Nauka płynąca znad Bosforu

17 sierpnia 2014
Błękitny Meczet w Stambule - (autor: Cem Topçu, źródło: Wikipedia)

http://creativecommons.org/licenses/by/2.5

Pośród państw czarnomorskich najważniejszym potencjalnym sojusznikiem Polski w kwestii ukraińskiej pozostaje islamska kulturowo Turcja. Bardzo wielu polskich komentatorów spoglądało w czasie rosyjskiej agresji na Krym właśnie w stronę Ankary i Stambułu, licząc na zdecydowaną reakcję szefa tureckiego MSZ, Ahmeta Davutoglu.

Powoływano się przy tym na tradycje historyczne dawnego Imperium Otomańskiego, do którego nawiązuje nieraz premier (obecnie już prezydent), Recep Tayyip Erdoğan, na wspólnotę kulturową i religijną Turków i Krymskich Tatarów, wreszcie na kluczowe znaczenie geopolityczne Krymu w basenie Morza Czarnego. Liczono na presję tureckiego społeczeństwa, które nie będzie w stanie zaakceptować rosyjskiej aneksji. Wszakże według niektórych badań potomkowie Tatarów Kryskich, którzy zostali wypędzeni przez Rosję z Krymu, Taurydy i Budziaku w XVIII i XIX w. właśnie do Turcji mogą stanowić dziś nawet 7% ludności tego kraju.
Tymczasem reakcja strony tureckiej okazała się nieomalże symboliczna. Turcja potępiła aneksję, turecki minister Davatoglu przybył do Kijowa poklepać po plecach tamtejszych rządzących kacyków i… na tym ostateczne się skończyło. Turcja na tyle „mocno” przeciwstawiła się rosyjskiej ekspansji na Ukrainie, że… obecnie rozważana jest w Polsce możliwość próby ominięcia rosyjskiego embarga na polskie jabłka, poprzez ich przeszmuglowanie tylnymi drzwiami, poprzez rynek turecki. Turcja bowiem nie wzięła udziału w europejskim embargu nałożonym na Rosję, przez co i sama nie doznała z tego tytułu rosyjskich działań odwetowych. Zważywszy, że kraj nad Bosforem należy do, bodajże sześciu krajów na świecie, które są całkowicie samowystarczalne w całokształcie produkcji rolniczej, otwiera to przed nim perspektywę jednego z głównych dostawców żywności do Rosji.

Dlaczego współczesna Turcja tak mało uwagi przykłada do kwestii, jak by się wydawało, dla niej żywotnej, jak geostrategiczna równowaga sił nad Morzem Czarnym? Podstawowy powód opisałem w swym poprzednim szkicu o tym kraju. Jest nim trwająca już od 12 lat próba całkowitej redefinicji geopolitycznych wektorów tego kraju z Europy w kierunku Bliskiego Wschodu. Lecz nie w pełni wyczerpuje ona paletę przyczyn.

Redefinicja własnej tożsamości i idąca za tym redefinicja własnych geopolitycznych paradygmatów nie musi przecież oznaczać rezygnacji z ochrony życiowych interesów na innych odcinkach. Należy w tym miejscu powrócić do zasadniczego przesłania niniejszego artykułu. Otóż przyczyn uwiądu aktywnej polityki Ankary na odcinku ukraińsko-czarnomorskim należy szukać w nie tyle jakiś ogólnych złożeniach polityki zagranicznej rządzącej dziś Turcją AKP, ile właśnie w głębokim kryzysie całokształtu aktywności zagranicznej tego kraju wywołanym jej ideologizacją.

Błędne, oparte na złych przesłankach i myśleniu życzeniowym, posunięcia premiera Erdoğana na Bliskim Wschodzie doprowadziły do sytuacji, w której jego kraj znalazł się w głębokiej izolacji międzynarodowej i został nieomal sparaliżowany widmem zagrożeń, jakie niosą ze sobą kolejne kryzysy w tamtej części świata.

Arabska Wiosna Ludów

Podstawowym błędem w polityce zagranicznej Turcji było mylne przekonanie, że sojusze zawierane ze światem zewnętrznym powinny opierać się na wspólnocie wyznawanych wartości. To właśnie ów idealizm metodologiczny spowodował najpierw silne zaangażowanie się Turcji w sterowaną przez USA akcję „kolorowych rewolucji” islamskich, które oblały po kolei śródziemnomorskie dyktatury, dawniej wdrożone i utrzymywane przez ZSRS. W momencie, kiedy owe „kolorowe rewolucje”, pod wpływem „jedynie słusznej” demokracji nabrały koloru jednolicie zielonego (symbolizującego islam), tureckie poparcie dla nich nawet się wzmogło. Taka bezrefleksyjna polityka musiała nieuchronnie doprowadzić do kolizji interesów zarówno z USA, jak i z Izraelem.

Jeszcze pomoc w obaleniu prezydenta Hosniego Mubaraka była dla tandemu Waszyngton-Tel Awiw na rękę. Ale kiedy efektem przewrotu stało się dojście do władzy islamskich zbrodniarzy z Bractwa Muzułmańskiego, wartości demo-liberalne poszły do kąta, a Zachód i Izrael cicho poparli kolejny, tym razem wojskowy przewrót, który ukrócił demokratyczną islamizację państwa. Wtedy to premier Erdogan otwarcie zaatakował USA i Żydów, oskarżając ich o knucie spisków w celu obalenia legalnie wybranych władz, oraz o obłudę w kwestii rzekomego promowania systemów demo-liberalnych. W konsekwencji tradycyjny od czasów zimnej wojny na bliskim Wschodzie sojusz USA-Izrael-Turcja sam uległ głębokiemu oziębieniu.

Jeszcze bardziej ostre, niż z USA, stały się relacje z Jerozolimą. Próba aktywnego wspierania Strefy Gazy ze strony tureckich „organizacji humanitarnych” zakończyła się w 2010 r. rzezią 10 tureckich aktywistów, dokonaną przez izraelskich żołnierzy na jednym ze statków wiozących pod turecka banderą pomoc dla Palestyńczyków. W odwecie turecki premier miał rzekomo jeszcze w tym samym roku wydać Iranowi nazwiska dziesięciu szpiegów pracujących w Persji na rzecz izraelskiego wywiadu, skazując ich na bolesną i powolną śmierć.

Trwająca od 1958 r. współpraca obu wywiadów została najpewniej w ten sposób definitywnie zerwana. Na efekty Ankara nie musiała długo czekać. Dotychczasowe miejsce Turcji w tradycyjnych corocznych manewrach z wojskami USA i Izraela zajęła Grecja, tradycyjny wróg Turcji nr 1, który nie omieszkał wykorzystać takiej okazji. W ten sposób premier Erdogan utracił wsparcie dla swojej polityki na Bliskim Wschodzie ze strony dwóch najsilniejszych graczy. W zamian otrzymał „sojusznika” w postaci pogrążonego w chaosie, rządzonego przez nieufnych wobec Turcji egipskich wojskowych.

Tak skończyła się idealistyczna próba prowadzenia polityki opartej na miazmatach islamizmu. Próba wsparcia, bez liczenia się z opinią czołowych potęg w regionie, budowy „umiarkowanego państwa islamskiego” w Egipcie, w oparciu o sunnickie rynsztokowe sekciarstwo, które koptyjskich chrześcijan (ok. 10% ludności kraju – 8 mln ludzi) traktowało – i traktuje nadal – nie inaczej, jak naziści żydów w III Rzeszy, które permanentnie wyraża swoją niechęć do szyitów, musiała mieć fatalne następstwa. Zraziła do Turków nie tylko Izrael, USA, chrześcijańską społeczność międzynarodową, ale także nastroiła wrogo do nich szyitów i inne islamskie mniejszości religijne Bliskiego Wschodu (Alawici w Syrii, itd.).

Sunnicka krucjata na Bliskim Wschodzie

Także z tego powodu, w dużej mierze motywami religijnymi, próba poprawienia relacji z Iranem okazała się mieć kruche podstawy. Obecna Persja aspiruje do rangi kluczowego mocarstwa na Bliskim Wschodzie. Już sam ten fakt musiał implikować ryzyko znalezienia się politycznych wektorów Ankary i Teheranu na kursie kolizyjnym w bardzo wielu obszarach. Kwestia jednostronnego popierania ugrupowań sunnickich, nawet tych najbardziej radykalnych, spowodowała głęboką niechęć całego świata szyickiego do Turków: od libańskiego Hezbollahu aż po sam Iran.

Kulminacyjnym punktem tureckiego zaangażowania się na Bliskim Wschodzie była próba przejęcia inicjatywy w procesie destabilizacji sąsiedniej Syrii i zniszczenia panującego tam dotąd, opartego na alwaickiej mniejszości religijnej, „reżimu” rodu Assadów. Wielu analityków oskarżało rządy Erdogana nawet o wspieranie najbardziej ekstremistycznych sekt sunnickich w tym kraju, z Islamskim Kalifatem Iraku i Lewantu na czele. Dla nikogo nie było tajemnicą, że to właśnie terytorium państwa Atatürka stało się bazą szkoleniową i wypadową do Syrii dla wszelkiej maści islamskich radykałów i terrorystów, ciągnących nad Bosfor z całego świata islamu, w tym także w niemałej mierze z… Zachodniej Europy.

Dopiero na początku tego roku państwa zachodnie wymogły na Erdoganie zaostrzenie kontroli wywiadowczej i antyterrorystycznej we własnym kraju. Wszystkie te poczynania oparte na rojeniach tureckiego wodza o braterstwie sunnickiego świata pod wodzą Osmanów, doprowadziły w konsekwencji do geopolitycznej katastrofy. Przyczyniły się do tego amerykańskie posunięcia w Iraku.

Kiedy w 2007 r. Amerykanie wymogli na rządzących w Bagdadzie szyitach dozbrojenie sunnickich milicji plemiennych, które same zaczęły zwalczać (bardzo skutecznie) komórki Al-Kaidy w Iraku, administracja prezydenta Baraka Obamy zaczęła przygotowywać się do wycofania amerykańskich wojsk z Iraku. Ostatecznie zrealizowano ten projekt w 2011 r. Wiosną owego roku rozpoczęła się wojna domowa w Syrii, która okazała się zabójczym dla tego kraju patem. Próba bezpośredniej interwencji powietrznej USA została storpedowana przez Rosję.

To wtedy właśnie w umysłach amerykańskich strategów zapaliła się czerwona lampka: Rosja stała się na tyle silna, że zaczęła zagrażać amerykańskiej dominacji nad roponośnym Bliskim Wschodem. Efektem tej konstatacji było spreparowanie i wsparcie przez CIA rewolucji na Ukrainie, która to z kolei doprowadziła do wojny ukraińsko-rosyjskiej. Odciągnięto w ten sposób Rosjan od Bliskiego Wschodu i pozwolono przy okazji, by to sami Rosjanie zgubili ukraińską perłę w swojej niedoszłej imperialnej koronie.

Tymczasem w Syrii z dnia na dzień rosło w siłę ugrupowanie Islamskie Państwo Iraku i Lewantu, które objęło swoim zasięgiem znaczną część Syrii. Turcja najprawdopodobniej wspierała tą sektę psychopatów i masowych rzeźników, przynajmniej na płaszczyźnie logistycznej, przymykając oczy na szkoły szkolące sunnickich terrorystów. Z czasem sunniccy fanatycy rozpoczęli swoją ofensywę także w północno-zachodnim Iraku.

Masakra

10 czerwca 2014 r. świat ze zdumieniem oglądał, jak około 1 tys. zbrodniczych fanatyków wyparło z Mosulu, największego miasta północnego Iraku, liczącą ok. 30 tys. żołnierzy 2 D.P. armii irackiej. Dalsze postępy niesionej euforycznym szałem oszołomów i postępujący całkowity rozkład armii irackiej doprowadziły do niemal całkowitego rozkładu państwa, w którego utrzymanie Waszyngton wpompował wcześniej grube miliardy dolarów. Tylko dozbrojenie (przez Rosję i Iran) szyickich milicji i armii pozwoliło utrzymać we władzy Bagdadu centralną i południową część Mezopotamii. Obecnie trwają także amerykańskie naloty na pozycje rebeliantów.

Prawdziwy szok przeżyły jednak władze tureckie, kiedy dowiedziały się, że sunniccy rebelianci zajęli także turecki konsulat w Mosulu, biorąc do niewoli 49 osób: pracowników placówki i członków ich rodzin. Potem do niewoli dostało się także 31 tureckich kierowców ciężarówek, pracujących w północnym Iraku. W samej Turcji sprawa została wyciszona zakazem wszelkich publikacji na ten temat.

Ankara odrzuciła pomoc międzynarodową i sama rozpoczęła potajemne pertraktacje z terrorystami. W ich wyniku kierowcy odzyskali wolność, ale pracownicy konsulatu nadal znajdują się w niewoli. Tak zakończyły się, póki co, rojenia o szerzeniu przez Turcję umiarkowanego sunnizmu na Bliskim Wschodzie. Fanatycy z Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu otwarcie deklarują chęć ludobójczej eksterminacji wszystkich wyznawców szyizmu, jako heretyków.

Kurdowie

W tym samym czasie, kiedy padał Mosul, Kurdowie z Irackiego Kurdystanu, dotąd mocno wspierani przez Ankarę, zajęli ważne roponośne miasto Kirkuk. Zrobili to pomimo gróźb ze strony Turcji interwencją zbrojną. Do tej pory Ankara aktywnie wspierała tamtejszy ród Barzanich, który de facto władał kurdyjską autonomią w Iraku. Ród ten bowiem jest mocno skonfliktowany z czołowa partią tureckiego Kurdystanu, PKK (Partia Pracjących Kurdystanu). Organizacja ta bowiem, po latach dialogu z rządem Erdogana wznowiła w latach 2011-2012 swoja akcję terrorystyczną na terenie Turcji.

W tym samym okresie PKK wywalczyła – w zamieszkałej także przez Kurdów – północno-wschodniej części Syrii swoje własne państewko (rejon Rojavy). Iracki Kurdystan stanowił dotąd nie tylko przeciwwagę dla PKK, ale także graniczny bufor odgradzający Turcję od niestabilnego, rządzonego przez szyitów Iraku. Była to brama do gospodarczej penetracji tego kraju. W 2013 r. Irak – a właściwie jego północna część – stał się drugim, po Niemczech, odbiorcą tureckiego eksportu na świecie. Tędy także biegły najkrótsze szlaki komunikacyjne w kierunku Oceanu Indyjskiego. Teraz cały ten dotychczasowy dorobek stanął pod znakiem zapytania.

Uzyskanie kontroli nad tak dużym ośrodkiem administracyjnym może bowiem być początkiem próby uzyskania przez iracki Kurdystan niepodległości. Turcja już dziś musi się zmierzyć z tym problemem. Opcja militarna może oznaczać katastrofę dla całego obszaru zamieszkałego przez Kurdów, bezpośrednie uwikłanie się Turcji bliskowschodnie konflikty i ogromne kłopoty finansowe i gospodarcze dla tego państwa. Dlatego pojawiają się dziś w tureckim publicznym dyskursie propozycje, które jeszcze dwie-trzy dekady temu były nie do wyobrażenia. Niektórzy (nieliczni) komentatorzy rozważają bowiem uznanie przez Ankarę niepodległości irackiej części Kurdystanu. W ich zamyśle miałby być czymś w rodzaju tureckiego protektoratu.

Fatalny bilans

Wszystkie te problemy doprowadziły do sytuacji, w której dzisiejsza turecka polityka zagraniczna znalazła się w ślepym zaułku. Liberalne media w Turcji jednoznacznie mówią o klęsce całej idei reorientacji polityki zagranicznej w kierunku bliskowschodnim. Turcja pozostała osamotniona, stojąc u swoich granic południowych przed ogromnymi problemami, z którymi sama sobie nie poradzi. Wszelkie próby budowania sojuszy politycznych opartych na kryteriach religijnych i wspólnocie ideologicznej okazały się katastrofą. W ich wyniku zatriumfował przede wszystkim radykalny islam, który zaczyna się pokazywać także nad samym Bosforem. Wcześniej było to zjawisko w atatiürkowskiej Turcji nieomal nieznane.

Jest jeszcze jeden aspekt ideologicznego podejścia premiera/prezydenta Erdoğana do polityki zagranicznej. Chodzi mianowicie o próbę budowania relacji ze światem zewnętrznym w oparciu o kryteria filozofii polityki, czyli metod sprawowania władzy. Erdoğan, który nie kryje swoich autorytarnych poglądów i metod, oskarża mianowicie państwa Zachodu o próbę zniszczenia jego niewygodnej osoby pod płaszczykiem wspierania „praw człowieka” i demokracji. W swojej krytyce posuwa się nawet do otwartego posądzania USA o próbę wywołania „kolorowej rewolucji” w Stambule i Ankarze (zamieszki na Pl. Taksim w Stambule, w 2013 r.).

Abstrahując od prób dowiedzenia prawdziwości tych zarzutów (a ich prawdziwości nie można wykluczyć), trzeba stwierdzić że taka postawa wobec Europy i USA nieuchronnie musi prowadzić do szukania przez Turcję porozumienia z tymi, którzy wartości autorytarne i autorytatywne w życiu politycznym podzielają. I tutaj także należy szukać faktycznej przyczyny takiej, a nie innej postawy dzisiejszego państwa tureckiego względem Rosji i jej działań na Ukrainie.

Czy jednak możliwe jest budowanie relacji w polityce międzynarodowej w oparciu o wspólnotę wartości, a nie o realne interesy strategiczne? Jak mawiał niezrównany mistrz politycznego realizmu, kardynał Richelieu, państwo winno się opierać na współpracy nie z tymi, którzy na to zasługują, ale z tymi, z którymi współpraca jest niezbędna dla jego prawidłowego funkcjonowania.

Turecka rezerwa wobec agresywnych działań Rosji w basenie Morza Czarnego będzie miała w dalszej perspektywie nie mniej negatywne konsekwencje dla jej żywotnej racji stanu, jak jej dotychczasowa polityka wobec Bliskiego Wschodu. I nie zmieniłby tego nawet fakt przejścia Władimira Putina na sunnicki islam i ogłoszenia się przez niego kalifem. Polskie środowiska polityczne, zwłaszcza te prawicowe, maja dziś okazję nauki na nie swoich, a czyichś, bo tureckich błędach.

Filip Bauman
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim; interesuje się dziejami krajów bałkańskich i Turcji oraz problematyką etyki i kultury w ujęciu globalnym.

Dodaj komentarz