Nieodłączny, odwieczny towarzysz

8 kwietnia 2020
Źródło. Wikipedia

Żyjemy obecnie w czasach pandemii, obligatoryjnie więc „newsem” dnia musi być koronawirus. Na część społeczeństwa nakłada to obywatelski obowiązek przyjęcia roli eksperta od chorób zakaźnych, przede wszystkim wirusów. Zatem wraz ze wzrostem zachorowań na Covid-19, rośnie odsetek wirusologów, ekspertów w swoim mniemaniu. Mnie osobiście ciężar tej funkcji przeraża. Nie biorę go zatem na swoje barki. Tym niemniej, rozmowę z takim właśnie ekspertem, chciałbym potraktować jako pretekst do kontynuowania rozważań z ostatniego artykułu.

Mój ekspert był zatem zdania, że wirusy odzwierzęce, które pojawiły się za naszego żywota już „z nami pozostały”. „Ptasia grypa ah1n1, która jest od czasów, kiedy się pojawiła, i ogłoszono jej pandemie, tj. od 2009” – oznajmił, odpowiadając na moje pytanie, co rozumie poprzez stwierdzenie, że z nami pozostały. Należy w związku z tym „uodpornić” ludzi na ten „wirus”.

Pandemię trwającą w latach 2009-2010 wywołał akurat wirus „świńskiej grypy”. Ale to rzecz błaha, sam z początku nie dostrzegłem tej omyłki. Słowo wirus zamknąłem w cudzysłów ponieważ a/H1N1 był zaledwie jednym szczepem wyizolowanym u świń w latach 30. XX w. Nie ma i nie było zatem jednego wirusa świńskiej grypy. Są za to liczne szczepy i mutacje. Jedne mniej, inne bardziej groźne. Do grupy H1N1 zalicza się szczep, który odpowiada za pandemię z 2009 r., zwany „grypą meksykańską”, jak i ten zwany dziś „hiszpanka”. Są więc dziesiątki, znanych człowiekowi, szczepów wirusa „świńskiej grypy” oraz wirusa „ptasiej grypy”, odmian w większości łagodnych, oraz dziesiątki, może setki odmian człowiekowi nie znanych.

Wirusy generalnie dzielimy na trzy kategorie: na „przynależne” wyłącznie zwierzętom, tylko człowiekowi oraz takie, które pasożytują i na zwierzętach, i na gatunku homo sapiens (przede wszystkim wirusy grypy). Ale to czym się tu wymądrzam to wiedza „wikipediowa”, łatwo dostępna, a ostatnio wszechobecna. Owszem, wypierana przez „świat komentarzy”, w którym aż się roi od świadomej i nieświadomej dezinformacji. Cóż tu winić zaprzyjaźnionego ze mną eksperta, jeżeli na groźny, mimo wszystko, szczep wirusa SARS-CoV postanowił uodpornić nie tylko siebie, ale również swój naród Premier Jej Królewskiej Mości Elżbiety II, absolwent uniwersytetu w Oxfordzie…

Jednakże to ta pierwsza część naszej dyskusji mnie zafrapowała. Otóż dany „wirus” pojawił się i już sobie tu pozostał. Pozostał gdzie? Wirus będąc pasożytem, potrzebuje nosiciela. Jeżeli go traci, znika. Sam nie potrafi się rozmnażać, atakuje więc komórkę i „uprowadza” jej układ rozrodczy. Rezerwuarem wirusów odzwierzęcych, tj. SARS-CoV-2, są zwierzęta.

Wolno nam przypuszczać, że człowiek staje się ich nosicielem wirusa tak długo, jak długo zwierzęta towarzyszą człowiekowi. Natomiast zjawiska endemii i epidemii, występują od czasów, gdy człowiek porzucił koczowniczy tryb życia, osiadł i począł tworzyć większe skupiska ludzkie. Z tego z kolei płynie wniosek, że zjawiska epidemiczne stanowią ważny element kształtujący ludzkie dzieje. Wirusy odzwierzęce towarzyszą człowiekowi na wszystkich etapach postępu cywilizacyjnego i podobnież ewoluują, walcząc z „inteligentnym” systemem immunologicznym tego człowieka.

Dziejopisarstwo dotyczące zjawisk, takich jak pandemia należy do szerokiego zbioru historiografii społecznej, cieszącej się dużym powodzeniem w świecie frankońskim czy anglosaskim. W naszym kręgu cywilizacyjnym zdecydowanie większą popularnością cieszy się historiografia polityczna. Historiografia opisująca losy wielkich bohaterów i krwawych tyranów. Historiografia opisująca tło dla losów i działań tychże, budzi mniejsze emocje. Kto jednak poważy się na osąd, że działania tej czy innej wybitnej jednostki były oderwane od tego, co badacz nazwie historią kultury i sztuki, historią życia codziennego, historią gospodarczą czy choćby historią chrześcijaństwa? Jeżeli chce się wyjść poza samą historyczną decyzję polityczną, zrozumieć jej motywy, nie wystarczy ograniczyć się do zawartości listu czy dokumentu.

Wprawdzie nie ma osobnego działu zarezerwowanego dla zjawisk epidemicznych w dziejach, pandemia pozostaje przedmiotem badań wielodyscyplinarnych, wśród biologów, wirusologów, historyków, ekonomistów, socjologów i psychologów. Od pewnego czasu historiografia tego przedmiotu cieszy się jednak bardzo dużym powodzeniem, głównie dzięki ponurej sławie „hiszpańskiej grypy”. Zainteresowanie to, które eksplodowało w latach 90., wcale nie dziwi. Pandemia ta miała bowiem niepomierny wpływ np. na rozwój medycyny, tempo budowy systemów opieki zdrowotnej, a nawet stosunek do sportu i spędzania czasu w plenerze.

„Hiszpanka” przetrzebiła światową demografię, nawiedziła wszystkie kontynenty poza Antarktydą, stając się centralnym wydarzeniem wszędzie tam, gdzie nie były prowadzone działania wojenne. Wszędzie tam, czyli de facto poza Europą, przyniosła więcej ofiar, odciskając swoje piętno, szczególnie na Dalekim Wschodzie. „Hiszpanka” nie była pierwszą pandemią, ale była pierwszym takim zjawiskiem na skalę całego globu.

Wirus podąża za człowiekiem, jako swym żywicielem. Świat mierzony zasięgiem ludzkiej cywilizacji nie zawsze obejmował naturalnie cały glob. Dla wirusów, zwłaszcza  odzwierzęcych początek świata można datować na okres rewolucji neolitycznej, w okolicach 10 tys. lat przed Chrystusem. Wówczas to, dzięki różnym czynnikom, które opisują również nauki pokrewne historiografii, m. in., dzięki ociepleniu się klimatu i topnieniu lodowca, człowiek stopniowo porzucał myślistwo na rzecz hodowli, a zbieractwo na rzecz uprawy roślin. Nowe kolektywy dały początek tzw. „chorobom tłumu”, takim jak odra, ospa, gruźlica, czy grypa. Człowiek od zawsze był podatny na infekcje, ale przed „rewolucją rolną” choroby gnębiły małe, rozproszone skupiska. Przebywszy już chorobę, uodporniał się na nieszczęsnego wirusa. Wirus zbierał swe żniwo, po czym „wycofywał się” do tzw. „zwierzęcego rezerwuaru”.

Społeczności prześladowały solidarnie wirusy odzwierzęce oraz te, których jedynym rezerwuarem jest człowiek. Jedna z najbardziej zabójczych „chorób tłumu”, wywoływana owym drobnoustrojem, ospa, zbierała swoje żniwa w starożytnym Egipcie, ok. 3 000 lat p. Ch. Wiemy o tym dzięki mumiom, na twarzach których zachowały się ospowe „dzioby”. Niewątpliwie epidemie nawiedzały największe miasta starożytnego Bliskiego Wschodu. Największym miastem tego okresu, wielkim centrum handlowym i gigantycznym skupiskiem ludzkim, było miasto Uruk, położone w południowej części dzisiejszego Iraku, liczące 80 tys. mieszkańców.  Na jakie choroby cierpieli jego obywatele? Pierwsza, prawdopodobna epidemia ospy w dziejach miała miejsce zapewne dopiero w 430 r. p. Ch. O tym z kolei powiadomił nas grecki dziejopisarz Tukidydes, malując opisowo stosy zwłok składowanych w ateńskich świątyniach.

W okolicach roku 412 p. Ch. mieszkańców portowego, greckiego miasta Perynt, położonego nad Morzem Marmara, napadła nieznana im choroba. Peryntianie, obok dławiącego ich kaszlu, przyznawali się do innych symptomów: bólu gardła, trudności w przełykaniu, bólu żołądka, paraliżu nóg oraz nocnej ślepoty. Hipokrates z Kos, grecki medyk, nazwał tę przypadłość „kaszlem z Peryntu”. Natomiast współcześni naukowcy wciąż dywagują nad jej dokładnym obliczem. Najpewniej Peryntianie cierpieli z powodu endemii grypy oraz innych, już wtórnych zakażeń, m. in. bakteryjnego dyfterytu oraz braku istotnych witamin.

Historycy spekulują, że grypa właśnie zdziesiątkowała armie rzymskie oraz ludność sycylijskich Syrakuz w 212 r. p. Ch. Rzymski historyk Liwiusz w Dziejach Rzymu na pisał, że „zgony i pogrzeby stały się codziennym spektaklem. Ze wszystkich stron, dniem i nocą, dochodził płacz za umarłymi”. W 165 r. po Ch. obszar całego niemalże Imperium Rzymskiego, dosięgła katastrofalna epidemia, która spowodować miała nawet 5 mln. zgonów. Szalała do 180 r. Zabójczego wirusa roznosiły rzymskie wojska, walczące wówczas na dwóch frontach, z Partami oraz Markomanami. Od nazwy rodu, z którego wywodzą się cesarze Marek Aureliusz i jego syn Kommodus, zapisała się w kronikach, jako „Zaraza Antoninów”. Na podstawie zapisków rzymskiego lekarza Galena, domyślamy się jedynie, że przyczyną zarazy był wirus ospy prawdziwej.

„Włoska gorączka”, taką nazwę otrzymała nieznana choroba atakująca drogi oddechowe, jaka przetrzebiła wojska Karola Wielkiego w IX w. Utrzymuje się, że szczególnie dotkniętym przez grypę wiekiem był wiek XII, lecz na pierwszy wiarygodny opis epidemii tejże choroby, musimy poczekać do wieku XVI. W 1557 r., za panowania Marii I, która otrzymała od protestanckich dziejopisarzy przydomek „Krwawej Mary”, epidemia grypy nieznanego pochodzenia poczyniła bardziej spektakularne „czystki” ludzkie. Wyeliminować miała 6% poddanych pechowej królowej. Być może ta właśnie przypieczętowała jej przydomek, przelewając czarę społecznej goryczy tamtych czasów.

Świadomie w niniejszym materiale pomijam epidemie „bakteryjne”, więc do naszych rozważań nie zmieszczą się zarazy, które zapisały się w zbiorowej pamięci, jako „Dżuma Justyniana” z VI w., czy „czarna śmierć” z wieku XIV. Interesują nas wirusy, i te najpewniej właśnie zawieźli ze sobą za Ocean  wielcy odkrywcy XV i XVI w. Domniemywa się, że grypa właśnie zeszła na ląd wraz z Krzysztofem Kolumbem podczas jego drugiej wyprawy, i przetrzebiła populację Indian na Antylach. Również podbój Imperium Azteków nie odbył się bez pomocy „europejskiego” szczepu wirusa ospy. Na podbijanych obszarach Ameryki, Australii, wysp Pacyfiku, importowane „choroby tłumu” nazywane były „imperialnymi”.

Pierwsza pandemia grypy, co do której naukowcy są zgodni, zaczęła się prawdopodobnie w Azji w 1580 r. i rozprzestrzeniła na Afrykę, Europę i być może Ameryki. W szczęść miesięcy przemieściła się z północy Europy na jej południe. Rzym oszacował liczbę ofiar zarazy wśród mieszkańców na 8 tys. Mimo wzrastającej odporności populacji zwłaszcza Europy wirusy powracały. Między 1700 a 1800 rokiem miały miejsce dwie pandemie. W szczytowym momencie drugiej z nich, w 1781 r. liczba chorych w Sankt Petersburgu przyrastała o 30 tys. dziennie. W XIX w. „choroby tłumu” osiągnęły apogeum swoich możliwości. Miały dostęp do każdego zakątka globu. W 1830 r. wybuchła pandemia grypy, podobno równie zabójcza jak „hiszpanka”, choć nie tak „światowa”. Tzw. „rosyjska grypa” z 1889 r. zrodziła się w dzisiejszym Uzbekistanie. O niej wiemy najwięcej, do tamtej pory. Zabiła ok. miliona ludzi, w trzech falach, i jak „hiszpanka” zabijała, inaczej niż jej „siostry” dzieci i starszych, 30 i 40-latków. Na temat najpopularniejszej XX-wiecznej zarazy, „hiszpańskiej grypy”, pomówimy przy innej okazji.

Wirusy będą z nami, dopóki my będziemy. Dopóki będziemy my i wirusy, dotąd istniało będzie ryzyko powrotu pandemii. Niefrasobliwością jest lekceważyć wirusy, które są częścią składową potężnej natury, ale nie wolno też popadać w przedwczesny katastrofizm. Jesteśmy mądrzejsi o wszystkie doświadczenia naszych przodków i żyjemy w czasach, w których nauka czyni rzeczy, kiedyś jeszcze w pokoleniu moich rodziców uważane były za niemożliwe.  W czasach, gdy dookoła szalała „hiszpanka” ludzie nie mieli jeszcze świadomości, że wywołuje ją wirus. Nie wiedzieli o istnieniu wirusów, bo ich fizycznie nie widzieli, choć ich istnienia domyślano się co najmniej od l. 90 XIX w. Dopiero w połowie XIX w. Robert Koch i Louis Pasteur związali ciągiem przyczynowo-skutkowym niektóre bakterie z problemem chorób. Rozwój wirusologii przyspieszyła dopiero hiszpanka. Zresztą, jak i czym się tu przekonywać, nawet w XXI w. zdarzają się przywódcy światłych narodów, podający się za „geniuszy”, którzy uznają bakterię za synonim wirusa…

Wciąż wreszcie jest Opatrzność. A na niej zawsze możemy polegać. Ona nam sprzyja, w odróżnieniu od wirusów, których intencje poznaliśmy.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz