk: „Czy godzi się wynosić to na światło dzienne, rozgłaszać o tym? Przecież wszystko, cokolwiek jest tu opisane, to nasze, czy to ładnie? A co powiedzą cudzoziemcy? Czy to przyjemnie słyszeć złą opinię o sobie? Myślą, że to niebolesne? Myślą, że nie jesteśmy patriotami?” Na takie mądre uwagi, zwłaszcza co do opinii cudzoziemców, przyznam się, nie można znaleźć żadnej odpowiedzi. […] Lecz nie, nie patriotyzm i nie zadraśnięte uczucia są powodem oskarżeń; coś innego się pod tym kryje. Po cóż to zatajać? Któż inny, jeśli nie autor, ma powiedzieć świętą prawdę? Boicie się głęboko utkwionego spojrzenia, sami się lękacie skierować na coś głębokie spojrzenie, lubicie prześliznąć się po wszystkim bezmyślnymi oczami”.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz