Nieśmiały kandydat

20 kwietnia 2021

Jeszcze przed wyborami prezydenckimi z jesieni 2020 r. Mike Pence wymieniany był, jako naturalny kandydat Partii Republikańskiej (GOP) w jednej z następnych elekcji. Mówiło się o starcie Pence’a najpóźniej w 2028 roku. 61 letni wówczas Pence bynajmniej nie byłyby najstarszym nominatem w dziejach amerykańskiego systemu wyborczego, a nawet w ostatniej dekadzie. Kandydat dla republikanów idealny, mający same niemalże atuty: doświadczenie parlamentarne i gubernatorskie, a ostatnio prezydenckie, silny dorobek konserwatywny, doskonałe kontakty z partyjnym establishmentem, a zarazem z partyjnymi dołami oraz cieszący się autentyczną popularnością w mającej wpływ na te ostatnie – bazie wyborczej; konserwatysta „praktykujący”, czyli wyrażający ów konserwatyzm swą postawą, pozbawiony skaz wizerunkowych natury obyczajowej, a zarazem człowiek szanowany przez partnerów zagranicznych, nawet o zgoła odmiennych przekonaniach światopoglądowych. Zwolennik wzmacniania międzynarodowych sojuszy i silnego przywództwa USA wśród demokratycznych państw globu. Ale tak było wtedy. Obecnie na drodze Penca do dopełnienia tej wydawałoby się nieuniknionej, pisanej mu przez Opatrzność i przyrzeczonej przez elity GOP ścieżki kariery stoi zaledwie jeden obywatel USA, ale obywatel, który, w tym przynajmniej dziejowym momencie, decyduje o losach prawyborów w GOP za dwa lata. Natomiast GOP znajduje się w kryzysie, jakiego nie doświadczyła w całych swoich dziejach.

Wszystko dla Mike’a Pence’a zmienił 6 stycznia 2021 r. Nie sam pucz na Kapitol. Pucz był bowiem konsekwencją tego, iż Pence spełnił po prostu swój, zaledwie symboliczny, obowiązek ostatecznej certyfikacji wyborów, jaki nakładała nań konstytucja. Wobec ówczesnego gospodarza Białego Domu zachował się jak zwykle lojalnie. Poinformował go zawczasu, że nie sprosta jego oczekiwaniom i nie podważy rezultatów legalnych – jak orzekły sądy wszystkich instancji, w tym Sąd Najwyższy – wyborów prezydenckich. Odmowa ta miała później wiele go kosztować, mogła nawet ściągnąć nań potencjalny uszczerbek na zdrowiu ze strony rozjuszonego, a wcześniej podburzonego tłumu, gdy jeszcze przebywał na Kapitolu. W sensie politycznym i długofalowym skutkowała skomplikowaniem relacji z niekwestionowanym, póki co, liderem własnego obozu politycznego. Czy miał szansę uniknąć tej kolizji?

Miał prawo przypuszczać, że wysiądzie z czteroletniego politycznego „roller-coastera” cały, zdrowy i nie wymięty, ale czy będąc w samym jądrze amerykańskiej polityki, spędzając z kierowcą kolejki zapewne więcej czasu, niż tamten z własną żoną, obserwując wypadki ostatnich tygodni przed puczem, powinien był zakładać, że istnieją granice, których jego partner nie przekroczy w obliczu realnej utraty władzy? Jeśli tak, mierzył go własną miarą. Bo choć uczestniczył w kampanii podważania uczciwości amerykańskiego systemu wyborczego, która to kampania, jak pokazuje odtajniony niedawno raport amerykańskich służb specjalnych, była również osią dezinformacyjnej kampanii m. in. Kremla, to gdy przyszło do czynów, dochował wierności konstytucji.

Wkrótce po puczu pomiędzy oboma sztabami prezydenckimi panowała wręcz atmosfera wojny. W Kongresie błyskawicznie rozpoczęła się procedura impeachmentu. Zachowanie urzędującego prezydenta było tak szokujące, że rozognieni politycy, także republikanie, rozważali różne alternatywne scenariusze. Początkowo Pence miał nie wykluczać nawet wprowadzenia w życie 25 poprawki konstytucji i usunięcia Trumpa z urzędu. Masowe dymisje członków rządu i odbudowujący się opór lojalistów prezydenta zapewne ostudziły nieco emocje wzywające do odwetu i kary dla winowajcy. Po kilku dniach doszło do spotkania Pence’a z Trumpem. Nie znamy jego przebiegu, ale możemy się domyślać, że nie naprawiły strzaskanych relacji. Prezydent nie okazał ułamka skruchy, nie uczynił tego do dziś dnia.

Impeachment zakończył się swoistym konsensusem politycznym. „Uniewinniono” Trumpa ze stawianych mu zarzutów podżegania do zamachu na legalne instytucje państwa, ale szef większości republikańskiej Mitch McConnell z mównicy senackiej potępił urzędującego jeszcze prezydenta i oznajmił, że teraz powinny się nim zająć sądy i prokuratury. I tym się obecnie w istocie te ostatnie zajmują, formułując zarzuty w kwestiach zarówno w sprawie następstw puczu, jak i próby wymuszenia fałszerstwa wyborczego w Georgii.

Trump zachowuje się jak gdyby nic się nie zmieniło, ba jak gdyby wciąż rządził, tylko na wychodźstwie czy wewnętrznej emigracji. Miast tytułować go „były prezydentem”, jego otoczenie każe go podpisywać sekwencją „45. Prezydent USA”. Ponieważ nie może zamieszczać postów w mediach społecznościach, wydaje oświadczenia pod względem treści i formy niczym się od owych postów nie różniące… Wciąż pełne oskarżeń, inwektyw i sloganów nawiązujących do „fałszerstwa wyborczego” i różnorakich zdrajców. Pence działa bardziej strategicznie. Spróbował naprawić relacje z Trumpem, zaś z jego otoczenia wychodziły informacje o rzekomo poprawnych stosunkach z „45. Prezydentem USA”. Niedawno popełnił felieton, w którym podtrzymywał zastrzeżenia odnośnie prawidłowego przebiegu wyborów.    

W ostatnim czasie były wiceprezydent ogłosił powstanie Advancing American Freedom, konserwatywnej grupy, oddającej się „powstrzymywaniu radykalnej polityki administracji prezydenta J. Bidena oraz promowaniu konserwatywnych wartości i ochrona dorobku, który udało się wypracować przez cztery lata administracji prezydenta Donalda Trumpa”. Weszli w jej skład niektórzy, w przeszłości wyjątkowo zatwardziali zwolennicy byłego prezydenta, wśród nich Kellyanne Conway. Znów odżyły teorie o rychłym wejściu Pence’a do wyścigu wyborczego, a wspomniana grupa miałaby być dlań właśnie prezydencką platformą polityczną.

W tym jednak miejscu zaczynają się wyboje. Mike’owi Pence’owi może być trudno stworzyć  jakąkolwiek platformę, jeśli nie stworzy platformy porozumienia z Donaldem Trumpem. Jego los zaczyna przypominać ten, jaki spotkał Briana Kempa, jednego z najbardziej „trumpistowskich” gubernatorów. Kemp zawinił tak samo jak Pence. Podpisał u siebie w Georgii certyfikację wyborów. Od tego czasu jest przysłowiowym workiem treningowym Trumpa, który to wyżywa się na nim przy każdej sposobności. Trump już zapowiedział, że w prawyborach w 2022 r. poprze jego kontrkandydata. Nie pomogły Kempowi ostatnie zmiany w stanowym kodeksie wyborczym, które – zresztą niesłusznie – stały się okazją dla liberalnych środowisk, żeby oskarżyć tamtejszych republikanów o próbę powrotu do czasów segregacji rasowej. Zmiany sprowadzają się do uporządkowania metod poświadczania tożsamości przez wyborców.

Podczas niedawnego spotkania z lobbystami republikańskimi Trump zaatakował zwyczajowo McConella, ale swój gniew skierował również w stronę Mike’a Pence’a. Ogłaszając się jednoczycielem partii, jednocześnie dał świadectwo wojnie jaka toczy się teraz w GOP. Znów nie wykluczył, że sam będzie kandydował w 2024 r., ale z typową dla siebie konsekwencją, snuł opowieści o tym, że przecież wybory były sfałszowane, a zatem to on jest wciąż prezydentem.

GOP odtaje powoli z „trumpizmu”, aczkolwiek nie tak wolno, by można założyć, że w 2023 i 2024 r. głos Trumpa nie będzie się liczył. Niewątpliwie może mieć przełożenie na wybory do Kongresu w 2022 r., ale znowuż nie takie, by mógł nawet zakończyć kariery wszystkich „zdrajców”, którzy zagłosowali swego czasu za jego „skazaniem” w Senacie. Zresztą za niedługo spadną na Trumpa konsekwencje prawne, które to są owym rzeczywistym podłożem jego wrogości wobec lojalistów, takich jak Pence czy Kemp, którzy wiernie stali przy nim przez lata.

W jeszcze dalszej perspektywie Trump zostanie wyjątkowo surowo osądzony przez historyków i przyszłe generacje. Sądzę, że najsurowiej w całym poczcie prezydenckim. Uosabiał będzie w pewnym sensie ideę władzy prezydenckiej narzuconej z zewnątrz. Jak wobec tego osądzą przyszłe pokolenia wiceprezydenta Pence’a?

Niewykluczone, że jego ścieżka kariery wcale nie dobiegła końca. I dla Polski, bo przecież jej interes mamy przede wszystkim na uwadze, w sensie średniookresowym i długookresowym, prezydentura Mike’a Pence’a mogłaby się okazać bardzo udaną kartą w dziejach relacji polsko-amerykańskich.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz