Niemcy chwalą

17 września 2014
Angela Merkel Austerity Europe Germany

Internetowe portale i gazety namiętnie cytowały w ostatnim tygodniu artykuł Richarda Herzingera: Polska idzie do przodu, z prorządowego „Die Welt”. Cytowały go pod tytułem: „Niemcy chwalą Polskę”. Jeśli spojrzeć na lata poprzednie, dochodząc do roku 2008 roku, tytułów takich jak ten, było w każdym roku kilka. Słowem, chroniczny brak kreatywności dziennikarzy, owa niemoc wygenerowania tytułu, który np. zdradzałby, co autor pomyślał, a co napisał.

Może to kwestia obyczajów w Polsce panujących, że wydobywaniem meritum sprawy zajmują się dopiero autorzy kwartalników naukowych. W rodzimej branży medialnej trzeba spełniać oczekiwania korporacyjnych bossów, ci zaś życzą sobie, aby festiwal „gierkowszczyzny” trwał nadal. Stwierdzenie, że Niemcy chwalą Polskę stanowi więc zarówno przykład, jak i jeden z obowiązujących wzorców.

Czasem ma ono swój drugi człon, np. informujący za co konkretnie Niemcy Polskę chwalą lub kogo Niemcy aktualnie nie chwalą. W ubiegłym tygodniu, w związku z tekstem w „Sueddeutsche Zeitung”, byliśmy świadkami tytułu: „Niemcy chwalą Polskę jako kraj, który jest wzorem”. Kiedy indziej pojawiła się negatywna wariacja: „Niemcy chwalą Polskę. Ostra krytyka Francji.”

Niemcy stanowią niepokojący punkt odniesienia. Jednakże, dla zdrowia naszego rozsądku pamiętajmy, że Niemcy chwalą Polskę za coś, co się akurat im podoba, a nie musi podobać się np. Węgrom, Holendrom, Francuzom, a wreszcie samym Polakom. Od tegoż 2008 roku Niemcy chwalą Donalda Tuska, a od niedawna także Bronisława Komorowskiego, który odważnie zrzucił prorosyjski kokon. Przed kilkoma dniami pieścił nasze oczy tytuł: „Niemieckie media chwalą Komorowskiego”, na tle poniższego, jeszcze umiarkowany: „Niemcy nie mogą się nachwalić Komorowskiego: Mąż stanu.”

Podeprzyjmy się przykładem. Czy zgodzimy się, że polityka to nie działalność charytatywna i misyjna, że nie ma w niej sentymentów i przyjaciół? Czy zgodzimy się, że państwa zbierają owoce źle prowadzonej polityki zagranicznej? Czy akceptujemy, że polityka zagraniczna powinna być przemyślana i oparta na długofalowej (siłą rzeczy) strategii?

To dobrze. Zgodzimy się wówczas, że polityka zagraniczna rządu PO-PSL poniosła po siedmiu latach klęskę, a Polska teraz za to zapłaci. Rządową politykę „ocieplania” stosunków z Moskwą, Moskwa wykorzystała na skonsolidowania władzy, wpływów we Wspólnocie Niepodległych Państw i na „posprzątanie” na Kaukazie. Na co ten czas wykorzystała Polska a ściślej rządzący? Na ocieplanie stosunków.

Zobaczmy teraz, jak tę ewidentną klęskę przedstawia strona niemiecka? W rzeczonym artykule z „Die Welt” autor napisał tak:

„W proces pojednania i porozumienia z Rosją Polacy włożyli w ostatnich latach wiele wysiłków – i są teraz tym bardziej przerażeni faktem, że Putin swoją agresją wobec Ukrainy doprowadził do zniszczenia tego mostu zaufania”.

No nie. Jak tygrysek mógł w ten sposób potraktować prosiaczka…

Nie dajmy się zwieść wrażeniu, iż „uprawianie” polityki zagranicznej winno być utożsamiane z jakimś immanentnym dryfowaniem państwa lub, jeszcze lepiej, wolą ogółu Polaków, gwoli prawdy, w większości niezorientowanych w niczym i faktycznie zadowolonych z tego, że „Niemcy nas chwalą”. Teraz już wiemy, że Niemcy nam także współczują… Za politykę zagraniczną odpowiadają konkretne rządy, partie, programy i ludzie.

Sukces

Sukces osobisty w Polsce, w erze tabloidalnej, utożsamiany jest z sukcesem danej branży. Skutkiem tego świat wirtualny oparty jest na filarach myślenia życzeniowego. Sukces jednej polskiej modelki świadczy o sukcesie całej polskiej branży modelingowej. Kariera jednego piłkarza w Bundeslidze stanowi, ni mnie ni więcej, sukces polskiej piłki nożnej, a osiągnięcia jednego skoczka narciarskiego świadczą o jakości polskiego sportu. Oscar dla jednego reżysera świadczy o kondycji polskiej kinematografii, a rola jednego aktora u boku Angeliny Jolie, o wpływie polskiej szkoły aktorskie na branże światową.

Bywa, że „gierkowszczyzna” przyniesie jakąś korzyść, wybuduje się tor łyżwiarski, kilka skoczni narciarskich, a nawet stadiony. Jednakże korzyść propagandowa, musi być doraźną, zaś jej przełożenie na rozwój danej dziedziny zwykle na poziomie promili. Bez zmiany systemu, wytępienia korupcji, klikowości i sekciarstwa branżowego, można sobie takie obiekty okleić co najwyżej banerami: Chwalą nas Niemcy. Realia bowiem pozostają różnicą pomiędzy wkładem własnym i dochodem płynącym z inwestycji.

Przenieśmy się w świat polityki. Sąsiednie mocarstwo gospodarcze, na Zachodzie, czyni z jednego polskiego polityka „prezydenta Europy”. Nominacji zasadniczo nie sprzeciwia się drugie sąsiednie mocarstwo, tym razem militarne, na Wschodzie. Pomiędzy mocarstwami istniał do niedawna sojusz, przypieczętowany budową gazociągu morskiego, godzącego w żywotne interesy Polski, a nawet pozostałych krajów Europy. Ów polski polityk, „ocieplając” stosunki z mocarstwami, godził się na ten sojusz. Sojusz jednak rozpadł się. Mocarstwo Wschodnie dokonało w końcu inwazji na polskiego sąsiada, ukazując klęskę polityki zagranicznej firmowanej przez tegoż polityka. Polityk radykalnie zmienił retorykę, podporządkowując ją oczekiwaniom mocarstwa zachodniego.

Stanowisko „prezydenta Europy” stanowi więc jego sukces osobisty. Polska polityka zagraniczna poniosła wszak klęskę. Jednak w rodzimym kraju sukces tego polityka przedstawia się, jako sukces całej Polski.

Sytuacja jest szczególna. Nie jest ów polityk ani prawnikiem, ani ekonomistą, ani językami obcymi biegle nie włada. Nie dość tego, w rodzimym kraju, w razie dojścia do władzy opozycji, grozi politykowi odpowiedzialność karna za osobisty udział co najmniej w kilku aferach: hazardowej, Amber Gold, stadionowej, autostradowej, stoczniowej, gazowej. Grozi mu również odpowiedzialność za zadłużenie kraju oraz odpowiedzialność największa, za śmierć prezydenta oraz udział w zacieraniu śladów prawdopodobnego przestępstwa.

Nie sądzę, by taka historia skończyła się nawet budową stadionu. Wesoło też nie będzie, bo za ten „sukces” polskiej polityki zapłacimy my wszyscy.

Wrogowie

Niektórzy zwolennicy rządu przyjęli kiedyś założenie, że Polska powinna zrezygnować z ambitnej polityki zagranicznej Polska. Skoro wojny nie będzie, niech „robią” ją mądrzejsi Niemcy i mocarstwowi Rosjanie. „Trzeba zająć się robieniem szmalu”. Wyznawców tej opcji, od wybuchu wojny na Ukrainie, jest coraz mniej. Inni mówią: „Polityka polega na tym, że raz mówisz to, a raz to”. Tłumaczą w ten sposób spektakularne wolty światopoglądowe obozu rządowego.

Oba stanowiska zakładają, że wrogów już nie ma, są tylko „partnerzy” i „sojusznicy”, względnie państwa „autorytarne”, jako synonim: „agresywnego”, „wrogiego”. Ktoś napisał: Rosja to nie kraj. To stan umysłu”. Jeśli popatrzeć na stan umysłu kremlowskich elit, i to, jakim cieszą się społecznym poparciem, jest coś na rzeczy. Mogą się więc zwolennicy rządu rozczarować.

Wobec naszych sąsiadów użyję więc bezpiecznego terminu „dawni-wrogowie”. Jako, że beztrosko oddzieliliśmy mądrość pokoleń „grubą kreską”, nie czytamy już klasyków. Jednak nasi „dawni-wrogowie” niekoniecznie poszli tym przykładem. W jakimś tam stopniu – dyskutować można w jakim – kremlowska polityka zagraniczna od dekady zasilana jest napięciem ideologicznym. W gronie wpływowych ideologów znajduje się m. in. Aleksandr Dugin. Zupełnie bezinteresownie podzielił się on kilka miesięcy temu pewnymi „euroazjatycko-sakralnymi” przemyśleniami:

„My Rosjanie i Niemcy rozumujemy w pojęciach ekspansji i nigdy nie będziemy rozumować inaczej. Nie jesteśmy zainteresowani po prostu zachowaniem własnego państwa czy narodu. […] Rosja w swoim geopolitycznym oraz sakralno-geograficznym rozwoju nie jest zainteresowana w istnieniu niepodległego państwa polskiego w żadnej formie. […] Nie dlatego, że nie lubimy Polaków czy Ukraińców, ale dlatego, że takie są prawa geografii sakralnej i geopolityki”.

Zwyczajnie do Słowian nie pasuje katolicyzm, więc trzeba nas wymazać. Pogląd w zarysie zbieżny z tezami twórców Państwa Islamskiego Iraku i Lewantu. Chrześcijaństwo nie pasuje „niewiernych”, więc trzeba im obcinać głowy.

Jeśli w polityce istotnie można mówić i pisać, co się tylko chce, bo to polityka, to i robić można, co się chce. Brak zasad, to brak zasad. Wyraz „dawni” w zwrocie „dawni wrogowie” może dzięki temu znikać, pojawiać się i znów znikać. „Przyjaciele” mogą się nagle stać „byłymi przyjaciółmi”.

Chyba każdy wybitny wódz, polityk czy twórca powiedział coś wiekopomnego o „wrogach”. Oto kilka reprezentatywnych opinii, przypisywanych XVII-wiecznemu rosyjskiemu bajkopisarzowi, XIX-wiecznemu „ojcu założycielowi” niemieckiej socjaldemokracji, XX-wiecznemu amerykańskiemu weteranowi wojennemu, scenarzyście i reżyserowi oraz współczesnemu portugalskiemu pisarzowi i Nobliście.

„Ci, których wróg chwali, pewnie są najmniej warci” – mawiał Iwan Kryłow. August Bebel wyrażał pogląd bliźniaczy: „Jeśli wrogowie cię chwalą, musiałeś popełnić błąd”. James Clavell, autor Shōguna napisał: „Wróg jest wobec ciebie najbardziej uprzejmy wówczas, gdy zamyślał bądź już zaplanował twoją zgubę”. Wreszcie José Saramago: „Wrogowie nie rodzą się z powodu naszej chęci ich posiadania, ale z ich własnego niezłomnego pragnienia posiadania nas”. Morał jest taki. Nie wińmy się za to, że mamy wrogów. Wińmy się za próżność i lenistwo, które prowadzą do zguby.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz